"Intuicja" - Amy A. Bartol

Można lubić Zmierzch lub się z niego naśmiewać, jednak nie można zaprzeczyć, że Stephenie Meyer nie tylko wpisała się w trendy literackie, ale i sama je kreowała. Seria o miłości, która połączyła słabiutką istotę ludzką z niewiarygodnie potężnym wampirem zdobyła olbrzymią popularność i dała życie niezliczonej ilości podobnych tworów. Motyw zawsze jest ten sam: słaby, przeciętny człowiek i ponure, posągowe bóstwo o niezbadanej mocy, które nie potrafi wyrwać się spod działania uroku marnego człowieczka… Finał zawsze ten sam: miłość silniejsza niż śmierć. 

Ani przez moment nie wątpiłem w to, że świeża seria Amy A. Bartol, którą rozpoczęło Nieuniknione, nie powstałaby, gdyby nie było Zmierzchu. Zbyt wiele jest tu podobieństw, a i sam wątek mocno przypomina to, co mogliśmy spotkać w tetralogii Meyer. 

Pierwszy tom tej historii przywoływał uśmiech na usta – czytając tę książkę wspominałem dawne czasy, kiedy odmóżdżałem się przy Zmierzchu czerpiąc z lektury niemałą radochę. To pewnie sentymenty i drobiny talentu Bartol sprawiły, że jej historia miłosna przemówiła do mnie. Sentyment to potężna broń i wędka, na jaką może złowić się większość rybek. 

Tylko co wtedy, gdy rybka zorientuje się, że dała się złapać na fałszywą przynętę? 

Anioły są wśród nas. Przekonała się o tym osiemnastoletnia Evie. Teraz, ramię w ramię ze swoimi niebiańskimi przyjaciółmi, musi zmierzyć się z siłami Zła. Jeśli przegra, straci nie tylko duszę, ale i serce.

Życie Evie Clermont już nigdy nie będzie takie samo. Strata bliskiej osoby pozostawiła na jej sercu bliznę, która długo się nie zagoi. Dziewczyna staje przed dylematem, komu bardziej zaufać – pięknemu Aniołowi Mocy, czy bratniej duszy, którą zna z poprzednich wcieleń. Sytuację komplikuje fakt, że Evie przyciąga też moce Zła, którym zależy na uwięzieniu jej duszy. Z pomocą zaprzyjaźnionych aniołów dziewczyna zrozumie w końcu, jak potężną mocą dysponuje. Bądź co bądź, sama ma anielski rodowód... 

Dobra, przyznam to otwarcie. Moja intuicja jest do kitu. Być może wynika to z faktu, że jako facet w ogóle jej nie posiadam, a jej mianem określam swoje chore wymysły (w końcu wszystko można dopasować do definicji). Ta bardziej rozwinięta, mniej upośledzona część mojej natury starała się mi przetłumaczyć, że świetna zabawa i radocha, jaką przyniosło mi Nieuniknione nie jest gwarantem dobrej zabawy przy ciągu dalszym. Ale ja naprawdę byłem ciekaw, jak ta przewidywalna historia się rozwinie. Dlaczego przewidywalna? Bo to wszystko już było. W Zmierzchu i w oceanie książek wzorowanych na Zmierzchu. Trudno w takiej sytuacji nie przewidzieć ciągu dalszego… Ale mimo to miałem frajdę z lektury! 

Drugi tom idąc typową ścieżką dla kontynuacji, poszedł w kierunku więcej, głośniej, dramatyczniej. Wobec tego mamy sporo akcji, a złe siły ciągle starają się dopiec naszym bohaterom. Z drugiej strony, Evie jeszcze bardziej dramatyzuje, a konsekwencją tego jest pójście ścieżką Edwarda – opuszczę cię, gdyż przy mnie nie będziesz bezpieczny! Rzecz jasna, ta typowa szlachetność wyjdzie naszej bohaterce bokiem, podobnie jak wyszła panu Cullenowi. Intuicja trochę przypomina mi Przed świtem – Bartol podobnie jak Meyer w bardzo nieudolny sposób stara się utkać thriller, a wychodzą jej Trudne sprawy. Wartka akcja i dynamika nieumiejętnie starają się ukryć wszelkie bolączki tej książki. Nieskutecznie. Podniesienie rangi problemu do statusu niemal boskiej jest karykaturalne. A szczątkowa wiarygodność i naturalność, które cechowały Nieuniknione rozpłynęły się w niebycie machania skrzydłami. Realizm padł jak pies Pluto. 

Ale prawdziwą bombą (niestety: ŁAJNOBOMBĄ) jest tutaj sylwetka Reeda oraz pozostałych aniołów. Poznajemy, bowiem, wiek naszego anioła-protektora, kochanka i brutala. Jeśli ktoś miał problem z niewiele ponad stuletnim Cullenem, teraz spadnie ze stołka. Reed ma cztery i pół miliarda lat. Tak mniej więcej. 

Nie to jest najgorsze (najwyraźniej Evie woli starszych). Najgorsze jest to, że gość, który praktycznie był przy narodzinach świata i spoglądał na kroki pierwszych ludzi, by potem żyć wśród niezliczonej ilości ich pokoleń, NIE MA POJĘCIA O LUDZIACH. Zwykła nastolatka jest w stanie wyprowadzić go w pole i grać mu na nosie wedle uznania, jako ta bardziej przebiegła. O tym, że tak sędziwy stwór nigdy nie spotkał takiej kobiety pozostawię bez komentarza. 

TAK, WIEM! Zmierzch też nie był logiczny i też raził absurdem. Różnica jest taka, że Intuicja powiela bolączki serii Meyer, ale w wersji spotęgowanej (więcej, mocniej, dłużej). A to już istny dramat rozciągnięty na ponad pięćset stron. 

Jak to się mogło nie udać, pytam. Książka z założenia rozrywkowa i odmóżdżająca przekroczyła granicę dobrego smaku i wpieprzyła się w bagno, z którego nie ma wyjścia. To, co wyróżniało Nieuniknione (np. ciekawe rozwiązanie trójkąta miłosnego) w drugim tomie zostało brutalnie odrzucone na rzecz niekończącej się apoteozy naszej głównej bohaterki, która staje się pożądaną numer jeden wśród, zdaje się, wszystkich istot wyższych, jakie stąpają po naszej planecie… 

Do tego wszystkiego dorzucić mogę drętwą w przypadku tej powieści narrację - żaden opis mnie nie przekonał, żaden dialog nie był wiarygodny i ogólnie tę historię czytało mi się trochę jak przydługie streszczenie. Zbyt wiele tu ucieczek, gonitw i sensacji, a zbyt mało czarowania słowem. Po prostu: ta książka mnie wykończyła. 

Być może ktoś odnajdzie w Intuicji godną kontynuację pierwszego tomu, jednak dla mnie jest to po prostu wypadek przy pracy. A może to ja czytając Nieuniknione odczuwałem większy głód na tego typu książki, a dopiero teraz potrafię trzeźwo oceniać? Nie wiem. Przecież jestem tylko marnym człowieczkiem (nie żadnym wampirem, aniołem czy innym diabłem lub utopcem), w dodatku pozbawionym intuicji… 

Obejrzyj też: 
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz