"Silver. Trzecia Księga Snów" - Kerstin Gier

Może i w tym temacie silny wpływ popkultury i jednego z najbardziej charakterystycznych horrorów lat 80. i 90. minionego stulecia, sprawiły że jestem ograniczony i nie mogę wydostać się z precyzyjnie opisanej szufladki, ale motyw nastolatków nękanych we śnie i realnego zagrożenia z tego wynikającego, a do tego postać potężnego psychopaty, aż proszą się o skojarzenia z Koszmarem z ulicy Wiązów. 

Tym bardziej ciekawiło mnie, jak młodzieżowa trylogia poradzi sobie z groteskowym motywem, który był znakiem rozpoznawczym legendarnej już serii filmów o Freddym Kruegerze. 

Gdyby Trylogię Snów Kerstin Gier oceniać po okładkach, byłaby warta każdych pieniędzy. Ale to wciąż treść determinuje prawdziwą wartość książki. 

I nadszedł czas, by zmierzyć się z zakończeniem tej historii. Silver. Trzecia Księga Snów właśnie trafiła do księgarń. 

Wielki finał Trylogii Snów! Są na świecie ludzie, którzy mają dostęp do snów. Z marzeń sennych można się bardzo wiele dowiedzieć  - pogrzebać w świadomości i podświadomości. Można też popchnąć śniącego do czynów, których nigdy nie dopuściłby się na jawie... Główna bohaterka serii, Liv Silver, ma same kłopoty. Jej antagonista Arthur rośnie w siłę, blogerka Secrecy wie coraz więcej, a groźna Anabel znów pojawia się na sennych korytarzach. Liv musi połączyć siły z przyjaciółmi, żeby chronić siebie i bliskich przed niebezpieczeństwem, które czyha na jawie i we śnie.

Wiele można by mówić o dwóch pierwszych odsłonach tej trylogii. O zachwycającym początku i jej średnim rozwinięciu. Ale w tym momencie to wszystko przestaje mieć znaczenie. Najważniejszy zdaje się być fakt, że ta opowieść wciągnęła mnie na tyle, że zechciałem powrócić do niej po raz trzeci i poznać zakończenie. Tak jak w walce bokserskiej – koniec jest najważniejszy. Nawet czempionom zdarzało się paść na deski w środku walki, by potem powstać i zachwycić świat efektownym nokautem. Tego samego oczekuję od serii. I rozumiem syndrom drugiego tomu (tym bardziej cieszy mnie fakt, że stale rośnie popularność dylogii). 

Zasiadając do Trzeciej Księgi Snów miałem nadzieję, że efekciarstwo ustąpi tajemnicy. Trylogia miała solidne podwaliny pod to, by stać się świetną młodzieżówką z cudownym wątkiem snów i ciekawym wątkiem kryminalnym. Dlatego bardzo mnie zaskoczyło, kiedy rozpoczęliśmy tak naprawdę regularną bitwę o podbój świata. Zupełnie się tego nie spodziewałem, a zaskoczenie to nie należało do najmilszych. Dlatego wielce uradował mnie fakt, że autorka uczyniła ten wątek zaledwie pobożnym życzeniem, aniżeli faktem samym w sobie. W przeciwnym razie tę recenzję pisałbym w stylizacji na Secrecy i nie potrafiłbym ukryć mojego zażenowania.

Niepewnych uspokoję: zdecydowanie jest lepiej niż w drugim tomie. Sytuacja stała się bardziej klarowna, tajemnice są na swoim miejscu i niemal do samego końca gonimy za króliczkiem. Konflikt przybiera na sile, przenosi się na zupełnie inny poziom i można mówić o pewnym niepokoju i niepewności. 

Ale… 
Czytając już drugi tom obstawiałem tożsamość Secrecy. Prawdę mówiąc, uważam ten wątek za najciekawszy w całej trylogii. Wówczas wpadła mi do głowy absurdalna myśl. Myśl, która w 2/3 okazała się być trafna… Albo jestem mega wnikliwym czytelnikiem i totalnym Sherlockiem, albo rozwiązanie tej zagadki było rozczarowujące. Wolę wierzyć w swój geniusz. 

Druga sprawa jest taka, że miałem trzy pomysły na rozwiązanie trzeciego tomu i poczułem się rozczarowany, kiedy ok. połowy książki poznałem zakończenie tej historii. Autorka niezbyt subtelnie wprowadziła do gry pewien nowy element, który nawet przez ułamek sekundy nie zdawał się być bez znaczenia. A i końcowy podział sił był wyczuwalny przez całą Trzecią Księgę Snów. 

Słowem: było przewidywalnie. Bardzo przewidywalnie. 
Dawno już pisałem o tym, że Kerstin Gier zdaje się potwornie obawiać przesady, stąd bardzo asekuracyjne działanie w sferze snów. Ostateczne wyjaśnienie okazało się być chytrym zagraniem, choć pokusiłbym się o stwierdzenie, że bardziej posłużyło zamaskowaniu niedoskonałości i niekompletności wizji autorki. 

Do samego końca liczyłem na to, że któryś z bohaterów mnie zaskoczy i zachowa się w mniej przewidywalny sposób. Na próżno. Role w tym spektaklu dawno zostały obsadzone i tylko jedna postać zasługuje tu na wyróżnienie: Anabel. Gdyby nie ona, moglibyśmy mówić o totalnej porażce. 

Nie może ujść mojej uwadze fakt, że mimo olbrzymiej chęci przeczytania tej książki i wielkich nadziei na zaskakujące zakończenie, Trzecią Księgę Snów czytałem przez dziewięć dni. Zwykle w takim czasie pożeram trzy do czterech książek o objętości do pięciuset stron. I nawet nie mogę zrzucić winy na siebie, gorszy czas czy mniejszą ochotę do czytania, ponieważ kolejne dwie książki pożarłem w trzy dni… 

Skoro zacząłem od walki bokserskiej, na walce bokserskiej zakończę: mimo wielu uchybień, płaskich bohaterów i przewidywalnego zakończenia, nie mogę powiedzieć, bym żałował swojej przygody z Trylogią Snów. Gier miał kilka świetnych pomysłów i być może tylko odwagi zabrakło, by wycisnąć z tego świata nieco więcej. Trylogia miała w tej walce bardzo dobry początek, w połowie padła na deski, a ostatecznie niejednogłośnie wygrała mało efektowny pojedynek na punkty. 

W ten oto sposób Freddy Krueger wciąż pozostaje moim ulubionym koszmarem sennym.
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

1 komentarze:

  1. Ja się pogodziłam z myślą, że ta powieść miała być jedynie zamknięciem wątków. Co prawda i tak byłam miło zaskoczona, że autorka nie powiedziała wprost, kto jest wielką niewiadomą, lecz trzeba było trochę pogłówkować ;)

    Wspominam tę trylogię miło. Czytało się fajnie i lekko. Taki przerywnik od wymagających historii. Teraz planuję dorwać się do Trylogii Czasu tejże autorki, bo aż wstyd, że dalej nie znam (a bardzo chcę)! :D

    OdpowiedzUsuń