Spotkanie z Brandonem Sandersonem w Warszawie!


O czwartej rano pobudka i w drogę. Zimno, ciemno i sobota. Na co mi to było? Co mi znowu do łba strzeliło? 

Życie Czytacza, książkami usłane, niesie ze sobą skłonność do robienia głupot. Jedną z takich głupot jest zrywanie się w środku nocy z łóżka, kiedy sobota wzywa do tego, by wtulić twarzopysk w poduszkę i chrapać smacznie aż po czasu kres (mniej więcej do 8, kiedy krzyk pacholęcia radośnie budzi do życia...). 

Spodziewałem się, że na spotkaniu z Brandonem Sandersonem mogę być jedynym ufoludkiem, który Cosmere zna jedynie ze słyszenia. Z jednej strony wyobcowany, a z drugiej w fantastycznym położeniu, bo cała ta historia jest jeszcze przede mną. 

Po jakie licho ja się tam pchałem? 
Bo zbyt długo motywowałem się do sięgnięcia po twórczość jednego z najpopularniejszych amerykańskich autorów fantasy. I za każdym razem sięgałem po coś innego, by wreszcie odkryć zaczątek jego talentu w Piasku Raszida, pierwszym tomie młodzieżowej serii o Alcatrazie Smedrym. A potem dotarło do mnie info, że Sanderson przyjeżdża do Polski. I myśl mnie naszła okrutna, że przecież i tak planuję przeczytać jego książki, więc czemu nie wykorzystać być może jedynej okazji do spotkania się z autorem i wysłuchania tego, co ma do powiedzenia? 

I tak oto żółtodziób trafił na spotkanie, które przesiąknięte nerdowskim klimatem, wykraczało ponad wszystko to, z czym się do tej pory zetknąłem... 

Nie może jednak umknąć mojej uwadze, że do Warszawy przybywałem z lekką niepewnością. Pierwotnie spotkanie było zaplanowane na piątek, 17 marca, by później zostać przeniesione na sobotę, 18 marca. I nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie fakt, że empik (jak się zdaje) zupełnie olał to spotkanie... Na stronie internetowej nie pojawiła się żadna zapowiedź, a w gazetce zapowiedziano spotkanie w Warszawie na 17 marca... 

Na miejscu - jak na potwierdzenie zamieszania z datą - znalazłem plakaty z nową datą, zapisaną długopisem bądź przeklejoną... 

Mając doświadczenie ze spotkania z Veroniką Roth, kiedy to jeszcze przed otwarciem empiku, zebrała się pod nim spora grupka fanek, spodziewałem się tłumu koczujących, tymczasem jedyne, co zastałem na miejscu to zarzygany chodnik... 

Blisko godzinę po otwarciu z wolna zaczęli zbierać się ludzie, a ja zająłem najlepszą miejscówkę w całym wszechświecie i rozsiadłem wygodnie przed samiuteńką sceną, by dopieścić pośladki, po trzygodzinnej podróży pociągiem, kolejnymi trzema godzinami siedzenia. 

Do godziny 11-stej niewiele się działo. Ot, zwykłe porządki i taniec z mopem na scenie oraz przesuwanie mebli. Ludzi zaczęło przybywać i radosne oczekiwanie zaczęło wesoło pląsać pod skórą. Uwielbiam spotkania autorskie. 

Wielką niespodzianką było obwieszczenie wygłoszone chwilę po wybiciu jedenastej: Brandon Sanderson już jest na miejscu i spotkanie rozpocznie się o 11:30. Autor tylko udzieli krótkiego wywiadu i startujemy. 

I faktycznie - Sanderson pojawił się o 11:30 i rozpoczął na boku od krótkiego wywiadu, który trwał prawie do południa. To tyle w temacie wcześniejszego rozpoczęcia spotkania. 

O 12:00 Brandon Sanderson pojawił się na scenie, a razem z nim Anna Studniarek w roli tłumacza (notabene, tłumaczka niektórych jego książek). Pierwotnie Q&A zostało zaplanowane na niecałe 10 minut, jednak autor poprosił o przedłużenie sesji, co spotkało się z pozytywnym odbiorem wśród uczestników spotkania. Padały pytania, które wymagały sporej pracy umysłowej tłumacza, co tłumaczy, dlaczego akurat pani Ania była idealnym wyborem. Wątpię, by jakiś żółtodziób potrafił oddać naturę i charakter niektórych z tych pytań... 

Po ok. 40 minutach sesja dobiegła końca i doszło do ogłoszeń natury technicznej: Brandon Sanderson podpisze wszystkie książki, ale tylko jedną na osobę z dedykacją. Do tego każdy może zadać autorowi pytanie i zrobić sobie z nim zdjęcie. 

Bardzo fajne rozwiązanie dla tych, którzy już podczas pytań i odpowiedzi ustawili się w kolejce po autograf. Pozostali (w tym Czytacz, którego naszło spontanicznie na nagrywanie całego spotkania), musieli udać się w najciemniejsze czeluści empiku, by przypomnieć sobie czasy komuny, których większość z nas nie ma prawa pamiętać, bo nie było nas wówczas na świecie lub byliśmy bardzo mali. Tak rozpoczęło się oczekiwanie w gigantycznej kolejce. 

Dodam, że przez pierwszą godzinę kolejka nie zmniejszyła się ani o centymetr. Być może to urok bycia w jej ogonku, niemniej zapowiadało się długie koczowanie połączone z ryzykiem zakończenia spotkania, nim wszyscy otrzymają upragniony podpis autora w swoim (a najczęściej swoich - w liczbie BARDZO mnogiej) egzemplarzu jego książki. 

Cztery godziny później - zawarłszy bardzo ciekawe znajomości (pozdrowienia dla Kamili, Eweliny i Dawida - mam nadzieję, że pamięć do imion mnie nie zawiodła), oczekiwanie dobiegło końca i dotarłem wreszcie przed oblicze bardzo sympatycznego Brandona Sandersona, któremu podsunąłem do podpisu wspomniany Piasek Raszida oraz Drogę krółów. 


To był długi, ale fantastyczny dzień. Na pewno zapamiętam z niego tę gigantyczną kolejkę i niewiarygodną cierpliwość pisarza. Oraz gościa, który przywiózł ze sobą całą walizkę książek do podpisu (mam to udokumentowane na filmie!). Zakwasy i obolałe mięśnie do dzisiaj mi przypominają to spotkanie.

Ale - do jasnej ciasnej! - warto było. 


Obejrzyj nagranie ze spotkania:

Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz