"Królowa cieni" - Sarah J. Maas

Choć zabrzmi to niedorzecznie, moja przygoda ze Szklanym tronem rozpoczęła się od tomu czwartego. Wygrałem tę cegłę w jakimś konkursie książkowym. Nie wiedziałem wówczas, że to czwarty tom serii. W związku z tym Królowa cieni została skazana na ponad roczne kurzenie się na półce, nim wreszcie Czytacz Oświecony (tj. zaznajomiony z trzema pierwszymi tomami) zabrał się za lekturę. 

Nieważne po który tom serii Sary J. Maas bym nie sięgnął, zawsze słyszę głosy: ten jest fajny, ale kolejny rozpiernicza system. W ten oto sposób znalazłem się pod murem, bo zgodnie z głosami fanów, Królowa cieni powinna wyrwać mnie z kapciuszków… 

Powraca, by podpalić świat.

Nadszedł czas walki o wszystko, co ważne. Aelin wraca do Adarlanu, by pomścić bliskich, odzyskać tron i stanąć twarzą w twarz z cieniami przeszłości. A przede wszystkim po to, by chronić tych, którzy jej pozostali. Mroczne bestie, magiczne moce, namiętność i pragnienie zemsty…

Celaena Sardothien do tej pory traciła wszystkich, których kochała. Zamordowano jej rodziców, ukochany Sam także zginął w męczarniach. Przyjaciółka Nehemia poświęciła życie, by Celaena mogła odkryć swoje dziedzictwo... Ale dość tego. Nadszedł czas zemsty. Zabójczyni Adarlanu zniknęła - narodziła się Aelin Ogniste Serce, królowa podbitego przez Adarlan Terrasenu. Aelin wraca do Adarlanu, by zemścić się na tych, którzy skrzywdzili jej bliskich, odzyskać tron i stanąć twarzą w twarz z cieniami przeszłości. A przede wszystkim po to, by chronić tych, którzy jej pozostali.

W Adarlanie Aelin pozbawiona jest magii, która pozwala jej władać ogniem. Może jednak liczyć na swoich towarzyszy - kuzyna Aediona, Chaola, Lysandrę i przede wszystkim na Rowana. Rowana - walecznego księcia wojownika Fae, jej bratnią duszę - do którego zaczyna żywić coraz bardziej płomienne uczucia...

Twórczość Sary J. Maas nigdy nie uwodziła mnie oryginalnością. Nieustannie, na kartach pierwszych tomów Szklanego tronu dostrzegałem przebłyski innych motywów i echa różnych historii. Nie uznałbym tego jednak za wadę, ponieważ nie jest tajemnicą, że to właśnie w opowieściach które znamy najłatwiej się zakochujemy. Uwielbiamy klasykę przybraną w nowe ciuszki, ponieważ nieustannie boimy się tego, co obce. Wystarczy zastanowić się przez chwilę nad naszymi ukochanymi książkami. Na górze listy zawsze znajdzie się coś, co jest nam bliskie i znane.

Fenomen Sary J. Maas świadczy o tym, że i ona odnalazła receptę na sukces. Sama autorka przyznała, że bazą dla Szklanego tronu była baśń o Kopciuszku, co widać zwłaszcza w pierwszym tomie. Są to luźne nawiązania, zgrabnie przerabiające klasyczną baśń na coś oryginalnego. I za to – być może nawet nieświadomie – możemy pokochać tę historię. 

Problem rodzi się wtedy, kiedy te nawiązania stają się zbyt dosłowne lub – nie daj Boże! – zbyt mocno kojarzą się z innym współczesnym dziełem, które święci triumfy na całym świecie. 

Nie wiem, czy to już strzał w stopę, ale Dziedzictwo ognia zasiało we mnie ziarno zwątpienia. Ziarno, które mocno wykiełkowało podczas czytania Królowej cieni. Dziewczyna, która straciła rodzinę, po latach życia w ukryciu/odosobnieniu, powraca do walki o utracone dziedzictwo. Dodam, że dziewczę to ma jaśniutkie włosy, a ogień jest jej sprzymierzeńcem. I nawet motyw wędrówki się trafi… 

Czy to już Gra o tron, a Celaena to Daenerys? 
Mam wrażenie, że podobieństwa są aż nazbyt oczywiste, a postać Celaeny/Aelin to niemal kropka w kropkę kopia Daenerys z dorzuconą historią Zabójczyni. Historią, która tak naprawdę rzadko przebija się ponad mgliste wspomnienia dawnych dziejów… 

Pewnie przyszłość pokaże, jak wiele Martina znalazło się w twórczości Maas. Dziś mogę powiedzieć, że w Szklanym tronie mamy młodzieżową Grę o tron. Oby w dalszym ciągu Maas odnalazła własną ścieżkę i poprzestała na luźnych inspiracjach… 

Nadchodząca wojna to najbardziej emocjonująca część Królowej cieni. Czwarty tom rzuca nowe światło na Doriana i wreszcie pozwala rozwinąć skrzydła Chaolowi, który nareszcie pokazuje, że to co mu dynda między nogami nie służy jedynie do ozdoby (i nie mam tu na myśli scen łóżkowych). Z wielką radością czyta się teraz sceny z udziałem głównej bohaterki i Chaola. Są soczyste, niewybredne i z charakterem. Na to czekałem od samego początku i rad jestem, że się w końcu doczekałem. Nieco mniej spodobał mi się, tak dobrze zapoczątkowany w trzecim tomie, wątek Manon. Mam wrażenie, że to kolejna silna i złowroga postać kobieca, której autorka temperuje pazurki. Zupełnie niepotrzebnie, moim zdaniem. 

Królowa cieni jest troszkę takim rollercoasterem. Sporo w niej wzlotów i upadków. Elementy zachwycające przeplatają się z elementami rozczarowującymi. W każdym razie rozczarowującymi w kontekście poprzednich tomów, które przyzwyczaiły mnie do tego, że dalej może być tylko lepiej. 

Największa zaleta serii pozostaje obecna i w formie – duża (w tym wypadku wręcz olbrzymia) objętość książki nie czyni jej nudną. Maas zgrabnie przeplata wątki i nie pozwala się nudzić. Zawsze można liczyć na to, że kolejna strona przyniesie coś dobrego. A to się chwali. 

Finał jest zaskakujący. I to jak! Zupełnie nie spodziewałem się, że już czwarty tom ofiaruje mi takie zakończenie. Ale też nie mogę brnąć jak ślepiec w zachwyty, kiedy koniec końców coś mi zgrzyta. Wojna, prawdziwa wojna – czyli taka, jaką ją Maas maluje w Szklanym tronie – potrzebuje ofiar. W przeciwnym razie cierpi na tym jej realizm, a poczucie zagrożenia staje się złudzeniem. Zakończenie Królowej cieni przyniosło mi największe rozczarowanie, z jakim zetknąłem się przy tej serii. Człowiek nie zmienia się od wieków. Tak jak pragnął krwi na igrzyskach, tak pragnie jej i dzisiaj. Cukierki niczego nie wynagrodzą. 

Na szczęście mamy przed sobą jeszcze ciąg dalszy, który nadejdzie w Imperium burz. Mam  tylko nadzieję, że tym razem burza rzeczywiście będzie burzą, a nie wiosenną mżawką, bo w przeciwnym razie cała cudownie zapowiadająca się seria okaże się klapą. 
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

1 komentarze:

  1. Rzeczywiście, przy każdym kolejnym tomie "Szklanego tronu" mówi się, że jest jeszcze lepszy od poprzedniego - i w moim odczuciu to najprawdziwsza prawda. A mówiąc szczerze tą pozycją Maas, która mi ściąga aktualnie buty z nóg jest drugi tom jej kolejnej serii "Dwór cierni i róż", którą szczerze polecam(choć wiem z własnego doświadczenia, że rozpoczęcie kolejnej przygody z tą pisarką owocuje przymusem odstawienia innych na długi czas).

    OdpowiedzUsuń