"Korona w mroku" - Sarah J. Maas

Normalni ludzie zimą chorują na grypę, anginę czy choćby zwykłe przeziębienie, które zwłaszcza nas, mężczyzn, rozwala na łopatki bardziej, niż byłby to w stanie zrobić Dziki Gon w pełnym składzie… Tymczasem Czytacz zapadł na zupełnie inną, choć znaną już światu chorobę. To saradżejmasonizm. To niezwykle ciężka (zwłaszcza dla portfela i obowiązków domowych) choroba, na którą bardzo łatwo zapaść. Czytaczowi wystarczyło przeczytać Szklany tron, by zapaść na tę tajemniczą chorobę…

I nie ma przebacz. Obowiązki obowiązkami i terminy terminami, ale biedny chłopak nie potrafił się powstrzymać przed natychmiastowym sięgnięciem po ciąg dalszy tej historii… Bo właśnie tak działa saradżejmasonizm. Kiedy przeczytasz jedną książkę Sary J. Maas, chcesz więcej…

Po roku ciężkiej pracy w kopalni soli osiemnastoletnia Celaena Sardothien zdobywa pozycję królewskiej zabójczyni. Nie jest jednak lojalna względem tronu, choć ukrywa ten sekret nawet przed najbliższymi przyjaciółmi.

Nie jest jej łatwo utrzymać tę tajemnicę, zwłaszcza gdy król zleca jej zadanie, które może zniweczyć jej plany. Na domiar złego na horyzoncie majaczą groźne siły, które mogą zniszczyć cały świat i zmuszają Celaenę do dokonania wyboru. Względem kogo okaże się lojalna i dla kogo zechce walczyć?

Sarah J. Maas nie wymyśliła najbardziej oryginalnego fantastycznego świata, z jakim się zetknąłem. Nie stworzyła również najlepiej rozwiniętych bohaterów literackich, jakich poznałem. Niektórzy twierdzą, że główna bohaterka to typowa Mary Sue. Czym tu się zachwycać?

Wielokrotnie podkreślałem, że książki mają wiele wspólnego z jedzeniem. Weźmy na ruszt takiego kurczaka. Zwykłego, polskiego. Kurczak jak kurczak, a jednak w każdym domu smakuje inaczej. Bo najważniejsze są detale. Sposób przyrządzenia, przyprawy… To one sprawiają, że jeden kurczak będzie po prostu dobry, a inny przyniesie orgazm naszemu podniebieniu. I tak też jest z książkami. Za sukcesem bądź porażką książki zawsze stoi to samo. Trzydzieści dwie litery (w języku polskim). Autor ma do dyspozycji trzydzieści dwie litery i tylko od niego zależy, jak i w jakiej kolejności je wykorzysta. To w jego piórze jest moc. A Sarah J. Maas ponownie podkreśla, że doskonale panuje nad literami. Teoretycznie nie tworzy nic nowego. Ba, można powiedzieć, że bazuje na sprawdzonych wzorcach. Ale potrafi tak to wszystko ze sobą wymieszać, że nie sposób oderwać się od jej książek.

Korona w mroku tylko podkreśla to, co autorka zrobiła w Szklanym tronie. Ta książka to pięćsetstronicowy zbiór wszelkich atutów i walorów. To świetni bohaterowie, których decyzje mogą zaskoczyć i którzy do samego końca nie wyzbywają się swojego człowieczeństwa. To kapitalnie skonstruowany i szyty na miarę świat, który porywa feerią barw i różności. To świetna i plastyczna fabuła, która ściska za serducho i wiedzie nas na manowce zapewniając przy tym emocje, jak przy karkołomnej jeździe na rollercoasterze. To wreszcie powrót do znanych i kochanych baśni, które Maas przerabia na wersję odpowiednią dla naszych czasów. I to wreszcie język, którym Sarah uwodzi i oczarowuje tak, że czas zatrzymuje się w miejscu.

Korona w mroku to fantastyka, którą kocha się z łatwością. Obrazowa, nieskomplikowana pod kątem językowym i bardzo wciągająca. To drugi tom, który trzyma poziom pierwszego i nic nie wskazuje na to, by w kolejnych ten poziom miał spaść. Takie książki sprawiają, że czytanie kocha się z całego serca. I takie książki sprawiają, że Czytacz niczym ostatni lizus, nie potrafi znaleźć jednej rzeczy, do której mógłby się przyczepić. Koniec świata!

Obejrzyj też: 


Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz