Tak zaczynał "Wiedźmin": unboxing

Nie będę zgrywał eksperta – guzik się znam na fantastyce. To wciąż dla mnie niezbadane wody, ale nie da się ukryć, że dziś moje serce przyspiesza już nie na myśl o J.K. Rowling, lecz o Sapkowskim, Martinie, Sandersonie czy (z nieco innej bajki) Glukhovskym. Przede mną wciąż morze książek do przeczytania, ale serce nie sługa. Na dobrą sprawę w kolekcjonowanie zagranicznych wydań Harry’ego Pottera też wkręciłem się, zanim tak naprawdę pokochałem serię J.K. Rowling miłością absolutną. Myślę, że dziś mogę powiedzieć, że ta historia się powtarza. Choć kolebką mojej nowej, rodzącej się facynacji nie jest już egzotyczny Zachód, lecz własne poletko. 

Jestem fanem fenomenów. Jakkolwiek irracjonalnie to może brzmieć, niewiele rzeczy przynosi mi taką radość, jak rozgryzanie źródeł olbrzymich popularności dzieł (zwłaszcza tych literackich). Oczywiście, należałoby zacząć od odwrócenia kota ogonem i zapewnienie, że nie za każdym fenomenem stoi dzieło. Wystarczy spojrzeć na taką Dziewczynę z pociągu, choć dywagować dziś na jej temat nie zamierzam. Bo nie. Bo nie ona jest bohaterem mojego dzisiejszego artykułu. 

Jest nim Wiedźmin. 
Tak, można powiedzieć, że Czytacz dorósł do Sapkowskiego. Już słyszę te fanfary i stukanie kufli. Aczkolwiek z tym dorośnięciem bym nie przesadzał. Bo możliwe, że dorośnięty byłem już dawno, a tylko ignorancja trzymała mnie za dupsko i nie dopuszczała do zaczarowanego Hogwartem mózgu możliwości zapoznania się z tworami tego buca, Sapkowskiego. 

I w tym momencie wypada wskazać, kto jest bohaterem w moim domu. Zabrzmi jak mruczenie pantoflarza, ale prawdą jedyną jest, że to zasługa mojej żony. Gdyby nie dziwna, nieuzasadniona i wynikła tak naprawdę z kaprysu chęć zagrania przez Czytaczową w Wiedźmina 2, pewnie nadal trwałbym w ciemnocie, radośnie nieświadomy tego, co mnie omija. Niby Czytacz, a radosny i nieświadomy, jakby go poddali lobotomii. 

Nie trzeba detektywa o kwadratowej głowie, by dodać jeden do jednego, a w wyniku otrzymać oczarowanie Wiedźminem. Nie da się w tym momencie nie docenić pracy REDów, którzy wyprodukowali najlepszą grę, w jaką kiedykolwiek grałem, a dodać trzeba, że jestem ze szczęśliwego pokolenia, które z uwielbieniem naparzało w szaraczka (wyjaśnienie dla młodszych: PlayStation).

W ten oto sposób nieczuły i wyprany z emocji wiedźmin Geralt odnalazł swe leże w moim czarodziejskim serduszku, a mi nawet przez głowę nie przeszło, że nie wypada mi uwielbiać gościa. 

Tak dochodzimy do meritum, czyli głównej przyczyny, dla której żeśmy się tu dziś zebrali. Nie bez przyczyny wspominałem o kolekcji Harry’ego Pottera i napomknąłem o tym, że historia zatacza koło. Nie. Nie zamierzam zbierać zagranicznych wydań Wiedźmina. To byłoby wtórne, a ja nie lubię się powtarzać. Ale zdecydowanie w mojej duszy gra nutka zbieracza i trudno mi trzymać łapy przy sobie, kiedy coś urzeka mnie do tego stopnia. Zwłaszcza, kiedy źródeł fenomenu mogę się doszukiwać na własnym terenie. 

Na początku zastanowiałem się, jak wyglądało pierwsze wydanie Wiedźmina. Ciekaw byłem szat debiutu Sapkowskiego. Zacząłem więc szperać w sieci, a że odnalezienie poszukiwanych informacji nie nastręczało najmniejszych problemów, coś mnie podkusiło do tego, bym sprawdził, czy jest jeszcze możliwe zdobycie owego klejnotu koronnego w postaci Fantastyki z grudnia 1986 r., kiedy to pierwsi czytelnicy po raz pierwszy usłyszeli o Geralcie z Rivii. 

A kiedy poznałem prawdę, nie mogłem się powstrzymać. I tak narodziła się nieśmiała myśl, pragnienie właściwie poganiane wstydem: bo jak to tak, mieć na półce pierwsze wydanie Harry’ego Pottera, zagranicznego fenomenu, a nie mieć pierwszego wydania wielkiego polskiego fenomenu? Przynajmniej tak to sobie tłumaczyłem, a że każde tłumaczenie jest dobre (a i żadnego mi nie trzeba było, bo serducho już swoje wiedziało i wesoło pompowało we mnie krew wzburzoną ekscytacją), nie zwlekałem z podjęciem pierwszych kroków. Bo kolekcjoner musi kolekcjonować. Takie zboczenie. 

Nie zmieniło się kilka rzeczy: nadal guzik się znam na fantastyce, a i nawet większa połowa (chrzańcie się, matematycy!) Wiedźmina jeszcze przede mną, ale z radością biorę się za rozgryzanie tego fenomenu i zbieranie jego (niemal antycznych) skarbów. 

Pierwsze trzy paczuszki przyniosły mi skarby. 
Jakie? Na to pytanie odpowiedź można znaleźć w poniższym filmie (bo klawiaturę też trzeba oszczędzać). 

Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

2 komentarze:

  1. Mam trzech braci i każdy lubi wiedźmina. Nawet najmłodszy który praktycznie nie czyta, przeczytał kilka części. Książki są w domu, więc muszę się w końcu zabrać xD

    OdpowiedzUsuń
  2. Za mną już dwa pierwsze tomy "Wiedźmina" - te z opowiadaniami. Niedługo zabiorę się za resztę serii, bo mimo, że to zaledwie jedna czwarta przygód Geralta, moje serducho też już zdążył podbić ;)

    http://mala-czytelniczka.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń