"Dziewczyna z Dzielnicy Cudów" - Aneta Jadowska

Na temat Anety Jadowskiej słyszałem tyle dobrego, że mógłbym napisać o tym książkę. Pewnie, byłyby w niej i momenty dramatyczne, bo pomiędzy pozytywami dało się znaleźć i jakiś bardziej dosadny komentarz, ale jeszcze się nie urodził taki, który dałby radę dogodzić wszystkim. 

Fakt pozostaje faktem: skoro chwalą, trzeba to sprawdzić. 
Bo tak. I już. 

Są przyjazne i urocze miasta alternatywne. I jest Wars – szalony i brutalny – oraz Sawa – uzbrojona w kły i pazury. Pokochasz je i znienawidzisz, całkiem jak ich mieszkańcy.

Jak ona. Nikita. To tylko jedno z jej imion, jedna z jej tajemnic. Jako córka zabójczyni i szaleńca chce od życia jednego – nie pójść ścieżką żadnego z rodziców. Choć na to może być już za późno.

Z Dzielnicy Cudów – części miasta, która w wyniku magicznych perturbacji utknęła w latach 30. ubiegłego wieku – zostaje uprowadzona jedna z piosenkarek renomowanego klubu Pozytywka. Sprawą zajmuje się Nikita. Trop szybko zaprowadzi ją tam, gdzie nigdy nie chciałaby się znaleźć. Na szczęście jej pleców pilnuje Robin. Czy na pewno? Kim on właściwie jest?

Podobnie jak główna bohaterka tej historii, Dziewczyna z Dzielnicy Cudów była trudna. Nie było nam łatwo przekonać się do siebie, a choć książka nie stawiała szczególnego oporu, czytając początek czułem, jakbym wpadł do basenu wypełnionego smołą. Każdy fakt, każdy szczegół czy dodatkowy opis, sprawiały, że nie bardzo potrafiłem poruszać się w tym literackim świecie. Za dużo wszystkiego naraz. Czułem się przytłoczony. 

Główna bohaterka to połączenie badgirl z wrażliwą istotą, do tego obarczona ciężkim imieniem, które jawnie kojarzy się z nielubianym przeze mnie serialem i filmem z lat 90. Akurat jej imię w niczym mi nie przeszkadzało i stanowiło fajne połączenie z hitem tamtych lat. Generalnie, Nikita jest bardzo ciekawą postacią – ostrą, z pazurem, tajemniczą i działającą zgodnie z własnym kodeksem honorowym. Ma mocny kręgosłup i dźwiga na barkach fabułę, która zdawała mi się chwilami przyciężka…

Być może to stosunkowo niewielka ilość dialogów i natłok opisów czy refleksji, sprawiały, że tak ciężko było mi się wczuć w klimat tej książki. Z drugiej strony mocno rozbudowany świat i jego skomplikowane prawidła potęgowały uczucie klaustrofobii. Czytając Dziewczynę z Dzielnicy Cudów chwilami brakowało mi powietrza. Bywały momenty, kiedy akcja przyspieszała i byłem w stanie przelecieć kilkanaście stron z błogim uczuciem, jakiego doświadczyć może jedynie szczęśliwy czytacz, ale na ogół nie było tak kolorowo… 

Nie powiem: klimat ma ta książka przedni. Konstrukcja miasta, prawideł magii czy stworów wszelakich stoją na wysokim i satysfakcjonującym poziomie, ale za to finał bardzo mnie rozczarował. Wyczekiwałem go, licząc na mocny akcent na koniec, tymczasem wszystko rozeszło się po kościach. Finałowa akcja rozgrywa się w morderczym tempie, by koniec końców zaserwować nam rewelację, która średnio porusza serducho. Dowiadujemy się czegoś wow, ale to wow jest mało porywające. Zabrakło kotwicy, która zaczepiłaby się o serducho. 

Trudniej jest wskazać inne słabsze punkty tej książki. Językowo jest fajnie, fabularnie też nieźle, świat przedstawiony i bohaterowie – całkiem ok, choć w przypadku tych drugich bywało troszkę zbyt czarno-biało. Przyczepić się mogę głównie o dialogi, których jest najzwyczajniej w świecie za mało. I może jeszcze jedno porównanie, które bezwiednie przychodzi mi na myśl, a które stawia Dziewczynę z Dzielnicy Cudów w gorszym świetle: motyw pogromcy potworów, który likwiduje stwory na zlecenie, przy czym jest bardziej charakterystyczny i w jego historiach czuć cięty dowcip i charakterystyczny styl. Wiem, że podobieństwo do Wiedźmina jest znikome, ale tekst o wilkołakach, które miałyby – przytoczę z pamięci – gryźć, szarpać i gwałcić truchło jakoś tak mocno mi się skojarzył z białowłosym. 

Na koniec wypadałoby powiedzieć coś mądrego, a tu lipa. Pustka w głowie. Suma plusów i minusów równoważą się. Dziewczyna z Dzielnicy Cudów nie była ani wybitnie dobra, ani wybitnie zła. Typowo przeciętną też jej nie mogę nazwać, bo jednak były lepsze momenty. Ale gorsze też się znalazły. To się nazywa być rozdartym wewnętrznie…

W takim wypadku pozostaje zakończyć bez rozstrzygnięcia. To starcie dobra ze złem jeszcze nie zostało zakończone, choć z całą pewnością w najbliższym czasie nie sięgnę po drugi tom. Czas pokaże, czy sięgnę w ogóle. 
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz