"Wszystkie jasne miejsca" - usunięte rozdziały

Oryginalna wersja poniższego tekstu została pierwotnie opublikowana przez Zoella Book Club. To dwa rozdziały wycięte z ostatecznej wersji Wszystkich jasnych miejsc Jennifer Niven.

VIOLET
20 września

Miejscowi nazywają go cmentarzem Carpentera, ale my wolimy nazwę nadaną mu przez pana Iversa: Sto Stopni – One Hundred Steps. Nie wygląda jakoś szczególnie – to po prostu stary, opuszczony cmentarz na wzgórzu na obrzeżach Brazylii, w Indianie. Schody są długie i szerokie, z popękanego i rozpadającego się kamienia, przez szczeliny którego wyrastają chwasty. Stoimy u ich podnóża i rozglądamy się. Poza nami nie ma tu żywej duszy. 

Theodore Finch mówi:

- Technicznie rzecz biorąc, powinniśmy to zrobić o północy, ale z racji tego, że musisz być w domu, zanim się ściemni, a powrót zajmie nam jakieś dwie godziny, nie mamy wyboru. 

Mimo, że jest ciepło i widno, przechodzi mnie dreszcz, który dociera do rąk. 

- Możemy wejść razem? 

Odpowiada: 

- Czemu nie, o ile każde będzie liczyło za siebie. Wszystko opiera się na liczeniu, Ultraviolet. 

Zaczynamy wchodzić, ramię w ramię. Zgodnie z legendą należy liczyć każdy stopień, gdy się na niego wejdzie. Gdy dotrzesz na szczyt, rozglądasz się po polach i nagrobkach, a wtedy pojawia się duch pierwotnego dozorcy, który pokaże ci wizję twojej własnej śmierci. Gdy zniknie, schodzisz po schodach i znowu je liczysz. Jeśli na koniec wyjdzie ci ta sama liczba, co przy wchodzeniu, wszystko będzie dobrze. Ale jeśli będzie inna - wizja się spełni, być może nawet tej samej nocy. 

Liczę cicho, aż docieramy do szczytu, gdzie schody nikną w trawie. Milknę, ale Finch liczy dalej, więc i ja kontynuuję. Liczymy dokąd tylko zdołamy, wypatrując ostatnich stopni, aż wreszcie jesteśmy na szczycie wzgórza, szeroko porośniętym trawą z poprzechylanymi na boki nagrobkami – wszystkimi poza jednym, który stoi jak Pomnik Waszyngtona. 

- Monolit – mówi Finch. – Ultraviolet, to właśnie jest monolit. Powszechniej znany jako obelisk. 

Rozśmiesza mnie to słowo, choć może to dlatego, że jestem zdenerwowana. Staram się nie myśleć o Eleonor, śmierci i wypadku. Chcę zamknąć oczy na wypadek, gdyby jakimś cudem pojawił się dozorca. 

Finch też się śmieje, ale bardziej powściągliwie. Mówi: 

- Myślę, że powinniśmy okazać zmarłym więcej szacunku, by powstał dozorca. 

Czekamy i czekamy, a jedyną rzeczą, o jakiej myślę przez cały ten czas jest: „proszę, niech dozorca nie powstanie”. I nagle znowu wybucham śmiechem na myśl o „obelisku”, do którego Finch stara się znaleźć rymy, śpiewając cicho pod nosem. Rozglądamy się we wszystkich kierunkach, ale jedynym co nas omiata jest lekki wietrzyk. 

Finch mówi: 

- Czy kiedykolwiek zastanawiałaś się nad tymi wszystkimi historiami? – patrzy na nagrobki. – Każda z osób, które znajdują się teraz na tym cmentarzu, była kiedyś żywa. Wszyscy oni mieli nadzieje, marzenia i rodziny. Byli nienawidzeni i kochani. Robili głupie, żenujące rzeczy. Może jakieś paskudne rzeczy, a może i dobre uczynki. A teraz są tu, a my wiemy jedynie, kiedy się urodzili i kiedy umarli, ale nie wiemy o niczym, co było pomiędzy. 

- Pomiędzy – powtarzam. 

- W tym miejscu jest tylko mięso. Niezłe. Spójrz tutaj na Harveya S. Webba. Zmarł w wieku czterdziestu jeden lat. 

Stoimy patrząc na Harveya S. Webba, urodzonego w 1898 roku i zmarłego w 1939. Jego nagrobek otacza zardzewiałe, metalowe ogrodzenie, wysokie na jakieś dwie stopy. Drzwiczki ogrodzenia są otwarte i skrzypią poruszane przez wiatr. To upiorny dźwięk, który przyprawia mnie o gęsią skórkę. 

Zapomniałam o wypatrywaniu dozorcy. Zapomniałam pomyśleć o mojej siostrze, która przyszła na świat dziewiętnaście lat temu, a zmarła w zeszłym roku. Mówię: 

- Zastanawiam się, jak umarł. 

- Dajmy mu historię. A potem uprzątnijmy jego grób i wszystkie te groby, których nikt nie odwiedza poza dzieciakami takimi jak my, które przychodzą tu na poszukiwanie ducha. 

Więc chodzimy od grobu do grobu, a Finch wypełnia puste miejsca pomiędzy. Każdej osobie podarowujemy historię – czasami zabawną, innym razem smutną, a potem klękamy i wyrywamy chwasty rosnące wokół grobów i staramy się ustawić do pionu te, które upadły. W pewnym momencie Finch znika, a kiedy wraca, ma ze sobą kwiaty. 

- Gdzie je znalazłeś? 

Uśmiecha się i strząsa włosy z oczu.

- Zwykle można znaleźć coś, czego się szuka, jeśli się wystarczająco mocno na tym skupi, Ultraviolet. Powiedzmy, że dostrzegłem je na polu, na którym zaparkowaliśmy samochód. 

Daje mi połowę bukietu i chodzimy po cmentarzu rozkładając kwiaty na grobach. Myślę, że to właśnie przez to odchodzimy stąd po czasie. 


Kiedy kończymy, niebo zaczyna przybierać barwę złota i różu. Schodząc po schodach, tym razem trzymamy się za rękę i znowu liczymy. Tak naprawdę nie wierzę w duchy, ale z jakiegoś powodu odczuwam ulgę, kiedy wychodzi mi ta sama liczba, co poprzednio. 

- Wyszło mi dokładnie sto stopni, za każdym razem – mówię i osłaniam oczy patrząc na niego.

Trudno cokolwiek wyczytać z jego twarzy. 

- Mnie też – mówi. – Sto stopni do góry i sto stopni w dół. 

Znowu odprowadza mnie do drzwi, znowu się do mnie uśmiecha i znowu mnie nie całuje. Stoimy na progu i gdyby nie była północ, zaprosiłabym go do środka, ale w domu jest ciemno i wiem, że moi rodzice są już w łóżku, nasłuchując, kiedy wejdę do środka. 

- Chciałabym móc zaprosić cię do środka. – Naprawdę tak myślę. 

- Ale jest późno. 

- Owszem. 

- Ultraviolet, mógłbym zostać z tobą całą noc. 

Żaden chłopak nigdy nie mówił mi takich rzeczy, tak samo jak żaden chłopak nie spędził ze mną popołudnia wymyślając historie na cmentarzu. Czuję jak moje uszy płoną. 

Mówi: 

- Jest tak wiele miejsc do zobaczenia. Nie wiem, jak zdołamy to wszystko zrobić. 

- Myślę, że po prostu zrobimy to najlepiej, jak tylko potrafimy. 

- Lubię cię, Ultraviolet. 

- Ja ciebie też lubię. 

- Ale nie w ten sam sposób, w jaki lubię Charliego Donahue albo Brendę czy moją siostrę, Kate. 

Śmieję się zbyt głośno jak na cichą noc. 

Mówi: 

- Lepiej już wejdź do środka, zanim wyjmę mapę i zaciągnę cię do Kokomo albo Fort Wayne. 

Zanim odchodzi, czeka aż wejdę bezpiecznie do środka. Opierając się o drzwi, zastanawiam się, co teraz? I czy właśnie tak wygląda zakochanie się? 

Słyszę, jak mama woła z góry: 

- Kochanie, czy to ty? 

- Tak, wróciłam. – Zamykam drzwi i wyglądam przez wizjer, tak na wszelki wypadek, ale jego już nie ma. 


FINCH 
20 września

Rzecz w tym, że wcale nie doszedłem do setki. Wchodząc do góry, naliczyłem dziewięćdziesiąt osiem stopni. Schodząc - dziewięćdziesiąt dziewięć. To nic nie znaczy i dobrze o tym wiem, ale mimo wszystko nie mogę otrząsnąć się z tego uczucia. 

W domu nikt na mnie nie czeka. W pokoju Dekki i mamy palą się światła, a spod drzwi Kate wydobywa się muzyka. Prawie pukam. Mógłbym wejść i opowiedzieć jej o moim dniu i mówiąc o tym, utrzymać go nieco dłużej przy życiu. Ale zamiast tego idę prosto do mojego pokoju i zmieniam ciuchy, chwytam gitarę i staram się coś zagrać, ale wkrótce rezygnuję i siadam przy komputerze, odchylam krzesło do tyłu – tylko tak jestem w stanie tworzyć. 

20 września. Metoda: żadna. Jak blisko byłem w skali od jeden do dziesięciu: zero. Fakty: w 2008 roku, podczas jazdy na roller coasterze w Six Flags Over Georgia, chłopak upuścił czapkę. Gdy przejażdżka się zakończyła, przeskoczył przez dwa płoty, aby ją zabrać. W tym czasie przejeżdżał kolejny roller coaster, który oderwał mu głowę. W takiej sytuacji mogę powiedzieć, że to zakrawa na ironię. Powiązane fakty: Euthanasia Coaster nie istnieje w rzeczywistości. Ale gdyby tak było, oferowałaby trzyminutową przejażdżkę, podczas której kolejka pokonywałaby wzniesienie o wysokości ponad pięciuset metrów, po czym następowałby gwałtowny zjazd i siedem pętli. Sam spadek i przejazd przez pętle miałby trwać sześćdziesiąt sekund, ale zabójcze dla organizmu byłyby przeciążenia rzędu 10 G wywołane prędkością około 320 kilometrów na godzinę przed pętlami. 

Przestaję pisać. 

Ciężko mi się skoncentrować, ponieważ czuję, że nie czuję mojej skóry – nie wiem jak to lepiej opisać. Drapię jedną rękę, potem drugą, rozciągam je nad głową, wstaję, ruszam się, znowu siadam.

Trochę piszę. 

Znowu przerywam. Drapię. Przeciągam. Wstaję. Ruszam. Siadam. 

Piszę. 

Przestaję. 

Schodzę na dół. 

Chwytam kluczyki. 

Nie zostawiam żadnej notki, bo nikt nie będzie za mną tęsknił. 

Dwie godziny później Mały Gnojek i ja jesteśmy z powrotem w Brazylii, znowu na cmentarzu Stu Stopni, po których wchodzę i schodzę, licząc je. Powietrze jest tak ciche, że zdaje się być równie martwe jak Harvey S. Webb. Kwiaty, które rozłożyliśmy z Violet na grobach, wciąż tu są. 

Jestem otoczony przez zbliżającą się, nieważką zagładę tych wszystkich martwych ludzi, którzy nie są teraz niczym więcej niż fragmentami kości zakopanymi głęboko pod ziemią. Wchodzę na górę, schodzę na dół, na górę i na dół, aż w końcu wychodzi mi ta sama liczba w dwóch kierunkach: sto. OK, mogłem oszukiwać, dlatego jeszcze raz wchodzę i schodzę. I tym razem, bez oszukiwania – nawet najmniejszego – dalej mam setkę. 

Julijonas Urbonas, człowiek, który wymyślił Euthanasia Coaster, utrzymywał, że została ona tak zaprojektowana by „humanitarnie – z elegancją i euforią – odbierać człowiekowi życie”. Te 10 G tworzy wystarczającą siłę odśrodkową oddziałowującą na ciało, by krew płynęła w dół, a nie do mózgu, co prowadzi do tak zwanego „niedotlenienia mózgu”, które prowadzi do śmierci. 

Stoję u podnóża tych zniszczonych i zarośniętych schodów, w czarną noc Indiany, pod sufitem gwiazd i myślę o wyrażeniu „elegancja i eufoira” i o tym, jak dokładnie opisuje ono to, co czuję do Violet. 

Po raz pierwszy nie chcę być nikim innym niż Theodorem Finchem, chłopcem, którego ona widzi. On rozumie, jak to jest być eleganckim i euforycznym oraz jak być setką innych osób, spośród których większość jest wadliwa i głupia, część to dupki, niektórzy to księciowie, inni są popieprzeni, szaleni, a jeden z nich to chłopak, który chce być nieskomplikowany dla innych, dlatego nie martwi ich i, przede wszystkim, jest nieskomplikowany dla samego siebie. On jest dokładnie tym, kim ja chcę być i tym, co chcę, by mówiło moje epitafium: chłopak kocha Violet Markey.




Copyright by Jennifer Niven. Wszystkie prawa zastrzeżone.
W tekście zostały wykorzystane fragmenty Wszystkich jasnych miejsc przełożonych przez Donatę Olejnik. Wszystkie jasne miejsca wydaje w Polsce wydawnictwo Bukowy Las.

Prosimy o nie kopiowanie i nie rozpowszechnianie tekstu. 
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz