"Wszystkie jasne miejsca" - Jennifer Niven

Może to i mylne wrażenie – podobne temu, kiedy kobieta jest w ciąży i nagle widzi wokół siebie same ciężarne - ale wydaje mi się, że żyjemy w małej epoce dżongrinizmu. Odkąd świat oszalał na punkcie twórczości Johna Greena, zdaje mi się, jakby wielu autorów pragnęło uszczknąć coś dla siebie z jego fejmu. Stąd też wiele dowcipnych książek traktujących o poważnych problemach ludzi w najtrudniejszym wieku. 

Jennifer Niven i jej Wszystkie jasne miejsca to kolejny punkt na tej mapie. To kolejna próba podejścia w dowcipny i rozczulający sposób do poważnego problemu. Jej książka stała się światowym bestsellerem służącym do walki z samobójstwem. Ale czy znajdziemy w niej coś więcej, aniżeli podniosły apel i prośbę o uwagę? 

Odważna opowieść o miłości, przeżywaniu życia i dwojgu młodych ludzi, którzy znajdują siebie nawzajem, gdy stoją na skraju przepaści.

Theodore jest zafascynowany śmiercią. Codziennie rozmyśla nad sposobami, w jakie mógłby pozbawić się życia, a jednocześnie nieustannie szuka – znajdując – czegoś, co pozwoliłoby mu pozostać na tym świecie. Violet żyje przyszłością i odlicza dni do zakończenia szkoły. Marzy o ucieczcie od małego miasteczka w Indianie i niemijającej rozpaczy po śmierci siostry.

Kiedy Finch i Violet spotykają się na szczycie szkolnej wieży – sześć pięter nad ziemią – nie do końca wiadomo, kto komu ratuje życie. A gdy ta zaskakująca para zaczyna pracować razem nad projektem geograficznym, by odkryć „cuda” Indiany, ruszają – jak to określa Finch – tam, gdzie poprowadzi ich droga: w miejsca maleńkie, dziwaczne, piękne, brzydkie i zaskakujące. Zupełnie jak życie.

Wkrótce tylko przy Violet Finch może być sobą – śmiałym, zabawnym chłopakiem, który, jak się okazuje, wcale nie jest takim wariatem, za jakiego go uważają. I tylko przy Finchu Violet zapomina o odliczaniu dni, a zaczyna je przeżywać. Jednak w miarę jak świat Violet się rozrasta, świat Fincha zaczyna się gwałtownie kurczyć.

W moim sercu już chyba na stałe zadomowiła się twórczość Johna Greena i Matthew Quicka. Ich książki są moimi jasnymi punktami, żeby nie powiedzieć jasnymi miejscami. Uwielbiam ich poczucie humoru, fantastycznie pokręcone kreacje bohaterów i rozważne podejście do ciężkich tematów. Zarówno Zielony, jak i Szybki, oczarowali mnie typem książek, po jakie nie zwykłem sięgać. Teraz do tej dwójki dołącza ta trzecia. Jennifer Niven. Teraz to już niemal Ich Troje. Takie z czasów reklamowania pewnej nieistniejącej już sieci komórkowej. Wiśniewski miał wtedy zielone włosy, a w naszym zestawieniu mamy pana Zielonego, więc wszystko pasuje. 

Dlaczego mówię o zespole? Ano, dlatego, że nie sposób jest wybierać między tymi książkami. Mimo, że każdy z naszych autorów pisze samodzielnie i pracuje na własne konto, ich twórczość trafia do jednego worka. Wybieranie najlepszej mija się z celem. To tak, jakby wybierać, który problem jest najważniejszy. Rak? Samotność? Desperacja? Samobójstwo? 

Niven nie odbiega od twórczości Greena i Quicka. Podąża tą samą ścieżką. Tworzy specyficznych bohaterów, obarcza problemami, o których zwykło się nie mówić i dodaje do tego sporą szczyptę humoru, żeby całość nie była zbyt cierpka czy gorzka. I znowuż okazuje się, że to przepis doskonały. Bo wszystko gra i trąbi. Między bohaterami jest chemia, a w ich środku znajdziemy coś więcej niż kilka zapisanych chaotycznie słów. Violet i Finch to doskonały duet, który w niczym nie ustępuje Hazel i Gusowi. 

Fabuła skupia się na samobójstwie i radzeniu sobie z lękami i swoją psychiką. Zdaje się, jakby ta powtarzalność schematów, o której mówiłem (fakt, że tego typu książki w niewielkim stopniu różnią się od siebie), miała w sobie moc wytłuszczania tego, co najważniejsze. W przypadku Wszystkich jasnych miejsc jest to rzeczone samobójstwo i fakt pozostawienia młodych, zagubionych ludzi samym sobie. Jennifer Niven podchodzi do tematu profesjonalnie i pomiędzy fantastycznymi tekstami, dużą dawką humoru i świetnymi postaciami, dzieli się swoją wiedzą i apeluje. Na podstawie tego, jak do jej książki podchodzi się za granicą, wiem już, że ten apel okazał się skuteczny. 

W zasadzie to, co mógłbym powiedzieć o tej świetnie napisanej i bardzo dobrze skomponowanej książce, byłoby jedynie powieleniem mojego zdania na temat takich książek jak Gwiazd naszych wina, Szukając Alaski, Prawie jak gwiazda rocka czy Wybacz mi, Leonardzie. Bazowanie na jednym przepisie czyni te książki bardzo podobnymi, a zarazem uniwersalnymi. Na razie ten model się sprawdza, choć mam obawy, że niebawem może przestać. Czytając Wszystkie jasne miejsca Jennifer Niven nie czułem już takiego powiewu świeżości jak przy książkach Greena. Nie zaskakiwały mnie też tak bardzo wybory postaci, jak w przypadku powieści Quicka. Wtórność ma swój ciężar, a choć bardzo podobały mi się Wszystkie jasne miejsca, nie poczułem już w sercu tego drgnięcia czy ukłucia niepokoju, które towarzyszyło mi podczas lektury wyżej wspomnianych twórców.

Wszystkie jasne miejsca to kawał dobrej książki, który – myślę – docenią fani twórczości Greena i Quicka, a który zjedzą ci, którzy – nie bez przyczyny – zarzucą tej książce powtarzalność. Książka Niven potrafi się jeszcze obronić, ale obawiam się, że kolejne powieści w tym modelu sprawią jedynie, że to jezioro wkrótce stanie się bagnem. Świeża woda i dopływy potrzebne na gwałt!

Obejrzyj też: 

Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz