Fragment książki Czytacza


Poniżej znajduje się odpowiedź na jedno z najczęściej zadawanych mi pytań: "Czytaczu, czy napiszesz swoją książkę?". Ta odpowiedź, to: "chciałbym". Bo choć raz już mi się zdarzyło skończyć pisanie tej konkretnej książki, a podskokom z radości nie było końca, po rocznej przerwie i powrocie do mojego "debiutu", złapałem się za głowę i posłałem w kierunku swojego przeszłego ja kilka niewybrednych epitetów. Tamta wersja książki w całości trafiła do kosza, a na jej zgliszczach powstaje to, czego początek możecie przeczytać poniżej. Tak, powstaje. To nadal niedokończony manuskrypt, choć coraz bliżej mu już do ostatniej kropki.

To teraz o samej "książce". Ta książka jeszcze nie ma tytułu. Kiedyś miała, ale uznałem, że nie jest odpowiedni, stąd nic jeszcze nie jest przesądzone. To historia z pogranicza magii, w której bawię się różnymi konwencjami. Najprościej będzie uznać ją za young adult fantasy. Będą mroczne tajemnice, brutalne śmierci, trochę mrocznej aury i bohaterowie, którzy staną przed trudnymi wyborami. Ale żeby nie popaść w patos, będzie też trochę śmiechu i niewybrednego, męskiego poczucia humoru (żałujcie, że w poniższym fragmencie nie ma sceny z odnalezieniem wiekowego "Playboya"!).

Historia opowiada o losach 16-letniego Adama, który żyje w patologicznej rodzinie. Ojciec pije, a matka odcina się od problemów biorąc na siebie kolejny etat, jak gdyby pieniądze mogły wszystko naprawić. Kolejna awantura podszyta alkoholem przepełnia czarę goryczy i Adam wyrzuca ojca z domu. Nie wie, że właśnie rozpoczęła się wielka gra, której on sam jest bardzo ważną figurą. Wkrótce jego życie zmieni się o sto osiemdziesiąt stopni, a sam Adam pozna zupełnie nowe oblicze zła. A choć podszyte fantastyką i odrobiną magii, będzie to zło o bardzo ludzkim obliczu.

Za błędy w tekście serdecznie przepraszam. Przyjemnej lektury!
Czytacz


PROLOG
15 lat wcześniej 

Wydłużające się cienie budynków, niczym olbrzym kładący się do snu, zakrywały mrokiem ciche ulice Sutton. Żarząca się, ciemnopomarańczowa tarcza Słońca chyliła się ku zachodowi, kończąc kolejny dzień w miejscu, gdzie niewielu zwracało na to uwagę. Za dawnych dobrych czasów Sutton było tętniącym życiem miasteczkem przemysłowym – z własną fabryką, która przyciągała mieszkańców okolicznych wsi i wiosek jak lep muchy. Z nadzieją, której nie pomieściłaby w sobie żadna walizka, ściągały tu młode rodziny czy kawalerowie, pragnący w tym małym centrum wszechświata odnaleźć swą drugą połówkę i założyć rodzinę. Fakt, rodzinę można było założyć wszędzie, ale szło o godne utrzymanie. Spokój ducha i portfela. A Sutton oferowało wówczas ten komfort, stanowiąc realny Eden dla tych, którzy od życia wymagali jedynie stabilności i pełnej michy ciepłego jedzenia.

Tak było kiedyś. W czasach, gdy Sutton było otoczone baśniową otoczką i nikt nie wierzył, że cokolwiek mogłoby zniszczyć to szczęśliwe zakończenie. Teraz miasto straszyło pustkami i wszechobecnym rozpadem. Tylko nadchodząca noc potrafiła zataić wszelkie niedoskonałości i ubytki tego miejsca, ukrywając pod płaszczem ciemności rozsypujące się budynki, mury pokreślone wypłowiałym graffiti czy łuszczącą się farbę odpadającą od starych, drewnianych ram okiennych. Ale nawet noc nie była w stanie ukryć wszechobecnego smrodu uryny i kocich odchodów. Czego jak czego, ale sprawców tego drugiego rodzaju nieczystości, w Sutton było na pęczki. Ciemność nocy przeszywały jarzące się ślepia dachowców wychodzących na żer i poszukiwanie przygód.

Pomimo, że dzień jeszcze się nie skończył, ulice Sutton były ciche i opustoszałe. Większość mieszkańców wyjechała stąd, gdy prywatne firmy zmuszone były uklęknąć i poddać się ciężkiemu kapitalizmowi i wielomilionowym kapitałom inwestowanym w sąsiednie, choć oddalone o dziesiątki, a nawet setki mil, miasta. Sutton samo w sobie było odzwierciedleniem porzekadła, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Tętniące i rodzące się miasto przyciągało tłumy. Gdy zaczęło podupadać, te same tłumy pozostawiły dogorywającego na pastwę losu, poddając się tak charakterystycznej cesze charakteryzującej ludzi: lepiej znaleźć nowe niż starać się naprawić.

Niemal wszyscy wyruszyli w podróż, by gdzie indziej zarabiać na chleb i przeżyć normalne, nieskomplikowane życie na etacie. Z kolei starsi mieszkańcy, którzy już dawno zapuścili tu korzenie, ani myśleli opuścić Sutton. Zgodnie utrzymywali, że to miasto jest im bliskie. Było, gdy się rozwijało i jest, gdy upada. Tak samo jak oni, musiało przegrać walkę z czasem, który ostatecznie wszystko przemieni w proch. Nieważne czy to człowiek, budynek czy nawet całe miasto. Czas niczego nie oszczędza. Śmierć to po prostu kolejny przystanek na dłuższej, bądź krótszej drodze życia. Tyle, że ostatni. Nie wszyscy potrafili się z tym pogodzić…

Starsi spotykali się czasami przy jedynym nadal funkcjonującym sklepie spożywczym głośno debatując nad tym, jak można byłoby przywrócić Sutton dawną świetność, gdyby tylko znalazł się jeden młody, silny człowiek z wizją i odpowiednim kapitałem, który odważyłby się tu zainwestować. Popijanie kiepskiego i ciepłego piwa (właściciela przybytku nie było stać na naprawę starej lodówki, nie mówiąc już o kupnie nowej, a coś przecież pić trzeba) sprzyjało snuciu wizji o świetlanej przyszłości miasteczka i było zresztą ich jedyną rozrywką w tym zapomnianym przez Boga miejscu.

Nieco na uboczu Sutton rozciągała się piętrowa hala – dawniej fabryka mebli, główne źródło dumy i dochodów obywateli miasta. W fabryce tej przez całe dekady produkowano meble, które sprzedawano w całym kraju, a nawet i eksportowano poza jego granice. Ale i jej kres musiał nadejść, gdy zagraniczni magnaci i możnowładcy współczesnego świata zaczęli produkować taniej, szybciej i w zgodzie ze zmieniającą się co i rusz modą. Sprzedaż mebli z Sutton stopniowo się kurczyła, a właściciel fabryki, Emil Marks, stopniowo ograniczał produkcję i zwalniał pracowników, by ostatecznie zamknąć biznes i zaledwie trzy dni później zostać odnalezionym bez życia w swoim domu mieszczącym się tuż za fabryką. Oficjalną przyczyną śmierci sześćdziesięcioczterolatka głoszoną przez mieszkańców Sutton był atak serca i taka też wersja była podawana każdemu, kto kiedykolwiek sprawą się zainteresował. Bardzo nieoficjalnie i niezgodnie z powszechnym stanowiskiem suttońskiej ludności, bezpośrednią przyczyną zejścia staruszka było fachowe podcięcie sobie przez niego żył w nadgarstkach. A wiedzieć trzeba, że tym razem Emil Marks wykonał robotę z należytą starannością i bazując na nabytym doświadczeniu, którego zabrakło mu przed dwunastoma laty. Wówczas to opłakując przedwczesną śmierć żony, opierając swą wiedzę głównie na telewizji, przeciął żyły w poprzek, co – choć efektywne, nie przyniosło zamierzonego rezultatu. Po tym, jak nieprzytomnego znalazł go w biurze jeden z pracowników hali, Emil Marks trafił najpierw do szpitala publicznego, a później psychiatrycznego, który opuścił po sześciomiesięcznym pobycie. Przystępując do drugiej próby, pan Marks nie popełnił tego samego błędu. Po pierwsze: upewnił się, że tym razem nikt mu nie przeszkodzi, a po drugie: dokonał podłużnego cięcia wzdłuż żył.

Niezależnie od podawanej wersji, nikt nie miał jednak wątpliwości, że to decyzja o zamknięciu fabryki, przedwcześnie wpędziła Emila Marksa do rodzinnej mogiły, gdzie złożono go obok ukochanej żony i synka, który zmarł po tygodniu od zbyt wczesnych narodzin.

Niegdysiejsza chluba i serce Sutton, fabryka, która była dziełem życia ojca Emila Marksa i niespełnionym marzeniem dziadka odeszła w zapomnienie. Fakt ten nie umknął uwadze miejscowych, którzy od tej pory z wielką niechęcią zaczęli podchodzić do wszystkiego, co obce. W tym i do przyjezdnych ludzi. Ze względu na tanią ziemię i domy w okazjonalnej cenie, zdarzało się, że znajdowali się chętni, by osiedlić się w Sutton, jednak rzeczona wrogość jego mieszkańców i łatka obcych szybko ostudzała ich entuzjazm, w związku z czym w miasteczku więcej było pustostanów niż żywych ludzi. Martwych nikt nie próbował zliczyć.

Nad cmentarzyskiem ruin wznosiła się teraz przerażająca i opustoszała fabryka, która w niczym nie przypominała siebie z czasów świetności. Brudne szyby w gęsto rozmieszczonych oknach były w większości wybite. Z ram wystawały ostro zakończone odłamki szkła, co napawało jeszcze większym smutkiem, gdy patrzyło się na to miejsce. Gdzieniegdzie w samych ścianach ziały dziury, z których niczym szkielet dawno rozłożonego trupa wystawały pręty zbrojeniowe. W środku wcale nie było lepiej. W licznych pomieszczeniach walało się mnóstwo porzuconych mebli i części maszyn, które czas – z pomocą miejscowych – pozbawił wartościowych i przydatnych elementów.  Pokryte pyłem i kurzem stoły, poprzewracane krzesła, porzucone drzwi od szaf czy niedokończone komody z walającymi się wszędzie uchwytami i gałkami gniły w zapomnieniu tego skazanego na rozpad miejsca.

Początkowo – po śmierci pana Marksa, wielu mieszkańców Sutton włamywało się do starej fabryki. Niektórzy zabierali meble, inni szperali w gabinecie dyrektora w poszukiwaniu jakichkolwiek kosztowności. Te niegodziwe eksploracje zakończyły się, kiedy wszyscy nabrali pewności, że fabryka to już naprawdę przeszłość i naprawdę nie ma czego szukać w jej opuszczonych pomieszczeniach. A już na pewno nie czegoś, co mogłoby przełożyć się na czyjąś lepszą przyszłość.

Od lat nikt nie wchodził do środka. Gdyby ktokolwiek zdecydował się na to dziś, przeżyłby niemały szok. A wywołałby go niosący się echem płacz dziecka wydobywający się zza zamkniętych drzwi gabinetu pana Marksa.

Młoda kobieta usilnie starała się uciszyć niemowlę, które wydzierało się w niebogłosy. Przemierzała z nim biuro wzdłuż i wszerz, nieustannie kołysząc je w ramionach, ale nic, co robiła nie przynosiło oczekiwanego rezultatu. Maluch darł się coraz głośniej, a po jego pulchnej buzi i zaróżowionych z wysiłku policzkach rozlewały się łzy. Niesforne kosmyki czarnych włosów wydostały się z niezgrabnego koka i smętnie opadały na twarz kobiety. Choć na zewnątrz panował październikowy chłód, którego zakrywająca okno dykta, nie była w stanie powstrzymać przed wtargnięciem do wnętrza biura, kobieta była zgrzana, a jej policzki zaczerwienione niemal tak samo jak policzki dziecka. Czoło lśniło jej od potu. Z każdym krokiem i każdym „ciiiiii” rozglądała się z niepokojem po gabinecie, jak gdyby spodziewała się, że lada chwila coś potwornego wyskoczy z ciemnego kąta pokoju, by wyrwać jej dziecko z rąk. Jakby na tę myśl, kobieta przycisnęła je mocniej do piersi starając się osłonić przed niewidzialnym wrogiem.

W pomieszczeniu panował półmrok. Z dwóch okien tylko jedno pozostało w jednym kawałku, choć szyba była tak brudna, że niemal nie przepuszczała światła do środka – a tam, gdzie blade promienie jesiennego słońca zdołały jakimś cudem przedrzeć się przez warstwę brudu, oświetlały chmarę tańczących w powietrzu drobinek unoszącego się kurzu. Zdecydowanie nie było to idealne miejsce dla matki z dzieckiem. Brud pokrywał każdą wolną powierzchnię. Grube tumany kurzu niczym kołdra okrywały wszystkie znajdujące się w pomieszczeniu przedmioty. Kulawe biurko – teraz odsunięte pod ścianę i przykryte kocem, miało najwyraźniej służyć za przewijak, natomiast stara i wypłowiała leżanka dla psa służyła za łóżeczko dla niemowlęcia. Poza tym w gabinecie – jak i w pozostałych częściach opustoszałej fabryki mebli, znajdowały się porzucone i zapomniane graty. To, co niegdyś było obrazami dumnie wiszącymi na ścianach, teraz jedynie dopełniało przygnębiającą aurę panującą w tym miejscu. Płótna były wypłowiałe i miejscami wybrzuszone od wilgoci. Nie sposób było dostrzec, co kiedyś przedstawiały.

Obok biurka leżało kilka koców i stare płócienne worki – służyły one za materac, choć nie sposób powiedzieć, by w jakimkolwiek stopniu mogły zapewnić choćby złudzenie komfortu czy ciepła. Cienkie i postrzępione ledwie chroniły przed jesiennym chłodem. Do tego śmierdziały myszami. Tych – podobnie jak kurzu – w fabryce nie brakowało. Wygłodniałe gryzonie, które nie przywykły do tego, by ktoś zakłócał ich spokojną egzystencję, nie miały oporów przed wyłażeniem  na żer za dnia. Do tego stopnia nie bały się człowieka, że kobieta niejednokrotnie musiała je odganiać, gdy poruszając z podekscytowaniem noskami, zbliżały się do śpiącego zawiniątka, z nadzieją na posiłek. 
Nagle coś zagrzechotało na zewnątrz i kobieta podskoczyła, wywołując jeszcze głośniejszy płacz dziecka. Szybko doskoczyła do okna, przycisnęła twarz do szyby i spróbowała wypatrzyć cokolwiek, co mogło być źródłem hałasu. Po tej stronie budynku nie było nic poza ścianą wyrośniętych chwastów.

Kiedy nie dostrzegła żadnego potencjalnego źródła grzechotu, kobieta doszła do wniosku, że to musiał być kot polujący w chaszczach, który natrafił na jakąś starą puszkę po farbie. Sporo ich się walało zarówno w fabryce jak i wokół niej. Jak na złość, żadne wychudzone kocisko nie miało śmiałości, albo brzydziło się, zakraść się do fabryki i urządzić tu sobie ucztę z myszy. Choć wytłumaczenie mogło być też inne i przebiegłe kociska z pewnością o tym wiedziały: wejście do tego siedliska setek gryzoni mogłoby się skończyć zgoła odmiennie i to kot mógłby stać się obiadem swych niedoszłych ofiar…

Jeszcze kilka gwałtownych poruszeń zawiniątkiem i cel w końcu został osiągnięty. Dziecko zamilkło. Spoglądało teraz swoimi dużymi, niebieskimi oczami na kobietę, jak gdyby ostatniej, pełnej wrzasków i histerii, godziny w ogóle nie było. Kobieta odetchnęła z ulgą i delikatnie odłożyła maleństwo do psiej leżanki, gdzie bobas stęknął jeszcze kilka razy, po czym zamknął oczy i zasnął.

Kobieta rozmasowała sobie obolałe ramiona. Prawa ręka niemal zupełnie jej zdrętwiała od długiego noszenia i huśtania niemowlęcia. Wyczerpana opadła na jedno z krzeseł, które zatrzeszczało pod nią złowieszczo. Nim zdała sobie sprawę z tego, co się dzieje, ukryła twarz w dłoniach i zaczęła szlochać. Starała się robić to jak najciszej, by nie obudzić maleństwa, ale zaczęły nią targać gwałtowne torsje. Nie była w stanie zapanować nad swoim ciałem, ani się uspokoić. Nim rozpacz całkowicie nią zawładnęła, usłyszała kroki odbijające się echem na rozciągającym się za zamkniętymi drzwiami korytarzu. Poczuła ciepło opadające w dół brzucha i niemal uśmiechnięta doskoczyła do drzwi, by otworzyć je mężowi, który wyszedł przed dwoma godzinami, żeby zorganizować coś do jedzenia. Ze względu na ich obecny status, nie mogli się tak po prostu wybrać do sklepu, by coś kupić. To byłoby zbyt ryzykowne. W każdym razie teraz dla kobiety już nic się nie liczyło. Przestało mieć znaczenie, że jest wykończona po ponad godzinnej walce z niemowlakiem i że od dziesięciu dni musi żyć z rodziną w tym zapuszczonym mieście i tej potwornej ruderze. Wszystko, co złe odpłynęło w niebyt, bo on wrócił. A tak się bała, że zostanie sama. Niby jak miałaby sobie bez niego poradzić?

Miała już otworzyć drzwi, by rzucić się w jego ramiona, kiedy usłyszała niepokojący dźwięk. Tym, co słyszała z pewnością były kroki, ale jej niepokój wzbudzał fakt, że na pewno nie były to kroki jednego człowieka. Ani tym bardziej kroki jej męża. Bryan poruszał się cicho, lekko szurając podeszwami przy każdym kroku, natomiast kroki, które teraz słyszała były ciężkie i dudniące. Kimkolwiek byli ci ludzie, nawet nie starali się zachowywać cicho. Przerażona cofnęła się w kąt pokoju starając ukryć się w cieniu. „Niech sobie pójdą, niech sobie pójdą” – powtarzała w myślach jak mantrę kołysząc się lekko w przód i w tył.

Nagle odgłos kroków przycichł. Jakby to miało jakiekolwiek znaczenie, kobieta wstrzymała oddech nie chcąc, by ktokolwiek, kto stoi za drzwiami, usłyszał jej głośne dyszenie.

Przedłużająca się cisza ciągnęła się w nieskończoność. Z każdą kolejną sekundą, która dla kobiety trwała wieczność, serce tłukło się w jej piersi jak oszalałe. Aż bolało. Wkrótce nie była już w stanie wstrzymywać dłużej oddechu, wobec czego przystawiła sobie do ust fragment brudnego koca, by ten stłumił jej szybki oddech.

Tuż za drzwiami rozległo się skrzypnięcie.
Nie wiedząc kiedy, łzy mimowolnie zaczęły spływać po twarzy kobiety, spływając po jej szyi prosto na dekolt. Teraz z całej siły zaciskała również powieki. „Niech sobie pójdą… No idźcie stąd” – tłukło jej się po głowie.

Ktoś nacisnął klamkę. Drzwi z lekkim skrzypnięciem najpierw lekko się uchyliły, a potem zostały otwarte na oścież.

Do gabinetu wpadło czterech mężczyzn. Spodziewała się odzianych w czarne, skórzane płaszcze potworów rodem z jej najgorszego koszmaru, tymczasem zdawali się to być zwykli ludzie. Brudni, obdrapani i o rozbieganym wzroku, ale ludzie. Nie odzywając się rozejrzeli po izbie i niemal od razu dostrzegli kobietę i leżące obok niej zawiniątko. Usta jednego z nich, z pewnością przywódcy bandy, wykrzywił paskudny, szczerbaty uśmiech, a w oczach zapłonął głód, który nie mógł zwiastować niczego dobrego.

Chwilowa ulga została wyparta przez lęk. Wiedziała, jak walczyć z potworami, ale nie z ich sługusami. Szybkie spojrzenie na prawy nadgarstek stojącego najbliżej mężczyzny potwierdziło jej przypuszczenia. Wiedziała, że to koniec. Wszelka nadzieja, którą żywiła jeszcze kilka minut temu na myśl, że wrócił jej mąż, zdawała się być tak odległa, jakby to ktoś inny, a nie ona, ją odczuł. I w dodatku, jakby to było wieki temu.

Powietrze wypełniła atmosfera oczekiwania. Kobieta zdawała sobie sprawę, że na nią patrzą. To koniec. Zacisnęła mocno powieki, nie chcąc patrzeć na ich twarze – twarze ludzi, którzy zaprzedali duszę diabłu... To czego obawiała się przez ostatnie miesiące wróciło do niej jak senny koszmar. Tyle, że teraz nie miała już szansy się z niego obudzić. To z kolei dodało jej heroicznej siły, a w głowie zakiełkowała myśl oślepiająca jak stuwatowa żarówka: „chronić dziecko”.

Zaledwie uniosła usilnie wbijany w podłogę wzrok, w jej żyłach wezbrała adrenalina, przyćmiewając przerażenie. Nie chcąc pogodzić się z tym, co nastąpi, rzuciła szybkie spojrzenie na postać zbliżającą się do śpiącego niemowlęcia i ostatnim, rozpaczliwym zrywem rzuciła się w kierunku szuflady biurka, gdzie zawinięty w ubrania spoczywał pistolet. Za mało, by poradzić sobie z czwórką, ale nie miała nic do stracenia. Zależało jej tylko na zyskaniu kilkunastu cennych sekund, by mogła choćby pomyśleć o podjęciu próby wymknięcia się z opresji.

Zaledwie jej palce zacisnęły się na chłodnym uchwycie broni, jej obojczyk przeszył oślepiający ból, a ciepło rozlało się falą po plecach. Czuła jak pistolet wysuwa jej się z palców i opada z cichym brzękiem na dno szuflady. Zaledwie obróciła twarz w kierunku napastnika, gdy ujrzała szybko zbliżające się do jej twarzy ostrze. Ostatni widok, jaki dane jej było zobaczyć. Widok, po którym nastała ciemność.


ROZDZIAŁ 1.
Jeżeli życie nauczyło Adama czegokolwiek, to z pewnością tego, żeby trzymać się z daleka od ojca, kiedy ten jest na rauszu. Może i jego stary nie był tak agresywny jak inni ojcowie, kiedy sobie popiją, ale i tak wysłuchiwanie niekończącego się potoku obelg i przekleństw, którym ten zwykł go raczyć, nie należało do najprzyjemniejszych rzeczy. Dodatkowo wściekłość i żal potęgował w Adamie fakt, że jego matka nic sobie nie robiła z pijackich wyskoków ojca i z uporem maniaka zbywała syna za każdym razem, gdy ten sugerował, że czas już najwyższy, by wypędzić go z domu. Usunięcie ojca byłoby dziecinnie proste, bo policja stale odwiedzała mieszkanie Wittnerów, wzywana przez zaniepokojonych awanturami sąsiadów. Ot, uroki mieszkania w blokowisku. Dodatkowo mieszkanie było zapisane na matkę. Ojciec nie miał do niego żadnych praw. Wystarczyłoby jedno pismo i mogliby zacząć życie od nowa. W spokoju.

Szesnastolatek podciągnął wyżej kołnierz szarej bluzy, którą miał na sobie. Nie planował dzisiejszych wagarów, aż do chwili, gdy wychodząc do szkoły minął się z ojcem wracającym z monopolowego z naręczem wesoło stukających o siebie butelek z piwem. Szlag go trafiał na samą myśl, że stary znowu będzie chlał pod nieobecność matki, która – odkąd stracił pracę w policji – była jedyną żywicielką rodziny harując w pocie czoła na dwa etaty i wiecznie wysłuchując jaką to jest beznadziejną i bezużyteczną kurwą. Dzisiaj zanosiło się na kolejny wieczór z awanturą. Ten ciąg trwał już nieustannie od dwunastu dni. Jeszcze nigdy ojciec nie pił tak długo z rzędu. Na ogół kończył w okolicach siódmego czy ósmego dnia i przez następne dwa - trzy dni kajał się przed matką i na kolanach błagał ją o wybaczenie, a ona – głupia i naiwna – zawsze przyjmowała jego przeprosiny ze łzami w oczach, wymuszając na starym obietnicę, że już więcej nie będzie pił. Stary z ręką na sercu i spoglądając na nią swoimi wodnistymi oczyma, składał przysięgę i zawsze dotrzymywał słowa. Więcej nie pił. Ale mniej też nie. Dlatego dziś, kiedy cierpliwość Adama już dawno się skończyła, poczuł jak się w nim gotuje, kiedy mijał się w drzwiach z ojcem, który spojrzał na niego i posłał mu delikatny uśmiech. Ależ Adam miał ochotę mu przywalić! Ręka świerzbiła go na samą myśl o starciu tego cholernego uśmieszku z jego pijackiej gęby! Pragnął, by w zamglonych od alkoholu ślepiach zabłysło coś więcej niż bezdenna pustka. Choćby i miał to być ból lub szok.

Był tak wściekły, że od razu zdecydował odpuścić sobie szkołę – wiedział, że nie wytrzyma dzisiejszych siedmiu godzin siedząc w ławce i udając grzecznego chłopczyka czy rozwiązując przy tablicy bezsensowne równania z matematyki. Pewnie znowu spuściłby łomot jakiemuś dzieciakowi, który starałby się wepchnąć przed niego w kolejkę na stołówce czy potrąciłby go zbiegając po schodach. Lepiej nie kusić losu…

Teraz plecak Adama, w którym spakowany był zaledwie jeden zeszyt i dwa długopisy, leżał porzucony bez pardonu w krzakach, podczas gdy Adam siedział przy brzegu jeziora zaciągając się czwartym już z rzędu papierosem. Powoli robiło mu się już niedobrze – zbyt dużo palił, ale tylko tytoń pozwalał mu się uspokoić, poczuć chwilową ulgę i odprężenie. Co prawda zwykłemu papierosowi było daleko do trawki, ale w tej chwili tyle musiało mu wystarczyć. Przynajmniej ręce już mu tak nie chodziły, a z myśli zniknęła żądza natychmiastowego mordu.

Kiedy więc wdychał do płuc trujące opary, paradoksalnie czuł, jak wypełnia go życiodajna energia, która pozwoli mu przetrwać kolejny dzień życia w piekle.

Starając się nie myśleć o niczym, czuł jak zbiera mu się na wymioty. Z każdym kolejnym machem było coraz gorzej, wreszcie zdecydował się – ocierając pot perlący się na czole – wyrzucić na wpół wypalonego papierosa. Wierzchem drżącej dłoni przetarł zmęczone oczy. Nadal miał czarne plamy przed oczami i było mu niedobrze. Starał się oddychać powoli i głęboko. Chłodne, listopadowe powietrze z wolna zaczęło przywracać chłopakowi ostrość widzenia, powoli też przestawały trząść mu się ręce. W końcu zdołał się wyprostować, pociągnął nosem i sięgnął po leżącą za plecami kurtkę. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak bardzo zmarzł. Ubierając sfatygowaną czarną wiatrówkę made in china, której suwak już od dawna był rozwalony, poczuł jak o jego biodro obija się coś twardego, co znajdowało się w kieszeni. Zanurzył w niej rękę i wyjął pamiętającego prehistoryczne czasy Sony Ericssona. Spojrzał na zegarek. Siedział tu już od dwóch godzin. Choć bolał go tyłek i był przemarznięty do szpiku kości, był w szoku, że tym razem aż tyle czasu potrzebował, by się uspokoić. Powoli zaczął podnosić się ze zmarzniętej ziemi, krzywiąc się przy rozprostowywaniu zdrętwiałych nóg.

Zaledwie się wyprostował, usłyszał dźwięk wydobywający się z kieszeni kurtki. Niechętnie sięgnął po telefon. Mama. Przyglądał się jeszcze przez chwilę porysowanemu wyświetlaczowi jednego z pierwszych na rynku kolorowych telefonów i wreszcie nacisnął zieloną słuchawkę. Od razu tego pożałował.

— Adam? — Jego matka była wyraźnie rozdrażniona. — Gdzie ty jesteś?

Nim chłopak zdążył zastanowić się nad odpowiedzią, głos z telefonu ponownie się odezwał.

— Dzwoniła pani Spencer… Znowu jesteś na wagarach? Adam, tak nie można! Człowieku… Wywalą cię ze szkoły… Cholera jasna…

Adam odetchnął głęboko. Już dawno przestał się przejmować szkołą i idiotycznymi pretensjami matki, która za wszelką cenę starała się mu przetłumaczyć, że szkoła to jego przyszłość i że nie wolno mu jej zaprzepaścić. Miał już coś odpowiedzieć, kiedy matka odezwała się ponownie:
- Masz iść zaraz do szkoły i…

— Nie — przerwał jej siląc się na spokojny, stanowczy głos. — Mam to gdzieś, pierdolę szkołę i nie zamierzam tam iść.

Kobieta na linii znowu zaczęła coś mówić, ale Adam już jej nie słuchał. Bezceremonialnie rozłączył się, wyłączył dźwięk i wrzucił nieme urządzenie do kieszeni. Zaledwie kilka sekund później poczuł bezgłośne wibracje w kurtce. W odpowiedzi zmusił się jedynie do tego, by pokazać swojej kieszeni środkowy palec i wymamrotać pod nosem ciche przekleństwo. Nie zamierzał wysłuchiwać kolejnej tyrady. Skoro matce tak bardzo zależy na tym, żeby jej synuś był wzorowym uczniem myślącym o studiach, niech wreszcie zdecyduje się wywalić z domu tego pijusa, który nieustannie rujnował ich życie (nawet przepił podręczniki szkolne, które matka kupiła Adamowi na początku roku szkolnego). Ale najwyraźniej wcale jej na tym nie zależało, bo jedyne pretensje jakie miała do syna, miała odwagę wyrazić jedynie przy rozmowie telefonicznej. W domu zawsze udawała, że nic się nie dzieje. Adam nie wiedział, czy jej zachowanie wynikało ze strachu przed ojcem, któremu nie zamierzała dawać kolejnego pretekstu do objechania Adama i jej samej za to jaką jest beznadziejną matką, czy też dlatego, że sama chciała mieć święty spokój. A może po prostu w głębi ducha wiedziała, że niczego nie wskóra poza wywołaniem kolejnej niepotrzebnej kłótni? Rozmowa telefoniczna to tylko słowa rzucone w eter. Bezpośrednia kłótnia to coś zupełnie innego, wymagającego większej odwagi.

Adam nie dbał o to, co myśli i czuje jego matka. Żywił do niej zbyt wielki żal. O to, że wolała grę pozorów i udawanie, że są rodziną, podczas gdy od blisko trzech lat wcale nią nie byli. Sielanka i życie w dobrym domu, gdzie niczego nie brakowało, skończyło się po wypadku, do którego doszło, gdy ojciec Adama miał służbę. To co miało być rutynową kontrolą drogową, przeistoczyło się w iście hollywoodzki pościg za złodziejami, którzy wcześniej tego samego dnia, w oddalonym o kilkadziesiąt mil mieście, obrabowali lombard. Pogoń szybko przeniosła się do centrum miasta, ale problem tkwił w tym, że John Wittner nigdy nie był zbyt dobrym kierowcą. Radiowóz, który prowadził skończył na drzewie, a on sam i jego partner w szpitalu z licznymi złamaniami kości i pęknięciami czaszki. Ojciec cudem uniknął śmierci – żaden z lekarzy nie był w stanie powiedzieć, jak udało mu się przeżyć, ponieważ rozległe krwawienie w mózgu powinno było go zabić, a nie doprowadzić jedynie do dziesięciodniowej śpiączki. W dodatku John Wittner zadziwiająco szybko wrócił do zdrowia, co można było uznać za kolejny cud. A przecież mogło, a nawet i powinno, być dużo gorzej. I na swój sposób było. W momencie, kiedy wchodząc zbyt szybko w ostry zakręt, ojciec stracił panowanie nad samochodem, potrącił dwunastoletniego chłopca. Dzieciak nie miał szans. Został dosłownie zmieciony z chodnika. Służby porządkowe i ratownicy przez całą noc i następny poranek zeskrobywali jego szczątki z ulicy. Oto wynik uderzenia w małego człowieka przez kupę metalu rozpędzoną do dziewięćdziesięciu mil na godzinę. Gdy ojciec wybudził się ze śpiączki majaczył tylko o jakichś postaciach w czerni i pytał o to, co stało się z tym chłopcem, który  nagle pojawił się przed nim. Poznawszy prawdę już nigdy nie doszedł do siebie. Najpierw czekała go rehabilitacja i postępowanie dyscyplinarne, w wyniku którego stracił pracę. Przez pierwsze miesiące tkwił pogrążony w bezgranicznej rozpaczy, potem zaczął pić. Nie miał ochoty rozmawiać z psychologami i odrzucał wszelkie propozycje pomocy. Aż w końcu stoczył się na samo dno…

Pogrążony w ponurych myślach Adam podniósł wreszcie plecak, otrzepał go z ziemi i zastanawiał się, gdzie pójść. Obawiał się wrócić do domu. Wbrew wszystkiemu, nie miał ochoty na bezpośrednią konfrontację z ojcem. Nie, kiedy mieli w niej wziąć udział tylko oni dwaj. Ojciec i syn. Dawniej bardzo sobie bliscy, teraz oddaleni od siebie o miliony lat świetlnych. I żywiący wobec siebie szczerą nienawiść.


ROZDZIAŁ 2.
Robiło się już ciemno, kiedy pogodziwszy się ze swoim losem i nie mogąc dłużej ignorować listopadowego chłodu, Adam zdecydował się wrócić do domu. Starając się być jak najciszej, chłopak uchylił drzwi do mieszkania. Przekroczył próg wstrzymując oddech i bezgłośnie zdjął ubłocone adidasy. Rozejrzał się po mieszkaniu nieustannie nasłuchując dźwięków świadczących o obecności ojca. Otaczała go wszechogarniająca, błoga cisza – niezawodny dowód na to, że nie ma go w domu. Obecność ojca nigdy nie wiązała się z ciszą – albo pił i brzdękał butelkami nierzadko przy tym klnąc siarczyście pod nosem, albo gadał do siebie czy – w najlepszym wypadku – spał głośno chrapiąc.

Nieco bardziej wyluzowany, Adam udał się do łazienki. Szamoczące się jeszcze przed chwilą serce chłopaka zaczęło zwalniać tempo pracy do normalnego rytmu. Zziębnięty, z zesztywniałymi od zimna dłońmi, Adam odkręcił najpierw kurek z chłodną wodą, by kojący strumień przyniósł ciepło i przywrócił krążenie jego zmarzniętym palcom. Jeszcze przez chwilę czuł ból rozchodzący się po całych dłoniach – jakby były one żywcem przypalane czy nakłuwane ostrymi szpikulcami. Mocny strumień zagłuszał wszystko, więc nawet gdyby ojciec wrócił do domu, Adam nie usłyszałby jego przyjścia. Siedział na brzegu wanny trzymając dłonie pod lejącą się swobodnie wodą. Głowę miał opuszczoną. Wreszcie czując ulgę, podkręcił nieco kurek i na jego dłonie, w których odzyskiwał już czucie, polała się najpierw ciepła, a potem coraz gorętsza woda.

Siedział tak dobrych kilka minut, następnie podniósł się i przemył twarz. Wycierając się postrzępionym i szorstkim ręcznikiem spojrzał w swoje odbicie w lustrze. Twarz, która spoglądała na niego nie była twarzą szesnastolatka. Niebieskie oczy były przekrwione i  mocno podkrążone, brązowe włosy, które przez większość dnia przygniatał czarną wełnianą czapką wyglądały jakby były przyklejone do głowy i były z lekka zawirowane z prawej strony. Adam oddychał głęboko przyglądając się lekkiemu zarostowi, który z wolna pojawiał się na jego twarzy znacząc poszarzałą od zmęczenia cerę krótkimi czarnymi włoskami wyrastającymi nieregularnie pod nosem i na brzegach twarzy. Jeszcze nigdy się nie golił – nie było takiej potrzeby. Choć nie był już tak nieskazitelnie gładki jak jeszcze pół roku temu, daleko mu było do wyglądu choćby kolegi z klasy, Willa, którego gęba przypominała teraz bardziej pysk owłosionej małpy, aniżeli ludzką twarz. Zresztą, nie bez powodu do Willa przylgnęła ksywka „wilkołak” – chłopak naprawdę wyglądał jakby cierpiał na rzadki syndrom, który charakteryzował się gęstym, bujnym owłosieniem występującym na całym ciele. Adam słyszał o tej przypadłości w telewizji – jeszcze za starych, dobrych czasów, kiedy jego ojciec był normalny, przypadkiem natrafili na program, którego główną bohaterką była dziewczynka z twarzą tak bardzo owłosioną, że w gąszczu futra trudno było dostrzec jej oczy.

Zadowolony z nieobecności ojca, Adam zamknął się w swoim pokoju. Odpalił wysłużonego kompa i po długich minutach, które zajęło temu staremu gratowi pełne uruchomienie się, wklepał w przeglądarce adres Facebooka. Szybko przescrollował tablicę dowiadując się między innymi, że jego koleżance z klasy – ślicznej, ale głupiej jak but, Sylvii – zupełnie nie poszedł dzisiejszy test z angielskiego, a jego najlepszy – i jedyny – przyjaciel, Ryan Curdle, spędził ten dzień w domu rzygając do miski. Adam pogratulował sobie decyzji, żeby nie iść dzisiaj do Ryana. Choć zwykle chodzili na wagary razem -  spędzając je na ogół w domu Ryana i naparzając w gry na PS4, kiedy jego rodziców nie było w domu - dziś Adam nie zamierzał go odwiedzać, ponieważ pamiętał, że przyjaciel planował brać udział we wczorajszej imprezie (na której - sądząc po statusie na Facebooku - całkiem nieźle się bawił), a Adam nie miał najmniejszej ochoty oglądać na kacu i jego. Sam zresztą nigdy nie chodził na żadne imprezy i nie pił alkoholu – najbardziej na świecie gardził tym, co odebrało mu ojca.

Za oknem robiło się coraz ciemniej. Ciemne chmury zasnuwały niebo, które zdawało się tak ciężkie, jakby zaraz miało opaść i zgnieść wszystko to, co pod nim. W pokoju Adama zapanował półmrok, ale chłopak nie miał jeszcze ochoty zapalać światła. Siedział wpatrzony w monitor, z którego emanowała niebieskawa poświata oświetlając jego twarz. W międzyczasie zgłodniał i poszedł do kuchni, żeby podgrzać sobie zupę. Nim zapalił gaz pod garnkiem, uniósł pokrywkę. Znany zapach pomidorowej ugotowanej na tanim koncentracie wbił się w jego nozdrza automatycznie wywołując skrzywienie na jego twarzy. Nienawidził pomidorowej. Ostatnio w ogóle rzadko jadał domowe obiady. „Ostatnio”, czyli przez ostatnie dwa miesiące. Odkąd matka zdobyła drugą pracę nie miała już na nic czasu. Pracowała na dwie zmiany jako pielęgniarka w szpitalu miejskim i jako sprzątaczka z doskoku w domu opieki społecznej. Niby nie zarabiała mało jako pielęgniarka, ale ojciec i tak podbierał jej pieniądze na alkohol. Najpierw ze wspólnego konta, a kiedy zablokowała mu do niego dostęp, tylko czekał na okazję, by zwędzić jej z torebki kartę. Teraz, kiedy pracowała na dwa etaty pieniędzy nadal nie było za dużo, ale w końcu wystarczało, by nie przymierali głodem i mieli na opłacenie rachunków. Oczywiście, Adam mógłby sam sobie coś przygotować, ale zupełnie nie miał do tego głowy.

Na klatce schodowej rozległ się jakiś hałas. Serce Adama zabiło mocniej, kiedy usłyszał głuche łupnięcie sugerujące, jakby ktoś lub coś uderzyło w drzwi, po czym nastąpiła fala przekleństw, której nie wygłuszała nawet kilkucalowa warstwa metalu i pianki (cud, że ojciec jeszcze nie wymontował i nie sprzedał drzwi - za antywłamaniowe zarobiłby na kilka dni beztroskiego chlania). Odgłos klucza przekręcanego w zamku i głośne sapanie świadczyły o tym, że ojcu udało się dostać do mieszkania. Zawsze wracał przed matką, jakby obawiał się, że jeśli się nie wyrobi, ta zamknie drzwi od środka przekręcając klucz w zamku o jeden raz za dużo, co skutecznie uniemożliwiłoby mu otwarcie ich od zewnątrz. Jego obawy nie były zupełnie bezpodstawne – w zeszłym roku faktycznie nie był w stanie dostać się do mieszkania. Tyle, że to nie matka przekręciła zamek, tylko Adam to zrobił. W pełni świadomie i z premedytacją. Ale o tym ojciec miał się nigdy nie dowiedzieć. Matka wzięła „winę” na siebie nie pozwalając się przyznać Adamowi, że to w istocie on zmusił pijanego i awanturującego się ojca do pozostania na noc za drzwiami. Oczywiście, John Wittner nie został tam zbyt długo, ponieważ sąsiedzi szybko zawiadomili policję i mężczyzna trafił na Izbę Wytrzeźwień, skąd – jak zwykle – nie wrócił w najlepszym humorze.

— Halooo!? — Z przedpokoju dobiegł głos wyraźnie wstawionego mężczyzny. — Akuku! Jest tu ktoś? Halooo…

Adam nie zamierzał odpowiadać. Wiedział, że stary nie przyjdzie do jego pokoju. Chłopak miał coraz wyraźniejsze przeczucie, że ojciec się go boi – bo o ile nic nie było w stanie powstrzymać go od miotania wyzwiskami i przekleństwami, o tyle zawsze, gdy Adam wkraczał do akcji i wtrącał się do kłótni rodziców (co w ostatnich czasach działo się bardzo sporadycznie), ten nieco potulniał i wycofywał się.

— Halo… — Tym razem głos był cichszy i przybrał nieco płaczliwy ton. — Addy… Addy? Syneczku…

Adam zacisnął pięści tak mocno, że paznokcie wbiły mu się w dłonie. Ojciec zaczął mówić do niego „Addy” mniej więcej w tym samym czasie, kiedy zaczął zaglądać do kieliszka. Zaciskając zęby oddychał szybko przez nos modląc się w duchu, by to nie był ten dzień, kiedy ojciec zapomni o niepisanej granicy i przekroczy próg jego pokoju. Usłyszał kroki mężczyzny tuż za swoimi drzwiami. Wyobraźnia – bo ojciec był zbyt daleko, by Adam czuł jego oddech – podsunęła mu pod nos alkoholowy wyziew z ust mężczyzny. Adam skrzywił się na samą myśl o tym. Zawsze, kiedy ojciec znajdzie się na tyle blisko, by chuchnąć mu w twarz alkoholowym smrodem, Adamowi skręcają się wnętrzności i chce mu się rzygać.

Pukanie do drzwi.
„Kurwa, no pięknie”, pomyślał Adam. Tak mocno zacisnął pięści, że rozbolały go kłykcie.

— Addy…? — Tym razem bełkot był dużo wyraźniejszy i bliższy.

John Wittner stał przez chwilę za drzwiami do pokoju syna, po czym odwrócił się od nich i zataczając się odszedł do dużego pokoju.

Adam odetchnął z mieszaniną ulgi i wściekłości. Czuł ulgę, bo uniknął konfrontacji z pijanym ojcem, a wściekłość, bo podświadomie liczył na tę konfrontację. Szesnastolatek już przed rokiem pojął, że jeśli ktoś będzie miał usunąć ojca z domu, to z pewnością tym kimś będzie  on. Matce nie starczy pary. Ona nigdy się na to nie odważy. Adam nigdy nie patrzy jej w oczy, bo kiedy zrobił to ostatnim razem, zobaczył w nich ni mniej, ni więcej: „przegrałam swoje życie”. Ile nocy przeleżał szlochając w poduszkę? Ile razy próbował z nią rozmawiać, przekonać ją, że jej życie nie dobiegło końca i że nadal mogą być szczęśliwi? Ale ona nie słuchała. Zresztą, nigdy go nie słuchała – nawet wtedy, kiedy ojciec był normalny. Zawsze traktowała go po trosze jak obcego. Kiedyś nawet, a miał wtedy z jedenaście lat, zapytał czy przypadkiem nie jest adoptowany, na co matka niemal zadławiła się herbatą i zjechała go jak burą sukę. Był to jedyny raz w życiu Adama, gdy matka tak się wobec niego zachowała. Z reguły traktowała go, bowiem, jak swojego protegowanego, nad którym musi sprawować pieczę.

W sąsiednim pokoju rozległ się brzdęk butelek, kolejna wiązanka przekleństw i mamrotanie, które z czasem osłabło przeistaczając się w głośne chrapanie. Adam przymknął oczy, starając się zapanować nad przyspieszonym oddechem i gulą, która zaczęła mu rosnąć w gardle.

ROZDZIAŁ 3.
Adam nie wiedział, co wyrwało go ze snu. Czy był to dźwięk tłuczonego szkła, który bez ostrzeżenia przerwał ciszę nocną roznosząc się z taką mocą, że musiał być słyszalny w całym bloku? A może ten rozpaczliwy okrzyk kobiety, który sprawił, że chłopakowi włosy zjeżyły się na karku? Cokolwiek to było, wywołało równocześnie lęk i furię w chłopaku, który gwałtownym ruchem zrzucił z siebie kołdrę, doskoczył do drzwi i w zaledwie trzech długich susach pokonał odległość dzielącą go od pokoju rodziców.

Wciąż zaspany, nie pamiętał nawet kiedy zerwał się z łóżka. Mając zamazany obraz przed oczami, dostrzegł niewyraźną sylwetkę matki klęczącej wśród kostek lodu. Ale skąd kostki lodu rozsypane na dywanie? Dopiero po chwili do Adama dotarło, że to co widzi, to nie żaden lód, lecz szczątki dużego, kryształowego wazonu, który dotychczas stał dumnie na kredensie. Wyraźna pustka w miejscu, w którym dotychczas stał, ugodziła Adama, który jeszcze nie zdążył odzyskać możliwości szybkiego, racjonalnego myślenia. Chwilę mu zajęło zanim niewyraźny obraz złożył się w jedną całość. Zapłakana matka klęcząca wśród odłamków szkła, trzymająca się za boki głowy i kiwająca w przód i w tył. A nad nią – wyraźnie zaskoczony tym, czego się dopuścił – ojciec, który na widok Adama zaczął się cofać otwierając i zamykając usta, z których nie wydobywał się żaden dźwięk.

Ogarnięty ślepym szałem Adam dopadł do mężczyzny i pchnął go na ścianę z siłą, o jaką nigdy by siebie nie podejrzewał. Chybotliwa sylwetka zatoczyła się i niemal osunęła na podłogę, kiedy chłopak dopadł do ojca i chwytając za przód brudnego T-shirta zmusił do pozostania w pionie. Zacisnął pięść i uniósł ją, gotów w każdej chwili uderzyć.

— Zabiję… cię… — wycedził przez zaciśnięte zęby Adam. Z jego oczu popłynęły łzy, których tak bardzo się wstydził. Oddałby wszystko, żeby je powstrzymać. Podobnie jak oddałby wszystko za to, by zaciśnięta w pięść ręka przestała mu się trząść. — Zabiję!

Poczuł na swoim ramieniu drżącą dłoń, którą agresywnym ruchem strząsnął z siebie.

— Adamie… — wychlipała błagalnie stojąca tuż za nim matka. — Puść go…

Ojciec nie odzywał się. Z niedowierzaniem i jakby większą trzeźwością wpatrywał się w syna. Krew buzowała w głowie Adama – chłopak niemal czuł, jak adrenalina krąży mu w żyłach, jak wypełnia go furią i cudownym poczuciem triumfu. Było to najcudowniejsze uczucie, jakiego Adam kiedykolwiek w swoim życiu doświadczył. Wszechogarniające poczucie bezgranicznej siły, władzy przewyższającej wszystko. Oto miał przed sobą człowieka, którego przez ostatnie lata znienawidził do granic możliwości. Bezbronnego, wystawionego na cios, który Adam zaraz mu wymierzy. W końcu zrewanżuje się za piekło, które ten marny pijak zgotował jemu i jego matce. Wreszcie usadzi tego starego skurwiela i zrobi z nim porządek. Po latach chowania się po kątach, unikania, wreszcie miał to, czego tak bardzo chciał. O czym fantazjował podczas nieprzespanych nocy.

— Adam! — W odległym, dobywającym się jakby zza niewidzialnej kurtyny, krzyku matki dosłyszał nutę najprawdziwszego lęku. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że jego dłonie zacisnęły się kurczowo na gardle ojca, którego oczy zaczęły już wychodzić na wierzch, a słabe ręce poklepywały ramiona syna w beznadziejnych staraniach uwolnienia się z morderczego uścisku.

Adam błyskawicznie otrzeźwiał. Puścił drżące ciało, które chwytając powietrze głośnymi haustami, osunęło się po ścianie na podłogę i runęło na bok jak worek ziemniaków. Cudowne uczucie wyciekało z chłopaka jak woda ze stulonych dłoni. Jego miejsce zajęła lodowata i okrutna świadomość. Zdawszy sobie sprawę z tego, co prawie zrobił, zaczął trząść się jak osika, a łzy jeszcze szybciej zaczęły spływać mu po twarzy i kapać na koszulkę. Poczuł też szczypanie w okolicy ramion i karku. Dotarło do niego, że matka starała się go za wszelką cenę odciągnąć od ojca. Szczypiące miejsca to ranki po jej paznokciach, które wbiła w jego skórę starając się powstrzymać przed morderstwem, którego – tego był pewny – gdyby nie ona, właśnie by się dopuścił zaślepiony nienawiścią i żądzą zemsty.

Coś w nim pękło. Jeszcze nigdy do tego stopnia nie stracił panowania nad sobą. Zdarzało mu się pobić z chłopakami, ale zawsze zachowywał przy tym trzeźwość umysłu i trzymał się pewnych granic. Zawsze działał w sposób wyrachowany, by się odegrać, ulżyć sobie. Adam nie miał pojęcia skąd wzięła się w nim ta nadnaturalna siła – siła, która posłużyła niemal do zabicia dużo silniejszego od niego mężczyzny. Miał mętlik w głowie. Czuł się wyjątkowo podle – gorzej niż kiedykolwiek w życiu, ale zdawał sobie też sprawę z tego, że teraz nie ma już odwrotu. Co się stało, to się nie odstanie. Ale tego starcia przegrać nie może. Inaczej nigdy się nic nie zmieni.

— Pakuj się… — wysapał celując palcem w półleżącego, opartego plecami o ścianę ojca, którego twarz nadal była purpurowa, a oczy wybałuszone ze strachu i wbite w oczy Adama. Mężczyzna oddychał głęboko wracając do siebie. — I wynoś się stąd.

Matka zachłysnęła się powietrzem i podbiegła do Adama.

— Adam! — zawołała stając pomiędzy nim a ojcem, chwytając jego twarz i zmuszając, by na nią spojrzał. — Adam… — powtórzyła ze łzami w oczach. — Już wystarczy… Daj spokój… Wystarczy…

Chłopak odepchnął ją lekko, nie mogąc dłużej patrzeć jej w oczy. Nie mógł znieść tego, co w nich widział. I nie chciał na to patrzeć.

— Nie wystarczy — wycedził nie patrząc ani na nią, ani na pokonanego ojca. — Dość już tego. Dość!

Matka nie zamierzała się tak łatwo poddać.

— Nie możesz tego zrobić! — krzyknęła histerycznie wbijając mu drżący palec w pierś. — Nie możesz, słyszysz!? On tu zostaje… On…

Chłopak prychnął, a w jego piersi na nowo zapłonął ogień. Choć trząsł się jak galareta i płakał jak nigdy w życiu, nie zamierzał się poddać. Odtrącił rękę matki.

— Nie mogę!? — wrzasnął prosto w twarz matki, nie spuszczając z niej oczu. — Ja już mam dość takiego życia, kapujesz!? Mam już, kurwa, tego dość! Kiedy ty… kiedy zapierdalasz na dwie zmiany, żeby było co do gara włożyć, on kradnie pieniądze i zalewa się w trupa! Codziennie tylko chleje i chleje! W dupie ma ciebie… w dupie ma mnie — Adam łkał i trząsł się jeszcze bardziej. — Liczy się tylko wóda... i piwsko! To jest ojciec? TO JEST, KURWA, OJCIEC!? 

Adam zupełnie stracił nad sobą panowanie.

— Wiesz, co robią inni w moim wieku, mamo? — zapytał retorycznie. — Wiesz, co się robi mając szesnaście lat? Ma się wszystko w dupie! Chodzi się do szkoły, na wagary, na imprezy, siedzi się na necie i gra na konsoli… Słowem: ma się wyjebane na wszystkie problemy, bo one dotyczą dorosłych! Największe zmartwienie to niezapowiedziana kartkówka czy praca domowa! A wiesz, co ja robię? — Znowu nie czekał na odpowiedź. — Nie chodzę do szkoły, bo jestem tak rozjebany psychicznie, że skłonny jestem zajebać pierwszego młokosa, który mi się nawinie pod rękę… Wystarczy, że krzywo na mnie spojrzy… Jaram dwie paczki fajek dziennie, żeby ręce mi się nie trzęsły, bo NIE MAM JUŻ SIŁY! NIE MAM SIŁY I OCHOTY ŻYĆ, ROZUMIESZ!?

Teraz i matka rozszlochała się na całego i ukryła twarz w dłoniach. Ojciec siedział oparty plecami o ścianę i wpatrywał w nich półprzytomnym wzrokiem. Ale Adam jeszcze nie skończył.

— Nie potrzebuję do szczęścia konsoli… Nie potrzebuję imprez… Nie chcę tego wszystkiego… — Adam zaczął bełkotać. — Chcę tylko domu, do którego mogę wrócić bez strachu… Domu, w którym będę mógł poczuć się normalnie… Bez wiecznie pijanego ojca… Bez tej pierdolonej patologii, w której żyjemy przez niego… — To mówiąc, celował palcem w ojca, choć nadal na niego nie patrzył. — Jeśli TO się nie skończy, ja nie mam ochoty dłużej żyć, rozumiesz? Nie chcę takiego życia…

Cisza, która nastała po wykrzyczanych słowach Adama unosiła się w powietrzu jak topór. Adam wbijał zapłakane oczy w matkę, która ciężko oddychała i nadal nie chciała na niego spojrzeć. W końcu, zdawszy sobie sprawę, że tylko jedno może przeważyć szalę na jego korzyść, Adam wypowiedział słowa, które wreszcie trafiły do jego matki:

— Albo on… albo ja. Wybieraj.

Wbił świdrujące spojrzenie w pochyloną głowę matki. Ta podniosła głowę i wreszcie spojrzała mu w oczy. To było spojrzenie, jakiego Adam jeszcze nigdy u niej nie widział. Spojrzenie człowieka, który przegrał najważniejszą walkę w swoim życiu. Choć piekło go w kącikach oczu, Adam nie mrugnął ani razu, patrząc matce prosto w oczy. Po raz pierwszy od wielu, wielu lat. A może po raz pierwszy w życiu? Wreszcie matka lekko przytaknęła. Adam poczuł ukłucie w sercu. Nie takiego zwycięstwa oczekiwał. Mimo to dalej grał swoją rolę, zmuszając się jeszcze raz do zapanowania nad drżącym głosem i spojrzenia na ojca.

— Masz dwadzieścia minut.

Nie mogąc dłużej wytrzymać, Adam wrócił do swojego pokoju. Wyrzucenie ojca z domu po tym jak prawie go zabił, było decyzją ponad jego siły. Chłopak potwornie żałował tego, co się stało. Przerażał go też ten dojmujący brak kontroli, to mordercze zamroczenie, które niemalże doprowadziło do tragedii. W chwili, gdy kazał się ojcu wynosić, nade wszystko pragnął klęknąć przed nim i przeprosić go. Jak mały chłopiec, chciał przytulić się do swojego tatusia i wymazać trzy ostatnie koszmarne lata. Kiedy John Wittner leżał przed nim, Adam nie widział w nim pijaka i awanturnika, lecz człowieka, którym ten był przed okropnym wypadkiem, który zniszczył życie całej rodziny.

Drżał na całym ciele chodząc po swoim pokoju i obgryzając paznokcie do krwi. Marzył o tym, żeby ojciec zignorował jego polecenie, żeby został w domu. Adam wierzył, że teraz wszystko się zmieni. A przynajmniej chciał w to wierzyć – przecież dramatyczne wydarzenia niejednokrotnie doprowadziły do zjednoczenia rozbitej rodziny. Teraz problemem nie był już jego ojciec, tylko on sam, Adam. Bo jak ma żyć ze świadomością, że przez kilkanaście sekund jego ciało wcale do niego nie należało? Że żyje w nim okrutna istota, która prawie uczyniła go mordercą? Czy może być jeszcze gorzej?

Adam nie musiał się nad tym długo rozwodzić. Usłyszał kroki w przedpokoju, płacz matki i dźwięk otwieranych drzwi.

— John… John… — skamlała matka. — Zostań… nie… błagam… Jakoś to wszystko naprawimy… proszę…

Chłopak zacisnął mocno powieki, spod których popłynęły łzy. Szarpiąc włosy i kołysząc się jak w chorobie sierocej nie był w stanie powstrzymać potężnego grymasu rozpaczy, który wykrzywił jego twarz. Jego ojciec posłuchał i odszedł, a on zamiast tak oczekiwanej fali ulgi czuł jedynie bezkresną rozpacz, która rozrywała mu serce i targała wnętrznościami. Kilka minut zajęło mu pojęcie, że nie może do tego wszystkiego dopuścić. Jego ojciec nie może odejść. To wszystko nie może się tak skończyć!

Kilka chwil po tym, jak usłyszał trzaśnięcie drzwi od klatki schodowej, Adam zerwał się na równe nogi, wypadł z pokoju, wsunął na nogi adidasy nawet ich nie zawiązując, zarzucił kurtkę na podkoszulek, zbiegł po schodach i wypadł z klatki schodowej na dwór w pogoni za ojcem. Czuł jak mu rozsadza serce w klatce piersiowej, czuł ten charakterystyczny bolesny ucisk na żołądku, gdy stojąc przed klatką wypatrywał w ciemności śladów ojca. Ignorując przenikliwe zimno wpełzające mu pod kurtkę, ruszył przed siebie biegiem.

— Tato! — zawołał w kierunku słabo oświetlonej pomarańczowym światłem latarni ulicy. — Tato!

Kilkadziesiąt stóp dalej zobaczył samochód ruszający z pobocza. Ojca nigdzie nie było widać.

— TATO! — Z każdym kolejnym okrzykiem zdzierał coraz bardziej gardło. Lodowate powietrze, które wypełniło jego płuca pogarszało sprawę.

Głos mu zamierał w gardle, im dłużej i mocniej nawoływał ojca. Puszczał się biegiem w różnych kierunkach i przebiegłszy po kilkadziesiąt stóp zawracał i biegł w przeciwną stronę.

— Tatoo… — charczał bezustannie w ciemność usiłując złapać oddech.

Wreszcie, wycieńczony opadł na kolana ściskając się kurczowo za bok. Potężna kolka nie pozwalała mu się ruszyć. Choć była zimna listopadowa noc, a on miał na sobie jedynie rozpiętą kurtkę, podkoszulkę i spodnie od dresu, nie czuł zimna. Pot spływał mu po plecach, a łzy skapywały z nosa na chodnik. Zawiódł na całej linii. W głębi serca czuł, że właśnie umarła bardzo ważna cząstka jego samego. Podświadomie czuł, że ojciec już nie wróci. Nie po tym, co wydarzyło się tej nocy. Nie po tym, co zrobił mu jego własny syn.

Kiedy w końcu udało mu się złapać oddech i podnieść na nogi, Adam wiedział jedno – nie chce teraz wracać do domu. Przebywanie w mieszkaniu z zapłakaną matką było ponad jego siły. Zamiast tego skierował swoje kroki w kierunku jeziora rozpościerającego się niecałe dwie mile od domu. Szedł z opuszczoną głową, powłócząc nogami. Cisza wypełniała jego głowę milionem myśli i wątpliwości. Co on sobie myślał, kiedy wpadł do pokoju rodziców? Był przekonany, że ojciec uderzył matkę, choć tak naprawdę nie miał żadnego dowodu na to, że tak się stało. Rozbity wazon nie świadczy o niczym poza tym, że został rozbity wazon. Kawał szkła i tyle. Może przypadkowo, może celowo, ale niekoniecznie w celu zrobienia komuś krzywdy. Im dłużej Adam się nad tym rozwodził, tym bardziej narastało w nim zwątpienie w to, że ojciec rzeczywiście mógłby zaatakować matkę. Dotychczas nigdy nie podniósł ręki na żadne z nich. Nie ważne jak bardzo był pijany i wściekły. Zawsze kończyło się na krzykach, przekleństwach i obelgach. Oczywiście, znęcanie psychiczne było niewiele lepsze od fizycznego, ale pozostawiało granicę, która nigdy nie została przekroczona. To on, Adam, przekroczył tę granicę nacierając dziś z wściekłością na ojca. To on pchnął go na ścianę, to on prawie go… Chłopak nie chciał o tym myśleć, a choć w głowie miał pustkę i nie potrafił przypomnieć sobie jak doszło do tego, że jego dłonie zacisnęły się na szyi ojca, nadal pamiętał wyraz jego twarzy, gdy przyszło otrzeźwienie. Gdy zobaczył jak wydusza życie ze swojego ojca. Głośny szloch przerwał ciszę nocną. Będąc daleko od domu, puściły w nim wszystkie hamulce. Adam zatrzymał się i zaczął głośno płakać, a rzęsiste łzy spływały mu strumieniami po policzkach. Jedyne, co mogłoby pomóc ukoić ten ból, to odnalezienie ojca. Jego powrót do domu. I szczera rozmowa, przeprosiny. Cokolwiek złego ojciec uczynił Adamowi i jego matce, nie było tego na tyle, i w żadnej mierze nie było gorsze od tego, czym odpłacił mu dzisiaj Adam.

Dotarłszy nad jezioro, przysiadł na zimnym kamieniu i wpatrywał się w ciemną toń, na której spokojnej powierzchni odbijały się gwiazdy i księżyc. Po chmurach, które wieczorem zasłoniły całe niebo, nie było już śladu. Noc była jasna i mroźna. Drżącymi palcami Adam wysupłał z paczki ostatniego papierosa, przypalił jego końcówkę i wsadził do ust zaciągając się mocno. Zmiął puste opakowanie i schował do kieszeni, po czym wpatrując się w taflę jeziora, która teraz zdawała się być bezgraniczna, zatonął w myślach, które pochłonęły go na resztę nocy. Nie dbał o to, że jest mu bardzo zimno i że jest wyczerpany. Wszystkie jego myśli pogrążały go w skrajnej rozpaczy, rozpaczy, która nie pozostawiała poza sobą nic poza potworną pustką, w której nie było miejsca na nic innego. A już na pewno nie na narzekanie na chłód, wyczerpanie czy niewygodę. 

Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

7 komentarze:

  1. Przeczytałam całość iii... kurcze, fajne to! Początek czytało mi się ciężko, ale czym dalej, tym lepiej. Super, że stworzyłeś rodzinę z problemami. Lubię książki, w których życie nie rozpieszcza bohaterów. W dzisiejszych czasach jest za dużo przesłodzonych książek.
    W ogóle tak dużo Twoich filmików się naoglądałam, że czytając fragment Twojej książki, w mojej głowie rozbrzmiewał Twój ekspresyjny i charakterystyczny głos :D
    Na grafice pisze "Książka czytacza", a ja mam wadę wzroku i przeczytałam "Wioska czytacza" hahah. To dopiero byłby tytuł xD

    Trzymam kciuki za Ciebie! To będzie rewelacyjna książka :)
    Buziaki! :* Dolina Książek

    OdpowiedzUsuń
  2. Początek był trochę słaby, ale później naprawdę mnie ten kawałek twojej książki wciągnął. Jestem ciekawa co dale :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Niestety mam mieszane uczucie co do tego, ale czekam na premierę - może się rozczaruję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z Twojego komentarza wynika jasno, że liczysz na coś rozczarowującego. OK, w takim razie nie mam więcej pytań i gwarantuję rozczarowanie na 100%! :D

      Usuń
  4. Jest dobrze, jest na prawdę dobrze, a najlepiej w trzecim rozdziale, gdy zaczynam się angażować w historie i przyzwyczajam do twojego stylu narracji. Na początku jak dla mnie trochę za dużo patosu i wielkiej próby zaciekawienia mnie, którą czuje w narracji, a to akcja powinna ciekawić mnie najbardziej. Dla mnie narracja jest tylko środkiem przekazu, a tutaj widzę duży nacisk na nią, ale ogólnie jest na prawdę dobrze. Całość przeczytałam z przyjemnością i gdybym przeczytała ten fragment w empiku, z pewnością kupiłabym książkę, po pomimo tego co mnie denerwuję, bo ma ona wielką obietnice, czyli pokazanie brutalnej prawdy, a takie coś lubię :) Pisz czytaczu czekam na całość :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie wiem, czy to początek czy to środek samej opowieści, ale generalnie mnie zaciekawiło; styl mi odpowiada, główne postacie wydają się dobrze skonstruowane, zachęca do przeczytania większej części.

    OdpowiedzUsuń
  6. Tak mnie wciągnęło, że nie mogę doczekać się wydania! Świetnie opisujesz jego emocje, uczucia co sprawia, że ta narracja trzecioosobowa nie jest tak nudna jak w niektórych ksiażkach. Gratuluję!

    OdpowiedzUsuń