"Zapach domów innych ludzi" - Bonnie-Sue Hitchcock

Gdy mózg niebezpiecznie zaczyna przypominać galaretę, a ciśnienie w nim grozi powtórką z Czarnobyla, odchodzę od fantazyjnych fantazjotworów i bohaterów obdarzonych najróżniejszymi nadludzkimi talentami oraz krain tętniących czarami na rzecz dużo bardziej stonowanej fikcji, która bardziej przypomina mi otaczający mnie świat. 

To właśnie nadchodzący kryzys i przepalenie zapaliły w mojej łepetynie czerwoną diodę, wściekle mrygającą i sprowadzającą mnie na ziemię. To właśnie chęć odetchnięcia bardziej znajomym powietrzem skłoniła mnie do sięgnięcia po książkę tak zwyczajną i z pozoru mało spektakularną jak Zapach domów innych ludzi. 

No dobra. Nie będę bujał – nie bez znaczenia była też okładka, która totalnie mnie urzekła. 
OK. To okładka przekonała mnie do sięgnięcia po tę książkę. 
Żałosne.  

Alaska – miejsce, gdzie dorastanie wygląda zupełnie inaczej.

Ruth skrywa tajemnicę, która w końcu i tak wyjdzie na jaw. Dora nie jest pewna, czy kiedykolwiek ucieknie przed demonami własnego domu. Alyce próbuje pogodzić swoją pasję do tańca z tradycjami swojej rodziny. Hank wraz z braćmi szukają bezpieczeństwa w ucieczce z domu – w efekcie, jednemu z nich grozi straszliwe niebezpieczeństwo.

Ścieżki tych czworga młodych ludzi wkrótce się przetną. Zapach domów innych ludzi jest powieścią o ludziach, którzy próbują sobie pomóc – także o tym, że wbrew przewidywaniom, niekiedy się to udaje.

Żebym nie wyszedł na totalną okładkową srokę – tytuł debiutu Hitchcock poruszył w moim serduchu czułą strunę, ponieważ pobudza do myślenia i bezwiednie zacząłem przywoływać wspomnienia zapachów domów innych ludzi. Liczyłem na to, że powieść dotknie tej unikalności i pokaże mi różne oblicza ludzkiej natury w ciekawy, nietuzinkowy sposób. 

Początek jest jak lokomotywa z popularnego wiersza Tuwima. Widać, że to nie pendolino, bo trochę zajmuje Zapachowi domów innych ludzi rozpędzenie się i rozwinięcie tempa, które pozwala cieszyć się lekturą bez żadnych zahamowań. Niemniej, Hitchcock stanęła przed trudnym wyzwaniem napisania stosunkowo krótkiej powieści skupiającej się na kilku punktach widzenia. Zawsze uważałem za wielką sztukę umiejętność prowadzenia wieloosobowej narracji, ponieważ często trafiałem na gnioty, w których traciłem z tego powodu wątek i docierałem do końca tylko z czystej nienawiści do porzucania książek przed ich zakończeniem. Myślę, że w przypadku Zapachu domów… błogosławieństwem okazało się to wolne tempo na początku, które pozwalało na spokojnie zapoznać się z bohaterami powieści i wyłapać kilka punktów zaczepienia, które w trakcie lektury okazywały się bardzo istotne. 

Dawno nie czytałem tak spokojnej książki, a przy tym tak brutalnie wdzierającej się do serducha. Klimat tej powieści i płynnie prowadzona narracja oraz przyjemny styl pozwalały mi delektować się każdą stroną i czerpać z nich przyjemność. To dla mnie duża odmiana po masie książek wypełnionych po brzegi akcją. W końcu mogłem odetchnąć i niemal poczuć się jak na wakacjach, choć fabuła do najlżejszych nie należała. 

Skupienie się na samej Alasce, stosunkowo wąskiej społeczności, pozwoliło autorce przedstawić rzeczywisty obraz różnych rodzin i różnych ludzi. W dużo bardziej przyjemny i lepiej przyswajalny sposób dokonała tego, co Rowling próbowała osiągnąć w Trafnym wyborze, a jednak bez cienia wątpliwości w tym zestawieniu w moim mniemaniu zwycięża Hitchcock. Jej książka jest najzwyczajniej w świecie przyjemniejsza i mocniej bazuje na rozwiniętych bohaterach, aniżeli szoku i kontrowersji. 

Zapach domów innych ludzi to wiele historii zaplecionych w jedną fabułę, a zakończenie jest kwintesencją tego, o czym czytamy. Niewymuszone, zgrabne i przemyślane. 

Tym razem okładka i treść idą w parze. 
Ciekawe, czy to szczęście początkującego czy zwiastun fantastycznej kariery i kolejnych świetnych książek?
Obejrzyj też: 
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

1 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń