Fragment książki Czytaczowej


Na wieść o tym, że powinna napisać kilka słów o swojej książce, Czytaczowa powstała i niemal wybiegła, zasłaniając się przygotowaniami do świąt. Dlatego też, by poznać twórczość Czytaczowej, będziesz musiał, Drogi Czytelniku, zagłębić się w jej historię, nie mając w umyśle żadnych ram gatunkowych czy przesłanek. Mnie z kolei nie wypada zdradzać tajemnic tego tekstu, więc wstawiam go - tak po prostu - z nadzieją, że spodoba Ci się i znajdziesz w nim kawałek fajnej lektury, której ciągu dalszego nie będziesz mógł się doczekać.
Za wszelkie błędy w tekście przepraszamy.

Czytacz


1. Alecsey

Śnieżnobiały koń cwałował przez rozległe błonia pozwalając, aby wiatr rozwiewał jego gęstą grzywę. Dosiadający go młody mężczyzna był już całkowicie przemoczony przez nieustający deszcz. Tak, to ja. Co jakiś czas odgarniałem ciemnobrązowe włosy, które przyklejały mi się do twarzy i ograniczały widoczność. Byłem wściekły, ponieważ tego wieczoru nie planowałem opuszczać zamku, a teraz jak głupi musiałem moknąć. Oni chyba nie zdawali sobie sprawy z tego, jak wiele ryzykowałem spotykając się z nimi. Byłem księciem koronnym, następcą tronu, i nie mogłem tak po prostu włóczyć się po lesie o tej godzinie i to bez żadnej straży. I co by powiedział mój ojciec, gdyby dowiedział się, że jego jedyny syn wymyka się potajemnie na spotkania? Mogłoby się to skończyć wielogodzinnym kazaniem. W dodatku pogoda była paskudna. Nie chciałem ryzykować przeziębienia, które dla wuja Anselma skończyło się zapaleniem płuc i ostatecznie śmiercią. Na samo jego wspomnienie zrobiło mi się przykro, ponieważ wuj był dla mnie jak drugi ojciec. Nigdy nie zastanawiałem się dlaczego poświęcał mi tyle czasu, choć powinien zamiast tego postarać się o założenie własnej rodziny. Oczywiście, mój ojciec nigdy nie stronił przed komentowaniem tego stanu rzeczy. Może wynikało to z zazdrości, a może z troski o młodszego brata?

Od stajni dzieliła mnie zaledwie dębowa aleja, która była dumą ojca, a także zupełnie opustoszały dziedziniec, przez który przemknąłem niczym strzała. Drzwi do stajni były otwarte na oścież, więc gdy tylko znalazłem się w środku od razu oddałem konia pod opiekę stajennemu, który na szczęście jeszcze nie spał. Poklepałem klacz lekko po grzywie i z powrotem znalazłem się na dziedzińcu, wsłuchując się w echo swoich kroków. Za wielkimi rzeźbionymi drzwiami znajdowały się zamkowe piwnice. Idąc długim i śmierdzącym stęchlizną korytarzem, gdzieniegdzie oświetlonym przez pochodnie, minąłem wejście do kuchni, z której nadal było słychać wesołe śpiewy kucharzy, a także pomieszczenie, w którym składowano w beczkach najlepsze wino ściągane z różnych stron świata. Wspinając się po kamiennych schodach prowadzących prosto do północnej wieży, minąłem jedną ze służących, która mimo iż szła z naręczem prania, na mój widok przystanęła i lekko dygnęła. Posłałem jej uśmiech i życzyłem dobrej nocy. Przeskakując co dwa stopnie, dostałem się na drugie piętro, gdzie znajdowała się moja komnata.

— Alecsey?

— Ale mnie wystraszyłaś. — Serce podskoczyło mi do gardła. Nie spodziewałem się spotkać matki. Na korytarzu panował półmrok, ale widziałem, że ma na sobie ciemnoczerwoną, jedwabną koszulę nocną, na którą narzuciła szlafrok w tym samym kolorze. Rozpuszczone włosy opadały na ramiona wzdłuż jej zmęczonej twarzy. Coś musiało wyciągnąć ją z łóżka i zastanawiałem się co to mogło być, ale z drugiej strony nie chciałem jej wypytywać. Nie był to odpowiedni moment zwłaszcza, że czułem jak z zimna przechodzą mnie ciarki. Przed oczami znowu pojawił mi się umierający wuj Anselm.

— Myślałam, że już śpisz — odparła podchodząc i odgarniając włosy, które przykleiły się mi do twarzy. Po chwili jej ręka zsunęła się na moje ramię. — Jesteś cały przemoczony! Gdzie byłeś?

— Na przejażdżce z Mirą. Zaskoczył nas deszcz — odpowiedziałem po części zgodnie z prawdą. Byłem pewny, że gdyby było jaśniej matka zauważyłaby, że jest nieco inaczej niż mówiłem. Nie była typem surowego rodzica, wręcz przeciwnie, ale zawsze się obawiałem, że potrafi czytać z moich oczu jak z otwartej księgi. Dlatego, gdy w przeszłości zdarzało mi się coś nabroić bardzo rzadko kłamałem bojąc się, że mnie przejrzy. Usłyszenie z jej ust, że bardzo ją rozczarowałem, były o wiele gorsze niż klapsy ojca.

— Musisz wziąć ciepłą kąpiel, zaraz się tym zajmę. — Odwróciła się do mnie plecami z zamiarem odejścia, ale po chwili znowu stała ze mną twarzą w twarz. — Dobranoc synku. — Pogładziła mnie po policzku i odeszła. Odprowadziłem ją wzrokiem i wszedłem do swojej komnaty dopiero, gdy zniknęła mi z pola widzenia.

Niedługo później służba przygotowała kąpiel, więc mogłem zrzucić z siebie mokre ubranie i rozgrzać zziębnięte ciało w gorącej wodzie. Jeśli się nie myliłem, do kąpieli dodano olejku lawendowego albo jakiegoś innego kwiatowego. Matka musiała zauważyć, że byłem nieco zdenerwowany i w ten sposób postanowiła zadbać o mój spokojny sen. Była mistrzynią aromaterapii. Kochałem ją za takie drobne rzeczy, które dla mnie robiła. Rozłożyłem się więc wygodnie w wannie rozmyślając o jutrzejszym dniu. W tamten dzień zaraz po śniadaniu razem z ojcem, stryjem i kuzynami miałem się udać na polowanie. Przyznam szczerze, że nienawidziłem polowań, a zwłaszcza z wujem ponieważ ten na każdym kroku pokazywał, że jego starszy syn jest zdecydowanie lepszym myśliwym niż ja. I wuj Clayworth i Emley nieraz płoszyli mi zwierzynę albo podawali fałszywy trop, aby tylko wystawić mnie na pośmiewisko. Dlatego od jakiegoś czasu podczas polowań trzymałem się od nich z daleka, co wychodziło mi na dobre.

Zmęczenie, które dopadło mnie zaraz po wyjściu z wanny, było efektem unoszącego się zapachu lawendy i nie pozwoliło mi na dalsze rozmyślania. Zasnąłem chwilę po tym jak dotarłem do łóżka.

Sobotnie polowania były naszą rodzinną tradycją. Uczestniczyliśmy w nich zazwyczaj w piątkę, a upolowaną zwierzyną zajadaliśmy się tego samego dnia i jeszcze w niedzielę, jeśli coś zostało. Zdarzało się także, że mój ojciec organizował polowanie jako rozrywkę dla ważnych gości, albo gdy chciał po prostu rozładować złość. Był znakomitym myśliwym, nigdy nie wracał do domu z pustymi rękami, a większość łbów jego zdobyczy zdobiło ściany komnat w zamku. Ja nigdy nie był fanem takich ozdób, ale niewiele miałem do powiedzenia w tym temacie. Pocieszeniem jednak był dla mnie fakt, że uchroniłem przed tym swoją sypialnię.

— Alecsey! Czas coś upolować! — Obudziło mnie pukanie i znajomy głos dochodzący zza drzwi wychodzących na korytarz. Leniwie uniosłem powieki i usiadłem na skraju swojego łóżka. Przeciągnąłem się głośno ziewając. Czy wczorajszego wieczora byłem aż tak zmęczony, że dzisiaj zaspałem? Czy to kuzyn przybył po mnie wyjątkowo wcześnie? Spojrzałem w kierunku okna, za którym świat dopiero budził się do życia.

Drzwi otworzyły się z hukiem, aż wazon stojący przy drzwiach niebezpiecznie zadrżał. W progu pojawił się wysoki, wyszczerzony blondyn. Miał na sobie przylegające skórzane spodnie, jasnoniebieską koszulę, a na ramionach granatową pelerynę z kapturem. W ręku trzymał kuszę, a przez ramię przewieszony miał skórzany kołczan wypełniony bełtami z grotami ostrymi jak kły niedźwiedzia.

— Jeszcze nie gotowy? — zapytał rzucając na łóżko drugi zestaw broni, który sięgnął zza drzwi. — To twoja kusza i bełty. Czekamy na ciebie na dziedzińcu, jeśli zaraz się nie zjawisz ruszamy bez ciebie — odparł i zarzucając w powietrzu peleryną wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Uśmiałem się, ponieważ niektóre jego zachowania, takie jak na przykład to, były nazbyt teatralne i właściwie nie wiedziałem jaki jest ich cel. Kiedyś po prostu tego nie robił, więc nie było to częścią jego stylu bycia.

Zmęczenie, które nadal dawało mi o sobie znać, nie ułatwiało mi porannych czynności. Ubranie spodni, koszuli i ciepłego płaszcza z kapturem zajęło mi więcej czasu niż zazwyczaj, więc na dziedziniec musiałem udać się biegiem. Wszyscy już na mnie czekali. Colton, który odwiedził mnie wcześniej w komnacie, mimo swojego młodego wieku dorównywał posturą swojemu sześć lat starszemu bratu. Jemu również nie brakowało odwagi, choć nie był najlepszym myśliwym. Dlatego też Emley traktował go tak samo jak i mnie, a może nawet i gorzej.

— Już myśleliśmy, że się ciebie nie doczekamy, Alecsey — powiedział król Caldwell, mój ojciec. — Mamy już twojego konia, więc wsiadaj i ruszajmy. Szkoda czasu. — Ostatnie zdanie było ledwo dosłyszalne, gdyż był już w drodze do bramy wychodzącej na królewskie błonia. Ojciec nigdy nie tracił czasu. Był bardzo niecierpliwym i porywczym człowiekiem.

Nie byłem jak mój ojciec i zostałem w tyle, gdy wszyscy ruszyli za nim w stronę lasu, znajdującego się za błoniami. Podszedłem do białej klaczy i przejechałem dłonią po jej pysku. Z kieszeni płaszcza wyjąłem czerwone jabłko, które zabrałem z półmiska w swoim pokoju i podałem je zwierzęciu.

 Mirę dostałem na czternaste urodziny. Ojciec zabrał mnie do najlepszej hodowli w królestwie i pozwolił wybrać konia jakiego tylko chciałem.

Do Sarros wybraliśmy się pewnego majowego ranka niedługo przed moimi urodzinami. Pamiętam ten dzień wyjątkowo dobrze, bo pogoda wtedy nie dopisywała. Wiał zimny wiatr, a z czarnych chmur, sprawiających wrażenie, jakby zaraz miały spaść i nas zadusić, padał rzęsisty deszcz. Widoczność była kiepska, a w połowie drogi złamało się nam koło w karocy, bo wjechaliśmy w kałużę, która okazała się być głębsza niż się wydawało. Wtedy myślałem, że gorzej być nie może i że nigdy nie dotrzemy na miejsce. Zmiana koła trwała wieczność, bo pogoda uniemożliwiała szybką naprawdę.

W ten oto sposób dotarliśmy do Sarros nie o poranku następnego dnia, jak planowano, lecz dopiero koło południa. Czekał na nas postawny mężczyzna, który miał dość ponury wygląd. Na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie niezbyt przyjemnego, ale gdy tylko zabrał nas do źrebaków, od razu zmieniłem zdanie na jego temat. Opowiadał o swojej hodowli i o koniach, które przygotował do zaprezentowania. Gdy tak mówił oczy mu się świeciły i cały czas się uśmiechał. Każdego źrebaka pozwolił mi pogłaskać i poczęstować jabłkiem. Większość była ogierkami głównie w kolorze karym albo gniadym. Był też jeden, który najbardziej się wyróżniał. Biały ogier w czarne łaty. Jak się dowiedziałem, takie umaszczenie nazywało się tobiano. Wszystkie szalenie mi się podobały, ale nie mogłem się zdecydować. Ojciec stawiał na karego ogierka z czarną grzywą i prawie byłem zdecydowany, kiedy ujrzałem Mirę. Nie była na prezentacji, więc wiedziałem, że coś jest nie tak. Stała obok większej klaczy, tuż za ogrodzeniem. Powiedziałem wtedy, że bardzo chciałbym ją zobaczyć z bliska, ale pan Telvin odparł, że klaczka dzisiaj zaczęła kuleć i że czekają na lekarza. Mimo wszystko zdołałem go przekonać, aby mnie do niej zaprowadził. Okazało się, że Mira jest jednym z pierwszych źrebiąt, które urodziło się w wyniku połączenia trzech ras koni. Pan Telvin nazwał nowopowstałą rasę Sarros, od nazwy miejscowości w której mieszkał.

Mimo iż bardzo chciałem mieć tę klaczkę, ojciec nie chciał się zgodzić. Mówił, że prawdopodobnie zdechnie w drodze do zamku i że nie będzie wtedy wracał tutaj po kolejnego konia. Im bardziej był na nie, tym bardziej ja byłem na tak. Już wtedy ją kochałem. Może dlatego, aby zrobić ojcu na złość, a może dlatego, że było w niej coś niesamowitego. Może to ta aura, która od niej biła albo niewidzialna siła, która mnie do niej przyciągała. Czułem między nami więź. Gdy klaczka spojrzała na mnie poczułem jak między nami wytwarza się jakaś nieokreślona więź. Byliśmy stworzeni dla siebie. Ona musiała być moim koniem, a ja jej jeźdźcem. Nie było innej opcji.

Po przeszło godzinie obiecałem ojcu, że osobiście się nią zajmę i dopilnuję, aby wróciła do zdrowia. I że jeśli mi się nie powiedzie, wrócimy po nowego konia dopiero za rok. Wiedział, ile dla mnie znaczy ta przysięga, bo błagałem go o zwierzę od wielu lat.

W tej chwili uważam, że dokonałem najlepszego wyboru na świecie.

— Witaj Mira. Masz ochotę na polowanie?

Koń potrząsnął łbem jakby w odpowiedzi na moje pytanie i zjadł jabłko zanim zdążyłem usiąść w siodle. Chwyciłem cugle i pogalopowaliśmy przez dziedziniec, pozostawiając za sobą echo dźwięku kopyt uderzających w kamienne podłoże. Nie lubiłem pędzić na złamanie karku, jeśli nie było to konieczne.


2. Alecsey


Królewskie błonia pokryte były rosą. Nagrzewana przez wschodzące słońce zaczynała się lekko unosić przypominając delikatną chmurkę. Pędzący przez błonia jeźdźcy rozbijali ją zostawiając za sobą ciemny ślad.
Mira biegła w stronę lasu podążając śladem pozostałych koni. Siedząc w siodle mrużyłem oczy, aby dojrzeć swoich towarzyszy, ale musieli już zniknąć między drzewami.

Lubiłem tę porę dnia, ponieważ wschodzące słońce pięknie oświetlało królewskie błonia, a także las, który zdawał się budzić z głębokiego snu. Nawet wilgoć i chłodny wiatr nie przeszkadzały w podziwianiu tego cudownego widoku.

Na skraju błoni zwolniłem nieco, aż wreszcie zsiadłem z konia. Mirę zostawiłem przywiązaną do drzewa, a sam wszedłem między drzewa, gdzie ciszę przerywało jedynie świergotanie ptaków i inne odgłosy natury. Trzymając w ręku kuszę, powolnym krokiem kierowałem się w środek lasu. Starałem się stąpać na tyle cicho, aby nie spłoszyć zwierzyny.

Unosząca się mgła niczego nie ułatwiała, ponieważ wszelkie mniejsze zwierzęta łatwo mogły się w niej skrywać. Pozostawało tylko wytężyć słuch, który bywał w takich sytuacjach niezastąpiony. Stawiałem kroki ostrożnie, a za każdym razem, gdy pod moją stopą łamał się jakiś suchy patyk lub chrzęściły liście zatrzymywałem się, aby posłuchać czy niczego nie przepłoszyłem. Wreszcie dało się słyszeć jakiś cichy dźwięk. Dobiegał z prawej strony i nie był to raczej żaden z pozostałych myśliwych, bo odgłos był zbyt delikatny. Przygotowany wcześniej bełt tkwił już w kuszy, gotowy do wystrzelenia. Przy jednym z drzew przycupnął zając i nerwowo się rozglądał. Automatycznie wstrzymałem oddech i wycelowałem w niego kuszę.

Raz… dwa… trzy… i już miałem strzelić, lecz coś świsnęło obok mojego ucha. Śmiercionośny bełt przebił szyję królika i wbił się w drzewo za nim. Tylko Emley albo stryj Clayworth mogli to zrobić. Ogarniająca mnie złość chciała znaleźć jakieś ujście, ale nie mogłem dać po sobie znać, że zostałem wyprowadzony z równowagi.

— Nie ma co się zastanawiać, trzeba strzelać — odparł mężczyzna z bujnym, lecz nieco posiwiałym wąsem. Ponieważ był to stryj, trzeba było ugryźć się w język i nic nie mówić. Poza tym, to był tylko zając, których w lesie jest pełno. Nie wart był wszczynania kłótni akurat z wujem. Co innego z Emleyem.

— Ojcze, oszczędzaj siły na coś większego i o wiele bardziej imponującego, a zające zostaw Alecseyowi. Są w sam raz dla niego, prawda? — zapytał ze złośliwym uśmiechem Emley, który po chwili do nas dołączył.

Nie zaszczyciłem go odpowiedzią. Nigdy nie darzyłem starszego kuzyna zbytnią sympatią i nie wdawałem się z nim w tego typu dyskusje. Uważałem także, że Emley odziedziczył po swoim ojcu zbyt dużo pewności siebie. Połączenie jej z jego zarozumialstwem, dawało niewiarygodnie beznadziejny efekt.

— Masz całkowitą rację, synu — odparł Clayworth i mrugnął do mnie uśmiechając się z wyższością. — Chodźmy tam.

Gdy tylko odjechali podszedłem do zająca, w którego szyi nadal tkwił bełt stryja. Trzeba było się nieco wysilić, aby wyciągnąć go z pnia drzewa. Chwyciłem zwierzę za skoki i wrzuciłem je do worka, który był przywiązany do siodła klaczy. Zdecydowanie nie byłem w nastroju na polowanie. Wczorajsza rozmowa całkowicie wytrąciła mnie z równowagi. Nie mogłem się na niczym skupić, a sama myśl o zbliżającym się balu przyprawiała mnie o mdłości. Powoli zaczynałem dochodzić do wniosku, że wszystko, co robiłem nie miało najmniejszego sensu, bo moi rodzice już wyznaczyli mi ścieżkę, którą mam podążać. Do niedawna jeszcze myślałem, że jestem panem swojego życia, ale ojciec szybko sprowadził mnie na ziemię. Jak to powiedział: „Nie jesteś byle kim tylko następcą tronu, więc masz pewne obowiązki wobec swojego kraju. Pamiętaj o tym”. I jak z czymś takim polemizować? Gdybym tylko spróbował, dopiero bym oberwał po uszach! Więc zdecydowałem, że lepiej będzie nie dzielić się z ojcem opinią, choć prawda jest taka, że tak długo to już w sobie duszę, że nie wiem ile jeszcze wytrzymam.

— Przeklęta mgła. — Głos Coltona wyrwał mnie z zamyślenia. Szedł w moją stronę trzymając w ręku kuszę. —  Jak mamy cokolwiek upolować skoro nic nie widać?

— Niedługo zniknie. – Odsunąłem się od Miry i udawałem, że się rozglądam, ale nie mogłem się skoncentrować. Musiałem się jednak do tego zmusić, bo inaczej będę musiał wysłuchiwać od ojca, jak bardzo go dzisiaj rozczarowałem. Polowania nie należały do mojego ulubionego sposobu spędzania wolnego czasu, ale robiłem to, aby nie słuchać utyskiwań ojca.

— Emley przepłoszył mi sarnę. Już prawie ją miałem, ale przyszedł i zakaszlał. — Colton wywrócił ostentacyjnie oczami. — Mówi, że chyba choroba go bierze, ale ja wiem, że to kłamstwo. Po prostu nie zniósłby, gdybym upolował coś szybciej od niego.

— Mnie próbował wyprowadzić z równowagi. Cicho…

Zdawało mi się, że coś słyszę, więc zaciskając dłonie na kuszy powolnym krokiem ruszyłem przed siebie. Colton dotrzymywał mi kroku idąc po mojej prawej stronie.

W oddali majaczyła jakaś ciemna postać, lecz przed strzałem trzeba było upewnić się do czego się strzela. Gdy w krępej postaci rozpoznałem dzika, rozglądałem się za resztą watahy. Tak jak się spodziewałem, nieopodal znajdowało się kilka większych dzików wraz ze stadkiem nieco mniejszych osobników.

— Strzelaj — szepnął Colton.

Zamiast oddać strzał, wyprostowałem się kładąc kuszę na ramieniu. Zazwyczaj starałem się nie zabijać ani zbyt młodych ani zbyt starych osobników. Młodych było mi żal, a mięso starych nie nadawało się do jedzenia, bo najzwyczajniej w świecie było zbyt twarde.

— Nie zauważyłem żadnego, którego moglibyśmy upolować. Szkoda mi młodych…

Colton westchnął, ale nic nie powiedział. Kierowałem się w stronę, z której najprawdopodobniej przyszło stadko. Miałem nadzieję, że może tam znajdzie się jakiś kulejący albo słabowity. Polowania były bardzo czasochłonne i wymagały dużej wiedzy i doświadczenia. Tropienie było jednym z jego najtrudniejszych elementów i zdecydowanie tego nie lubiłem najbardziej. Lecz włożony w to wysiłek zdecydowanie warty był wynagrodzenia jakim była odpowiednio przyprawiona i upieczona dziczyzna.

— Chyba złapałem trop… — szepnąłem w końcu do swojego kompana wskazując zagłębienia w błotnistym podłożu. — To ślady dzików… stamtąd przyszły. — Wskazałem je palcem, aby Colton mógł im się bliżej przyjrzeć. Nadal milcząc poszedł za mną szykując w międzyczasie kuszę. Nie miał takiego doświadczenia jak ja, ale bardzo lubił mi towarzyszyć. W przeciwieństwie do mnie, jego ojciec i brat przepędzali go, gdyż woleli polować bez plączącego się pod nogami młokosa. Właściwie wszystkiego co potrafił Colton nauczyłem go właśnie ja.

Słońce było coraz wyżej na niebie, a powietrze zrobiło się już całkowicie przejrzyste. Ślady pozostawione przez zwierzynę były dużo lepiej widoczne i nie minęło dużo czasu nim natknęliśmy się na dwa osobniki, które żerowały pośród drzew.

— Biorę tego po prawej — Wycelowałem w miejsce tuż za uchem zwierzęcia. Zwierzę nieco kulało, więc zabijając je sprawię, że nie będzie się więcej męczyło. Namierzenie odpowiedniego punktu było bardzo trudne i często bywało, że strzała przeleciała gdzieś obok. Tym razem też się nie udało. Bełt przeleciał nad uchem wieprzka, który momentalnie zerwał się i odbiegł płosząc drugą sztukę, która została trafiona przez Coltona. Jej donośny kwik dał do zrozumienia, że trzeba będzie zwierzę dobić. Oczywiście po uprzednim dogonieniu go.

— Niech to szlag! — warknął kuzyn kopiąc najbardziej wystającą kępkę trawy.

— Wybacz. — Nic więcej nie byłem w stanie powiedzieć. Zdawałem sobie sprawę z tego, że powinienem był nieco poczekać, aż ręka przestanie mi drżeć. A tak, siebie pozbawiłem zdobyczy, a Coltona skazałem na pogoń za zranionym zwierzęciem. No i myśl o tym, że samo zwierzę również bardzo cierpi nie polepszało mi samopoczucia.

Colton westchnął ciężko i odszedł kierując się krwawymi śladami. Gdy oddalił się wystarczająco daleko, zakląłem głośno i uderzyłem pięścią w drzewo. Ból rozpanoszył się po całej mojej dłoni, więc zacząłem chodzić tam i z powrotem rozmasowując ją. Cóż, nie był to najlepszy sposób na rozładowanie złości.

— Jeszcze zrobisz sobie krzywdę, książę.

O drzewo opierała się dziewczyna. Skubała korę i patrzyła na mnie rozbawiona. Rude włosy jak zawsze splecione miała w gruby warkocz, który sięgał do połowy pleców. Jej twarz zdobiły piegi, które dodawały jej uroku. Zaskoczyła mnie jej obecność i obawiałem się, że jeśli zaraz nie odejdzie, zauważy ją Colton lub któryś z moich pozostałych towarzyszy. Nie byłaby to przyjemna sytuacja, zwłaszcza, że nie miałem dobrego wytłumaczenia na to kim ona jest, co tu robi i czego chce. Ba, nie miałem żadnego wytłumaczenia.

— Ale masz przerażoną minę. Nie martw się, nikogo tu nie ma.

— Nie możesz tu przebywać. O co chodzi? — zapytałem bez ogródek. Skoro wcześniej nie usłyszałem zbliżającego się stryja i Emleya, teraz też nie miałem pewności czy nie czają się gdzieś w pobliżu. Chociaż z drugiej strony, po co mieliby szpiegować mnie po raz? Na pewno byli zajęci polowaniem, bo w końcu wykonali już zadanie, jakim było poniżenie najmłodszych członków tej wyprawy.

— Kiana, nie mamy na to czasu! — warknął nieco starszy od niej chłopak, który właśnie do nas dołączył.

To był Damar, brat Kiany. Był nieco starszy ode mnie. Włosy i brodę miał tak samo rudą jak włosy jego siostry. Po jego skroniach spływały kropelki potu. Ciekawe co takiego robił, że aż tak się zmęczył. Pewnie było to coś nielegalnego.

— Słuchaj Alecsey, musicie odwołać ten wasz bal. — Kiana wywróciła oczami podchodząc bliżej mnie. Nie podobało mi się, że zwracała się do mnie tak bezpośrednio, ale w tej chwili nie to było najważniejsze. Bardziej interesowało mnie to, dlaczego komuś jeszcze, oprócz mnie, zależało na odwołaniu balu.

— Co? — Rozejrzałem się nerwowo. Wolałem sam się upewnić czy nikt się nie zbliża. Ich obecność tak mnie stresowała, że czułem jak i mnie po skroni spływają kropelki potu. Nawet nie wiem, kiedy upuściłem kuszę, a obie moje dłonie zacisnęły się w pięści.
— Po prostu go odwołajcie i już. —  Damar podszedł bardzo blisko i dźgnął mnie palcem w klatkę piersiową.

— I niby CO mam powiedzieć mojemu ojcu? Że mam złe przeczucie? — warknąłem. Strach przemienił się w złość. Dlaczego do jasnej cholery zależało im na tym?

— Może udawaj, że boli cię główka? — zaproponowała Kiana bawiąc się paskiem od kołczanu, który miałem zarzucony przez ramię. Odsunąłem się nieco, ponieważ nie czułem się zbyt komfortowo, gdy tych dwoje stało tak blisko mnie. Poza tym nie podobało mi się jej zachowanie. Całe to dzisiejsze spotkanie w ogóle nie powinno mieć miejsca.­

— Już próbowałem i to wiele razy… — Miałem dodać coś jeszcze, ale Damar wszedł mi w słowo.

— Wymyśl coś, w końcu jesteś następcą tronu, do jasnej cholery.

— Uważaj do kogo mówisz! — warknąłem, bo uznałem, że rudzielec mocno przegiął. Nie zamierzałem pozwolić, aby tak się do mnie odzywał. Musiał czuć chociaż minimum respektu przed następcą tronu. Może i był starszy ode mnie, ale ja nie byłem byle gówniarzem. Byłem pieprzonym królewskim gówniarzem, a królewskiemu gówniarzowi nikt nie podskakuje.

— Nie denerwuj się. — Kiana przejechała dłonią po moim ramieniu i zniknęła między drzewami. Poczułem jak przez plecy przeszły mi dreszcze. Nie byłem pewny czy to z chłodu, który mnie ogarnął na początku tej rozmowy, czy to z jakiejś niewyjaśnionej reakcji na jej dotyk. Ta dziewczyna otwarcie mnie kokietowała, choć nie wiedziałem dlaczego. Zachowywała się jakby nic się nie stało, czego nie można było powiedzieć o jej bracie. Była bardzo spokojna, a Damarem targało wiele emocji, choć było widać, że się boi i jednocześnie jest wściekły.

­­­— Co się dzieje? Czemu jesteś taki zdenerwowany? — zapytałem, ponieważ musiałem wiedzieć co zwykłym mieszkańcom królestwa przeszkadza w królewskim balu. Jaki mieli interes w tym, żeby uroczystość się nie odbyła?

— Książę, tam za drzewem znajdziesz niespodziankę. Do zobaczenia jak zwykle. — Ton Damara złagodniał, a on sam odszedł niczego mi nie wyjaśniając, przez co byłem w jeszcze gorszym humorze niż wcześniej.

Niespodzianka, jaką zostawił była zaskakująca. Właściwie nie wiedziałem co z tym zrobić. Przyglądałem się wielkiej losze, która leżała martwa tuż u moich stóp. Bełt wbity w miejsce za jej uchem nadal tam tkwił i musiałem się go pozbyć, ponieważ od razu było widać, że nie należał do mnie. Przez chwilę zastanawiałem się nad tym czy nie pozostawić zwierzęcia w lesie, ale ostatecznie postanowiłem udawać, że to moja zdobycz. Po pierwsze: nie chciałem, aby mięso się zmarnowało, a po drugie: aby utrzeć nosa Emleyowi. Dzik był wspaniały i na pewno zrzednie mu mina, gdy tylko go zobaczy. Ucieszył mnie też fakt, że mogę sobie podarować dalsze polowanie. Upolowane zwierzę było? Było. A że nie ja je upolowałem, to już nieistotny fakt. Nikt się o tym nie dowie.

Pozostawiona na skraju lasu Mira ucieszyła się, gdy po nią wróciłem. Jeden koniec liny przywiązałem do jej siodła, a drugim obwiązałem biegi dzika. Ciągnąc Mirę za uzdę, wyprowadziłem ją z lasu. Było mi jej nieco żal, że musi ciągnąć taki ciężar, no ale musiała mi nieco pomóc.

 Ziemia była już ciepła, więc nic nie stało na przeszkodzie, aby usiąść przysiąść na trawie. Pragnienie ugasiłem biorąc kilka większych łyków z bukłaku przytwierdzonego do siodła. Błonia były pokryte różnokolorowymi polnymi kwiatami poruszanymi przez lekki wiaterek. Słońce przyjemnie grzało, a ptaki pięknie śpiewały. Były to ostatnie podrygi lata, które będzie musiało w końcu ustąpić mokrej i wietrznej jesieni. Zdecydowanie tej pory roku nie lubiłem najbardziej. Wychodzenie z zamku nie było przyjemne, gdy wiatr wiał z taką mocą jakby chciał oderwać głowę. Deszcz wcale nie był lepszy, ciągle mokro, wszędzie błoto, a ponury widok za oknem przyprawiał o ból głowy.

— Chłopcze! Synu! Obudź się i zobacz co udało się upolować twojemu staruszkowi!

Otworzyłem leniwie oczy i spojrzałem w bok, skąd dobiegał głos mojego ojca. Mężczyzna stał z dumnie wypiętą piersią, choć stan w jakim znajdowało się jego ubranie wskazywało na to, że dopiero co brał udział w jakiejś szarpaninie. Tuż u jego stóp leżał jeleń, którego poroże było przynajmniej dwa razy takie jak mój dzik. Już współczułem mojej matce, która przez następne tygodnie będzie musiała wysłuchiwać jakim to doskonałym myśliwym jest jej mąż. Staruszek będzie chełpił się dopóki matka nie wytrzyma i nie powie mu, że już ma tego wszystkiego po dziurki w nosie. Oczywiście nikt poza nią nie mógłby mu tego powiedzieć. Każdy się boi, włącznie ze mną. Dlatego postanowiłem wychwalać go już teraz, aby później nie musieć tego robić na każdym kroku.  Swoją drogą, ciekawe w której komnacie zawiśnie to imponujące poroże.

— Ale piękny! — Podszedłem do jelenia i dotknąłem delikatnie wieńca, powoli gładząc dłonią jego odnogi. Poniekąd czułem dumę, że to on wrócił z takim okazem, a nie stryj albo Emley. — Nigdy nie widziałem większego…

— Będzie piękną ozdobą komnaty jadalnej — postanowił. Sprawiał wrażenie jakby znacznie urósł. Zawsze był chwalipiętą i jak każdy myśliwy lubił, gdy go chwalono i podziwiano upolowaną przez niego zwierzynę. — Pewnego dnia i ty będziesz mógł pochwalić się czymś równie imponującym, Alecsey.

Kiwnąłem tylko głową, choć w duszy wiedziałem, że nigdy do tego nie dojdzie. Nigdy nie będę mógł włożyć w polowanie tyle serca, co ojciec. O wiele bardziej wolałem spędzać czas na studiowaniu map, czytaniu czy też malowaniu. Jedyną rzeczą, do której mogłem się przed nim przyznać było, oczywiście, odczytywanie map. Ojciec uważał bowiem, że dobry władca musi mieć rozeznanie w terenie. I nie miał na myśli tylko swojego królestwa, ale i sąsiednie. W razie gdyby wybuchła wojna, trzeba wiedzieć jak i gdzie pokierować wojskiem, aby odnieść sukces albo chociaż aby nie dać się zamordować.

W czasie gdy czekaliśmy na resztę naszych towarzyszy, musieliśmy wymyślić w jaki sposób należy przetransportować do zamku nasze zdobycze, bo zaprzęgnięcie koni byłoby niehumanitarne. Nie byliśmy przygotowani na takie łowy, zwłaszcza że w ciągu godziny zjawił się Colton ze swoim dość zakrwawionym dzikiem, a niedługo po nim jego ojciec i brat. Stryj również miał przywiązanego do siodła dzika, a Emley młodą sarenkę. Przez myśl przeszło mi, czy to przypadkiem nie ta sama, którą przepłoszył Coltonowi. Jego mina sugerowała, że był z siebie dumny, ale gdy spojrzał na zwierzę leżące u moich stóp, mina mu zrzedła. Nie powiem, poczułem satysfakcję. Chwilę milczał, jakby zastanawiał się w jaki sposób może mi dogryźć.

— Jestem pod wrażeniem, kuzynie — odezwał się w końcu. — Ale przyznaj się, kto go za ciebie upolował?

Tylko dlatego, że bacznie mu się przyglądałem wiedziałem, że mówi tak, bo zżera go zazdrość i że nie mógł wymyślić nic bardziej złośliwego. Jednocześnie poczułem w żołądku nieprzyjemne zimno na samą myśl, że Emley faktycznie mógł być świadkiem zajścia z Damarem i Kianą. Dlatego w ogóle mu nie odpowiedziałem, a spojrzałem w stronę Coltona, który zakrywał dłonią usta, nie mogąc zapanować nad wybuchem śmiechu.

— Sami nie damy rady przetransportować ich do zamku, więc po prostu przyślemy po nie służbę. Wozami przewiozą zwierzęta prosto do kuchni. To chyba najlepsze wyjście — powiedział wreszcie mój staruszek dosiadając swojego karego ogiera. Odpiął płaszcz i przewiesił przez siodło. — Ruszajmy, bo nie doczekamy się dzisiaj uczty.

Całą piątką ruszyliśmy w stronę zamku. Z Coltonem zostaliśmy nieco z tyłu, aby jeszcze móc swobodnie porozmawiać. Młodszy kuzyn opowiadał po kolei, jak doszło do ostatecznego zabicia zranionego dzika. Słuchałem go uważnie i przytakiwałem, a co jakiś czas zadawałem pytania, aby samemu nie musieć zdawać relacji ze swojego polowania. Nie czułbym się dobrze nie mówiąc mu prawdy.



3. Alecsey

Na wieczorną ucztę postanowiono zaserwować dzika i zająca, o którym zupełnie zapomniałem. Trzymając w ręce worek, w którym było zwierzę pomaszerowałem w stronę rzeźbionych drzwi. W korytarzu nadal unosił się smród stęchlizny i chyba nikt nie zamierzał pozbyć się go. Rękawem wolnej ręki zasłoniłem nos, bo nie mogłem wytrzymać tego zapachu. Dopiero w kuchni odetchnąłem i wyciągnąwszy zająca za uszy, podałem go głównemu kucharzowi. Do moich nozdrzy już wdarły się niesamowite zapachy pochodzące od różnego rodzaju przypraw, pieczonego mięsa, a także jakichś słodkich ciasteczek. Te ostatnie zamierzałem zjeść po popołudniowej uczcie. Mam nadzieję, że jeszcze znajdę na nie miejsce w żołądku.

— Zupełnie o nim zapomniałem. Chciałbym go na dzisiejszą ucztę. Najlepiej na słodko, czy jest to możliwe?

— Oczywiście, wasza wysokość — odparł mężczyzna przekazując zwierzę młodej dziewczynie, która wzrok miała wbity w ziemię. Kucharz patrzył na mnie, lecz nie było to natarczywe spojrzenie, lecz wyczekujące. Pewnie miał nadzieję, że nie będę miał już więcej zachcianek i widać było, że odetchnął z ulgą, gdy oznajmiłem mu tylko, że powinni coś zrobić z tym zapachem na korytarzu. Miałem nadzieję, że następnym razem będzie można przejść swobodnie.

Gdy dostałem się do schodów, pokonując jeden stopień za drugim, dotarłem do mojej komnaty, gdzie czekała na mnie kąpiel. Oczywiście, nie obyło się bez olejku eterycznego. Tym razem czułem unoszący się w łazience zapach pomarańczy, zdecydowanie jeden z moich ulubionych. Rozkoszowanie się ciepłą wodą nie mogło trwać wiecznie, zwłaszcza, że obiecałem matce, że zajrzę do komnaty herbacianej. Raz-dwa ubrałem się w codzienne, acz wystawne, ubranie i truchtem udałem się do jednego ze swoich ulubionych miejsc w zamku. Ojciec zawsze mnie uczył, że nie powinienem sprawiać wrażenia spóźnionego albo zdenerwowanego. Uważałem, że to głupie, ale jak większość rzeczy, nie mogłem komentować tego głośno.

Na miejscu zastałem matkę w towarzystwie ciotki Clarise oraz Coltona. Kobiety siedziały przy gorącej herbacie i pogrążone były w rozmowie. Skinąłem im głową i przeszedłem przez komnatę do miejsca pod oknem, gdzie w jasnozielonym fotelu siedział Colton. Książka którą czytał musiała być naprawdę porywająca, ponieważ jego twarz zmieniała co chwilę swój wyraz. Rzuciłem kamizelkę na oparcie drugiego fotela i usiadłem w nim, kładąc nogi na podnóżku. Patrzenie na kuzyna, który co chwilę uśmiechał się, unosił brwi w zaskoczeniu albo marszczył czoło, gdy coś najprawdopodobniej go wzburzało, poprawiło mi humor jeszcze bardziej niż wylegiwanie się w wannie.

Głowę oparłem na ręce i śmiałem się cicho, dopóki kuzyn na mnie nie spojrzał. Brwi miał ściągnięte i wydawał się być rozzłoszczony.

— O co chodzi? — zapytał przymykając książkę, ale trzymając palec w miejscu, w którym przerwał czytanie.

— Przepraszam, nie chciałem ci przerywać lektury, ale po prostu widzę, że historia bardzo cię wciągnęła…? Czy się mylę?

— Owszem, dawno nie czytałem niczego tak… porywającego. — Jego twarz się rozpogodziła. Zaznaczył jedwabną wstążką miejsce gdzie trzymał wcześniej palec i odłożył książkę na stolik obok. Oparł ręce na poręczach fotela i przechylił nieco głowę. Sprawiał wrażenie jakby się nad czymś zastanawiał.

— Jak się czujesz z myślą, że niedługo poznasz swoją żonę? — zapytał w końcu. To pytanie było chyba odwetem za przerwanie mu lektury. Wiele razy mówiłem Coltonowi, że pomysł ustawionego ślubu mi się nie podoba i gdyby to ode mnie  zależało, sam znalazłbym sobie żonę i to tylko wtedy, gdy sam uznałbym, że to już czas. Dobrze wiedział, że zrobiłem z tego temat tabu, a mimo to odważył się go poruszyć. Podły drań.

— Naprawdę musisz mi o tym przypominać? Poza tym wiesz jakie mam do tego podejście. Nic się w tym temacie nie zmieniło.

— Wydaje mi się, że nieco przesadzasz. Nawet nie chcesz dać szansy tej dziewczynie — powiedział z nieco naburmuszoną miną.

— Nie ma znaczenia jaka jest. Znaczenie ma to, że ojciec chce decydować o moim życiu. Nie godzę się na to.

— I co chcesz z tym zrobić?

— Jeszcze nie wiem. Mam trochę czasu, więc coś wymyślę. A jak nie, to może gdzieś wyjadę. — Ostatnie zdanie dodałem pół żartem, ale Colton chyba tego nie zauważył.

— Zabierzesz mnie ze sobą? — zapytał cicho zerkając nerwowo w stronę swojej matki.

— Colton, ja żartowałem. — Przyglądałem się mu z uwagą. Zaniepokoił mnie fakt, że Colton tak chętnie by ze mną pojechał. Aż tak źle się działo w jego rodzinie? Czy może targała nim chęć przeżycia przygody takiej jak w książkach, które tak chętnie czytywaliśmy? Obaj chwilę milczeliśmy, ale w końcu ciszę przerwał blondyn.

— Poczytam jeszcze. — Nie dodał nic więcej. Chwycił książkę i wrócił do lektury.

Nie zamierzałem go przepytywać. Poprawiłem się w fotelu i wodziłem wzrokiem po komnacie. Spora ilość okien dawała wrażenie przestronności, mimo iż pomieszczenie nie było zbyt duże. Zielone, gładkie kotary, ściany w odcieniu słonecznej żółci, na których wisiały obrazy i poroża oraz wielobarwne dodatki przywodziły na myśl wiosenną łąkę. Właśnie dlatego bardzo lubiłem tę komnatę. Do pełni szczęścia brakowało tylko wina i czegoś słodkiego. Niestety, na alkohol było za wcześnie, a słodkie przekąski dopiero się piekły w kuchni.

Wzrok skierowałem na matkę. Była naprawdę piękną kobietą. Długie, ciemnobrązowe włosy miała splecione w długi warkocz, który owinęła wokół głowy. Fryzura ta, a także kwieciste dodatki, bardzo przypominały mi wiosenny wianek. Upodobanie do tej pory roku, jak i brązowy kolor oczu odziedziczyłem właśnie po niej. Opowiadała o swojej nowej sukni szytej specjalnie na najbliższy bal, a także o wspaniałych materiałach sprowadzanych, tak jak wino, z różnych części świata. Zapowiedziała, że ciotka także musi mieć coś wspaniałego i że do uroczystości jest jeszcze trochę czasu, więc na pewno krawcy wyrobią się z suknią dla niej, a także dla jej mężczyzn. Nie było opcji, aby na tak ważnej uroczystości pojawiła się w, jak to ujęła, „starej i już dawno przechodzonej sukience”. Z jej słów wywnioskowałem, że wszystkie jej suknie nadają się do wyrzucenia i że musi odświeżyć swoją garderobę.

Jeśli chodzi o mnie, od nie wiem już ilu tygodni chodziłem na przymiarki. Wydawało mi się, że ciągnie się to w nieskończoność. Wyborem materiału zajęła się moja matka, ale osobiście wywalczyłem sobie prawo do tego, aby moja tunika była w kolorze granatowym ze srebrnymi lamówkami i zdobieniami. Spodnie miały być jednolicie granatowe, bez zbędnych dodatków. Lubiłem to zestawienie kolorów, choć rodzice uważali, że jest dla mnie zbyt ponure. Ojciec, natomiast, większość ubrań miał w odcieniach zieleni, a matka uwielbiała różnokolorowe suknie, ale zawsze w pastelowych odcieniach. Na swoją suknię balową wybrała jedwab barwy błękitnego nieba, ponieważ w ostatnim czasie bardzo zachwycała się tym kolorem. Sam byłem ciekaw, jak będzie się prezentował efekt końcowy. Nasza królewska krawcowa przechodziła samą siebie, jeśli chodziło o suknie.


4. Alecsey


W czasie wieczornej uczty usiadłem blisko ojca, aby raz jeszcze spróbować z nim porozmawiać. Musiałem to zrobić zwłaszcza, że Kiana i Damar dali mi do zrozumienia, że w czasie balu coś się wydarzy. Starałem się w to nie wnikać, ale zaszczepili we mnie tę myśl, a ona doprowadzała mnie do jeszcze większego zdenerwowania. Teraz z rozkazu matki służba  musiałaby wlewać mi do wanny nie krople, a litry olejków uspokajających. Oczywiście, gdyby o wszystkim wiedziała.

Po jednej stronie ojca siedziałem ja, a po drugiej dowódca straży królewskiej, Faber Ragdall. Wiosną minęło trzydzieści lat odkąd ten starszawy jegomość z łysiną na czubku głowy oraz krzaczastym wąsem zajmował to stanowisko. Jednocześnie był najbardziej zaufaną osobą króla i podejrzewałem, że ojciec nawet wujowi Clayworthowi nie ufał tak jak jemu. Patrzyłem jak obaj zajadali się dzikiem, jak tłuszcz kapał im z bród, jak kawałki mięsa zaplątywały się w wąsy, a do tego wszystko popijali vallandzkim winem. Nie był to zbyt przyjemny widok, a że i moment na zagajenie rozmowy też nie był najlepszy, wziąłem dokładkę mięsa z zająca w sosie żurawinowym. To była moja ulubiona potrawa, więc prosiłem o nią przy każdej nadarzającej się okazji. Mięso popijałem także winem, ale veimońskim. Było zdecydowanie łagodniejsze i chyba oprócz mnie nikt go nie pijał. Nie musiałem więc się obawiać, że ktoś się przyssie do moich butelek. Delektowałem się każdym łykiem, ponieważ grzechem byłoby żłopać je jak wodę. Co jakiś czas spoglądałem na ojca mając nadzieję, że zaraz będzie mógł ze mną porozmawiać. Ale wyglądało na to, że nie zamierzał zaszczycić mnie nawet spojrzeniem. Musiałem więc wziąć sprawę w swoje ręce.

— Ojcze, mógłbym zamienić z tobą słowo?

— Dla syna zawsze znajdę czas. O co chodzi? — zapytał i w końcu na mnie spojrzał. Głowę podparł na ręce. Wyglądał na zmęczonego albo po prostu na niezadowolonego, gdyż mógł podejrzewać o czym chcę z nim rozmawiać.

— Wiem, że już o tym rozmawialiśmy, ale raz jeszcze chciałbym prosić cię o przemyślenie wszystkiego. Wiem, że chcesz dla mnie jak najlepiej, ale uważam, że w temacie ożenku świetnie poradzę sobie sam… Obiecuję, że cię nie zawiodę i na pewno skonsultuję z tobą mój wybór zanim cokolwiek postanowię.

— Alecsey, mój jedyny synu. Wiem, że to po mnie masz tę pewność siebie, ale musisz mi zaufać. Matka Leanne była naprawdę piękną kobietą, więc jej córka zapewne jest równie piękna. Zakochasz się, gdy tylko ją zobaczysz i zmienisz zdanie. Daj jej szansę. Daj sobie szansę.

— Ojcze — westchnąłem i nawet nie wiem kiedy trzymany przeze mnie kielich z winem przysunął się do moich ust i wlał do środka resztkę trunku. Jeśli na tym polu ojciec jest jak skała, to może chociaż uda się odwołać bal? — Mam złe przeczucia co do samego balu. Niech goście przyjadą, ale po prostu odwołaj bal. Proszę cię…

— Dość! Masz przeczucia? I ja mam się nimi kierować? Za kogo ty mnie masz Alecsey? Ale dobrze, niech ci będzie. — Nie spodziewałem się po nim takiego wybuchu złości, ani tym bardziej, że za chwilę będzie się zachowywał jak gdyby nigdy nic. Odwrócił się w stronę Fabera Ragdalla. — Na bal podwoisz wszędzie straże. Najlepiej przy wejściach do zamku i do samej sali balowej, a także w ogrodzie. Mój syn ma złe przeczucia. Dajmy mu spokojny sen. — dodał na koniec i zwrócił się z powrotem do mnie. — Zadowolony?

Nie otrzymał odpowiedzi, ba, nawet nie był nią zainteresowany, bo już w najlepsze rozmawiał z Faberem o jeleniu, którego upolował. Takiej zniewagi z jego strony się nie spodziewałem. Zabolało mnie to, w jaki sposób mnie potraktował. I to na oczach całej rodziny. Czułem na sobie ich wzrok, ale nie odważyłem się podnieść wzroku, aby na nich spojrzeć. Było mi wstyd, choć tak naprawdę to nie ja powinienem się wstydzić.

Nieraz się zastanawiałem jakie cechy odziedziczyłem po ojcu. Nie lubiłem się przechwalać swoimi osiągnięciami, nie byłem tak pewny siebie, jak staruszek uważał. Polowania nie były sensem mojego życia, a i sama korona niezbyt mnie interesowała. Najbardziej zauważalną rzeczą jaka nas łączyła, była miłość do tej samej kobiety, do Anise Ross.

— Przykro mi, synku. — Poczułem na swoim ramieniu dłoń matki. Nie wiedziałem co jej powiedzieć, więc lekko skinąłem głową. Zdobyłem się też na odwagę i spojrzałem na jedyną osobę, która mnie nie oceniała, na Coltona, ale ten zaraz odwrócił wzrok. Nie powiem, poczułem się nieco osamotniony w tej sytuacji, ale podejrzewałem, że Colton poczuł się tak samo zmieszany na jakiego wyglądał.


Po pieczonym odyńcu nie ostał się ani kawałeczek. Wieprz był tak smaczny, że biesiadnicy szybko go zjedli, zachwalając kucharza, a także osobę, która dała im takie wspaniałości. Stryj Clayworth rozpływał się nad doskonałością mięsa i pouczał swojego starszego syna jakie okazy ma wybierać. Dzik, którego upieczono należał do niego, więc tym razem cała pochwała kierowana była w jego stronę. Ja ograniczyłem się tylko do zająca, więc darowałem sobie puste komplementy. Zresztą, do końca uczty w ogóle nie odezwałem się słowem. Wzrok utkwiłem w swoim talerzu i odrywałem go tylko wtedy, gdy napełniałem sobie kielich winem. Znowu czułem na sobie czyjś wzrok, ale sądząc po głośnych rozmowach dorosłych, mógł to być znowu Colton albo Emley. Ale właściwie nie miało to żadnego znaczenia. Cały czas czułem się ośmieszony przez ojca i tylko to się w tej chwili liczyło.

Po skończonej uczcie, biesiadnicy jeden po drugim opuszczali jadalnię. Niektórzy mieli zbolałe miny, zapewne dlatego, że zjedli więcej niż mieścił ich żołądek. Pozbierałem się od stołu jako ostatni. Dopiero wtedy odczułem ilość wypitego wina. W głowie zaczęło mi się kręcić, a obraz przed oczami był nieco opóźniony. Nogi odmawiały posłuszeństwa, ale powoli ruszyłem do drzwi podtrzymując się ściany jedną ręką. Miałem więcej szczęścia niż rozumu i nie byłem narażony na pytania i złośliwości Emleya, który uwielbiał wykorzystywać takie sytuacje. W drodze do swojej komnaty tak bardzo zakręciło mi się w głowie, że musiałem przysiąść na schodach. Podparłem głowę na rękach i starałem się zebrać siły na dalszą wędrówkę. Zrobiło mi się ciepło na sercu, gdy moim stanem zainteresowała się jedna ze służących, która podeszła do mnie nieco bliżej, ale nadal zachowując dystans. Ciekawe czy naprawdę się zmartwiła, czy też podeszła z obowiązku.

— Czy Wasza Wysokość dobrze się czuje? Wezwać medyka?

— Nie trzeba. Za dużo wina, nic poza tym.

Na te słowa skinęła głową i powoli odeszła. W rękach niosła kosz wypełniony brudnymi rzeczami, które ledwo trzymały się na tej wysokiej stercie. Przyglądałem się jej, dopóki nie zniknęła za zakrętem. Moje ciało przeszył chłód bijący od kamiennych schodów. Próbowałem wstać, lecz ciało odmawiało mi posłuszeństwa. Przeszywający ból głowy tego nie ułatwiał, ale odetchnąłem z ulgą, gdy usłyszałem głos Coltona.

— Co ty tu robisz? — Kuzyn stał nade mną z rękami skrzyżowanymi na piersi. Jego twarz wyrażała mieszaninę uczuć. Pewnie sam nie był pewny, czy ta sytuacja bardziej go martwi czy bawi. — Wstań, odprowadzę cię do twojej komnaty.

Wyciągnąłem rękę chwytając go za ramię. Poczułem lekkie szarpnięcie i udało mi się wstać. W drodze do jego pokoju nikogo nie spotkaliśmy, choć wystarczyło, że w takim stanie widziała mnie jedna ze służących. Byłem pewny, że jeszcze dzisiaj cała służba będzie się śmiała i plotkowała na ten temat. Opadłem na fotel, gdy tylko znalazłem się w mojej komnacie. Oczy miałem zamknięte, bo bardzo chciało mi się spać, ale też jednocześnie czułem, że narasta we mnie frustracja.

— Siadaj — powiedziałem nieco zbyt ostro, bo Colton stał w drzwiach zastanawiając się czy ma zostać. Blondyn podszedł do zaścielonego i pachnącego łóżka i rzucił się na nie jak dziecko. Zaśmiał się i wsunął ręce pod głowę.

— Ależ sobie pofolgowałeś z tym winem, co?

— Bardzo żałośnie to wyglądało? — Przetarłem twarz dłońmi i starałem się usiąść wygodniej, ale w końcu wstałem i powoli uchyliłem drzwi balkonowe. Świeże powietrze, które uderzyło mnie w twarz, nieco mnie otrzeźwiło. Noc była naprawdę ciepła, więc wyszedłem na zewnątrz. Wieczorną ciszę przerywało cykanie cykad i cichy rechot żab, które zamieszkiwały ogrodowy staw. Księżycowi brakowało nieco do pełni, co bardzo mnie irytowało. Wróciły myśli o ostrzeżeniu. Im bliżej pełni, tym bliżej balu. Obawiałem się tego, co może się stać w czasie uroczystości.

— Trochę, ale oprócz mnie i Emleya, chyba nikt nie zwrócił na to uwagi.

— Pewnie Emley miał używanie, co? Ale Alecsey się zapruł i to w czasie kolacji! Będzie można mu to wypominać przez najbliższe tygodnie! Ale ubaw!

— Zdziwisz się, ale nie odezwał się ani słowem. Powiedziałbym, że wyglądał na zdegustowanego.

— Co ty mówisz? Emley zdegustowany zachowaniem ulubionego kuzyna?

Colton wzruszając ramionami wstał z łóżka i ostentacyjnie wygładził poduszki i narzutę. Przeszedł obok i łokciami oparł się o balustradę. Patrzył na mnie przeszywającym wzrokiem. Znałem ten wzrok i nie chciałem, aby używał go właśnie teraz.

— O co chodzi z tym balem? — zapytał po chwili milczenia. — Czemu chcesz go odwołać? Widzę, że od jakiegoś czasu chodzisz jak podtruty. Dzisiaj zachowujesz się jak nie ty.

Źle się czułem z myślą, że nie mogę mu nic powiedzieć. Z jednej strony chciałem, bo ta tajemnica bardzo mi ciążyła, a z drugiej strony martwiłem się, że Colton może nie zrozumieć pobudek mojego postępowania. Nie chciałem wyjść w oczach kuzyna na zdrajcę.

Nogi nosiły mnie tam i z powrotem po całym balkonie. Nie zdawałem sobie sprawy, że Colton cały czas czeka na odpowiedź i po jego minie widać było, że zaczynał się już niecierpliwić. Wreszcie otworzyłem usta, aby coś powiedzieć, ale tylko mi się odbiło. Poczułem nieprzyjemny zapach trawionego wina.

— Dobra, nie chcesz to nie mów, ale sądziłem, że naprawdę sobie ufamy. — Słowa Coltona bolały, bo naprawdę mu ufałem. Nie byłem natomiast pewny czy Colton ufa mi tak, jak mówił. Czy sprawdzanie jego zaufania w tym momencie byłoby dobrym wyborem? Jeśli nie, to kiedy będzie ten dobry moment?

Wszystko nagle ucichło. Nie było słychać, ani cykad ani żab. Jakby nagle ktoś wyłączył dźwięk, poza ich głosami.

— Ktoś mnie ostrzegł — powiedziałem ledwo dosłyszalnie.

— Co?

Chodziłem jak nakręcony. Wypite wino nadal dawało się we znaki. Głowa cały czas mnie bolała, a kotłujące się w niej myśli niczego nie ułatwiały. Stanie na balkonie, gdzie każdy mógł podsłuchać naszą rozmowę, również nie było mądre. Wiedziałem to, więc wszedłem z powrotem do swojej komnaty. Zamknąłem za kuzynem drzwi balkonowe. Moja ręka opadła na filar łóżka.

— Ktoś mnie ostrzegł, że na balu się coś wydarzy. Nie wiem co, ale najroztropniej byłoby go odwołać, ale słyszałeś ojca. Nie ma z nim rozmowy.

— Ktoś ci wysłał list? Czy zaczepił w czasie polowania? — Colton skrzyżował ręce na piersi. Miał nieodgadnioną minę. Z jego twarzy nie można było nic wyczytać. Colton już nie sprawiał wrażenia beztroskiego młodzieńca, którego dręczy starszy brat. Ale skoro wspomniał o polowaniu, nie można było skłamać, musiał coś słyszeć.

— W czasie polowania.

— W pewnym momencie wydawało mi się, że słyszę jakieś nieznane mi głosy. Ale jak to w lesie, nie byłem pewny czy mi się tylko nie wydawało. Co to za ludzie?

— Chciałbym ci powiedzieć…

— To zrób to i przestań wreszcie wszystko ukrywać. Nie mogę znieść świadomości, że w coś się wplątałeś, a ja nie wiem jak ci pomóc. Przysięgliśmy sobie kiedyś, że będziemy ze sobą szczerzy i będziemy się wspierać w każdej sytuacji… pamiętasz?

— Pamiętam i obiecuję, że wszystko ci powiem, ale nie dzisiaj.

— Kładź się. Potrzeba ci snu, aby całe wino z ciebie wyparowało. Zobaczymy się jutro. — Colton nie wyglądał na zadowolonego gdy wychodził, ale rozmowa na ten temat po wypiciu całej butelki wina nie była najlepszym pomysłem. Poza tym bałem się, że mógłbym użyć niewłaściwych słów, które mogłyby zabrzmieć o wiele gorzej niż bym chciał.


5. Alecsey

Nazajutrz rozpoczęły się przygotowania do przyjazdu gości. Nie chciałem w nich uczestniczyć, choć matka na każdym kroku próbowała mnie w to wciągnąć. Najlepszym rozwiązaniem byłoby wybycie z zamku. na czas przygotowań, aby nikomu nie plątać się pod nogami, ani nie robić matce nadziei na to, że w czymś pomogę. Królowa Anise należała do bardzo pogodnych osób i zawsze wkładała całe serce w to co robiła, także w przygotowania do przyjęcia gości. Nieraz wyręczała służące i sama zajmowała się dekorowaniem komnat albo tworzeniem i układaniem bukietów kwiatów. Większość mebli i tkanin do ich obicia wybrała sama, tak jak i zasłony, pościele i wszelkiego rodzaju kotary. Gdyby nie system klasowy, to jej stosunek do służby pewnie byłby znacznie luźniejszy.

— Mamo, nie znam się na kwiatach — odparłem, gdy któryś raz z rzędu zapytała mnie o to, jakie kwiaty chciałbym, aby zdobiły salę balową. Nie chciałem jej sprawiać przykrości, ale nie potrafiłem już dłużej ukrywać zniecierpliwienia. — Wiem, że na pewno wybierzesz coś odpowiedniego.

— Chciałabym, aby bal był wyjątkowym wieczorem dla was obojga…

— Jesteś kobietą, na pewno wiesz co się jej spodoba. A mnie spodoba się cokolwiek wybierzesz. — Ucałowałem matkę w czoło i szybkim krokiem wyszedłem z komnaty, w której zgromadzona była większa część zamkowej służby. Matka już wcześniej postanowiła wszystkiego dopilnować osobiście i przydzielić zadania wszystkim, którzy jeszcze ich nie otrzymali.

Wyszedłem na dziedziniec i od razu poczułem się lepiej, gdy do moich nozdrzy wdarło się świeże powietrze. Poczułem potrzebę, aby z kimś porozmawiać, więc skierowałem swoje kroki do stajni. Stajenny w podeszłym wieku oporządzał właśnie boks Miry, więc odprawiłem go i chwyciłem szczotkę, którą zawsze wyczesywałem klacz.

— Jutro odbędzie się bal… najważniejszy w moim życiu.

Koń odwrócił łeb i trącił mój łokieć. Był to znak, że muszę dać jej coś w zamian, jeśli chcę się wyżalić. Przyniosłem koszyk pełen jabłek i marchwi. Po chwili klacz chrupała ze smakiem jabłko, więc opłata została przyjęta. Co prawda uważałem, że się przyjaźnimy, ale taką cenę w zamian za jej milczenie mogłem zapłacić.

— Dochodzę do wniosku, że tak naprawdę, ani ja ani ty nie mamy nic do powiedzenia, jeśli chodzi o nasze życie. Są ludzie, którzy nami kierują bez pytania nas o zdanie. Podzielisz się? — Wziąłem marchewkę i odgryzłem kawałek.

— Jesteśmy w takiej samej sytuacji, choć tobie to i tak wszystko jedno.

Klacz trącała mnie nie odrywając wzroku od marchewki, którą trzymałem w ręce. Dopiero za piątym razem dostała to czego chciała.

— Czasami naprawdę żałuję, że nie potrafisz mówić. — Dałem jej kolejne jabłko. — Choć z drugiej strony, wiesz tyle, że nie chciałbym martwić się o to, czy nie zdradzisz komuś naszych sekretów…

— Rozmawiasz z koniem?

W stajni pojawił się Colton. Przyprowadził srokatego ogiera, na którym jeździł całe przedpołudnie. To był jeden z koni, spośród których mogłem wybierać kilka lat temu. Wuj Clayworth postanowił wtedy wziąć dwa konie dla obu synów.

— To nie jest zwykły koń. Zna mnie na wylot albo i jeszcze lepiej…

— Kuzynie drogi… znowu piłeś? Za wcześnie na taką ilość wina. Obiecuję, że nic nie powiem, tylko nie pokazuj się nikomu.

— Nie tknąłem ani wina, ani żadnego innego trunku — odpowiedziałem zniecierpliwiony. — Po prostu puszczają mi nerwy. Czuję się trochę zaszczuty.

— Mogę ci jakoś pomóc? — Słychać było w jego głosie troskę.

— Nie możesz, ale dziękuję. Jeśli mogę to prosiłbym cię o dyskrecję. Nie chciałbym, aby wszyscy uważali  mnie za tchórza, choć pewnie tak jest.

— Nie znam nikogo, kto byłby odważniejszy od ciebie — odpowiedział wprowadzając swojego konia do boksu. — Pamiętasz tego niedźwiedzia kilka lat temu? O mały włos, a rozszarpałby mnie na kawałeczki. Kto mi wtedy pomógł? Ty.

Ciężko było zapomnieć o tamtym zdarzeniu, choć minęło tyle lat. Byliśmy jeszcze podrostkami, kiedy tamtego popołudnia wybraliśmy się do lasu, aby się pobawić. Emley miał nas pilnować, lecz zostawił samych sobie po kłótni. Stwierdził wtedy, że nie ma zamiaru tracić czasu na niańczenie dzieci i wrócił do zamku. Zwierzę zaskoczyło nas w trakcie zabawy w berka. Uciekający Colton stanął z nim oko w oko dopiero gdy wybiegł na niewielką leśną polanę. Jego twarz pobielała jak kreda, a gdy niedźwiedź i jego zauważył, momentalnie zaryczał stając na tylnych łapach. Miał ponad dwa metry wzrostu i był naprawdę przerażający. Nie wiedziałem wtedy co robić, więc odwróciłem uwagę niedźwiedzia krzycząc do niego i rzucając swoimi butami w kierunku lasu, ale daleko od nas. Pamiętam, że gdy zwierzę było zajęte moimi butami, biegliśmy w kierunku zamku tak szybko jak jeszcze nigdy w życiu nam się nie zdarzyło. Nigdy nikomu nie zdradziliśmy co się przydarzyło tamtego popołudnia. Między innymi dlatego, żeby Emley nie miał w domu nieprzyjemności.

— Tylko ja tam byłem. Ile mieliśmy wtedy lat?

— Ty miałeś dwanaście, a ja jeszcze nawet dziesięciu nie skończyłem. To już prawie sześć lat, Alecsey. I to właśnie ty mi pomogłeś.

— Żałuję, że nie jesteśmy rodzonymi braćmi.

— Dla mnie zawsze będziesz bratem i wiedz, że zawsze pójdę za tobą jeśli tylko będziesz mnie potrzebował.

            Nie spodziewałem się takiego wyznania. Zawsze byliśmy ze sobą blisko, ale nigdy nie powiedziałbym, że Colton jest mi tak oddany. Prawdą też było, że i ja dla niego również zrobiłbym wiele. Po prostu byliśmy najlepszymi przyjaciółmi. I dlatego tak strasznie mnie przygnębiał fakt, że mam przed nim tajemnice.



© Natalia Muniowska
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

3 komentarze:

  1. Wszystko napisane poprawnie, fragment ani, dobry ani zły. Mnie jakoś nie porwał, ale widocznie nie jest on dla mnie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Sporo błędów stylistycznych, interpunkcyjnych. Nerwi pierwszoosobowa narracja, ale to akurat mój gust. Bohater nie zainteresował, raczej znudził.

    OdpowiedzUsuń