Jaki jest fanowski film o Voldemorcie? [SPOILERY]


Długo i niecierpliwie wyczekiwany fanowski film ze świata Harry'ego Pottera trafił dziś na YouTube. Czy Voldemort: Origins of the Heir spełnia oczekiwania? 

Tekst zawiera spoilery z filmu.

To zdecydowanie najszumniej zapowiadany fanowski projekt w uniwersum Harry'ego Pottera. Wystarczy spojrzeć na olbrzymią społeczność obserwującą jej profile na Facebooku (795 tys. obserwujących) oraz na YouTube (ponad 230 tys. subskrybentów), by zdać sobie sprawę, jak wielkie oczekiwania ciążyły na tej produkcji. 

Trzeba przyznać, że jak na produkcję fanowską, Voldemort: Origins of the Heir to film nader dobry. Osobliwym wydaje się fakt, że zasadnicza część akcji (poza retrospekcjami) toczy się w Rosji, gdzie miał zostać ukryty dziennik Toma Riddle'a, a dokąd udała się Grisha McLaggen, główna bohaterka filmu, by go wykraść. 

O co tu w ogóle chodzi? 
W skrócie: w jednym momencie w Hogwarcie znalazło się czworo dziedziców założycieli szkoły. Troje z nich poprzysięga wspólną walkę o lepszy świat. Czwartym jest Tom Marvolo Riddle. Po ukończeniu Hogwartu, drogi założycieli rozchodzą się i jak wiemy z książek J.K. Rowling, Riddle obiera własną wizję ratowania świata. Naprzeciw wyjdą mu pozostali, w tym - jakżeby inaczej - potomkini Gryffindora, Grisha. W filmie poznajemy początki historii Voldemorta, który znika bez śladu po tajemniczej śmierci Chefsiby Smith. 

Zwiastuny zapowiadały film pełen akcji i efektów specjalnych. Najwyraźniej internetowi twórcy uczą się od profesjonalistów, ponieważ i w przypadku filmu o Voldemorcie, zwiastun pokazywał to, co ten miał w sobie najlepsze. Spora część filmu - przyznaję to z bólem - jest przegadana. Te same ujęcia, w tym nagminne i przedłużające się zbliżenia na oczy osoby mówiącej, nużyć zaczynają po kwadransie. Akcji mamy trochę na początku, odrobinę w środku i ociupinkę na koniec. Grunt, że zaklęcia i efekty specjalne wyglądają dobrze, a nawet bardzo dobrze. Prezentacja Hogwartu jest fenomenalna. Gorzej z grą aktorską, która jest sztywna i wielka szkoda, że całość dialogów była dogrywana, bo słychać tu dubbing. I to bardzo wyraźnie, zwłaszcza gdy w podkładanych głosach słychać więcej emocji niż widać w twarzach bohaterów. 

Tak, wiem - czepiam się, a to przecież nie jest profesjonalny film tylko produkcja fanowska. I właśnie dlatego się czepiam. Bo wyszła na tyle dobrze, że chwilami można zapomnieć, że nie ogląda się filmu nakręconego w Hollywood!

I kiedy miód się już polał, czas na zatarcie tego pozytywnego wrażenia... 
W Voldemort: Origin of the Heir znajdziemy rażące błędy i odstępstwa od kanonu J.K. Rowling. Najbardziej ugodziła mnie w oczy retrospekcja, w której mały Tom bawi się medalionem Slytherina, podczas gdy matka trzyma go w ramionach. Voldemort nie byłby Voldemortem, gdyby choć przez chwilę zaznał w życiu miłości. Tym się właśnie różnił od Harry'ego, że tamten przeżył trochę czasu w otoczeniu bliskich, podczas gdy Tom takiej możliwości został pozbawiony. Meropa zmarła przy porodzie. Nigdy nie wzięła swojego syna na ręce. Skąd zatem pomysł na tę absurdalną scenę? 

W innej scenie słyszymy z kolei, że Kruk pokonuje Węża. To jasna aluzja do tego, że dziedzic Ravenclaw powinien sobie gładko poradzić z dziedzicem Slytherina. Problem w tym, że zwierzę występujące w godle Ravenclaw to nie kruk, lecz... orzeł. Głupi błąd, choć tutaj ewidentnie mamy do czynienia z klasycznym przeoczeniem. 

Niestety, w innej scenie nie ma mowy o przeoczeniu. Jako fanowi Harry'ego, strasznie brakowało mi w filmowym Księciu Półkrwi wspomnień dotyczących Voldemorta. Zwłaszcza tego z Chefsibą Smith. Twórcy fanowskiego filmu postanowili nam to wynagrodzić i zaserwowali soczysta scenę z chudą (!) Chefsibą i książkowymi dialogami. Gdy już pochwaliłem tę scenę, okazało się, że znowuż zdarzyło mi się pochwalić dzień przed zachodem słońca. Jak pamiętamy z książki (a przynajmniej powinniśmy pamiętać), Tom jest zafascynowany pamiątkami Chefsiby. Jakkolwiek pożąda ich z niewysłowioną pasją, grzecznie żegna się ze starszą panią i wychodzi. Oczywiście, później wraca, by zabić starą kolekcjonerkę i odebrać od niej to, czego pragnie. Tymczasem w Voldemort: Origin of the Heir dziedzic Slytherina od razu zabiera się do działania i z miłego subiekta odwiedzającego wierną klientkę, przeistacza się w psychopatycznego mordercę. Czemu ma dowodzić ta zmiana? Tyle lat urągania fanów na zmiany w stosunku do książek, których doświadczaliśmy w ekranizacjach, by teraz sami fani w swoich autorskich produkcjach również naginali kanon? Szkoda, według mnie to zupełnie niepotrzebne. 

I wreszcie zakończenie. 
Cały film opiera się na przesłuchaniu przez rosyjskiego generała naszej bohaterki. Bohaterka wie o Voldemorcie i chce go powstrzymać. Świat jeszcze nie wie w obliczu jakiego zagrożenia stoi. Nikt nie utożsamia zbrodni z młodym pracownikiem sklepu Borgina i Burkesa. Z jednej strony przełykam fakt akcji toczącej się w Rosji. Sam pomysł przesłuchania też zdaje się ciekawy. Ale... czy ktokolwiek mający pojęcie o metodach Sowietów czy ich podejściu do Zachodu naprawdę uwierzy, że koniec końców mroczny rosyjski generał uwierzy Brytyjce, oczyści ją z zarzutów i przekaże w jej ręce to, czego ta pragnie? No właśnie...

I kwestia zakończenia. Pomysł zerżnięty z Czary Ognia, z której później zerżnęły Fantastyczne zwierzęta. Wobec tego zakończenia, całość wydaje się absurdalna, bo skoro Voldemort podszywał się pod zamordowaną wcześniej Grishę, dlaczego od razu nie odebrał sobie tego, czego pragnął? W porządku, być może zależało mu na poznaniu dokładnej lokalizacji dziennika. Choć nasuwa mi się pytanie... Po jakie licho Voldemort zakopał kufer z dziennikiem i to na terenie Sowietów!?

Koniec końców, nie będę wieszał psów na Voldemort: Origin of the Heir. To nowy rozdział. Nowy rozdział w temacie tego, co fani mogą zrobić dla fanów. I to rozdział bardzo obiecujący, bo całość - pomimo mankamentów i uchybień, naprawdę prezentuje się ciekawie. Może nazbyt teatralna i przegadana, ale jak na produkcję fanowską bardzo dobra. Przynajmniej na początek. Bo ja nadal czekam na fanowski film, który mnie zachwyci. Tak po prostu. Na całego. 

Film (z angielskimi napisami) można obejrzeć tutaj:





Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz