"W sercu światła" - Amie Kaufman, Meagan Spooner

Czytacz zakończył rok pośród gwiazd, jako uczestnik międzygalaktycznego finału, którego fabuła do samego końca pozostawała dla niego pełną tajemnic mgławicą. 

Zakończenie zawsze jest pozbawione tego niezwykłego przywileju, którym cieszy się początek, czy nawet rozwinięcie: szansy na rozkręcenie się i na poprawę. Kurtyna opada i nic więcej nie widać. Ostatnia kropka determinuje wszystko. Może być błogosławieństwem, ale i przekleństwem. I nic nie jest pewne, zwłaszcza kiedy sięga się po taką trylogię jak Starbound, której poszczególne części tak bardzo się od siebie różnią… 

Czy W sercu światła pozostawi po sobie płomień tlący się w środku Czytacza? A może okaże się czarną dziurą, która pochłonie to, co było dotychczas i pozostawi po sobie przerażającą pustkę? 

Sofia wie, że w życiu może polegać tylko na sobie. Jej głównym celem stała się zemsta na korporacji LaRoux Industries, którą obwinia o śmierć ojca. Aby tego dokonać, nie cofnie się przed niczym. Gideon to błyskotliwy i niezwykle utalentowany haker. Sofia i Gideon nie ufają sobie nawzajem, ale wspólny cel zmusza ich do współpracy.

Losy tej dwójki splatają się z losami innych wrogów okrutnej korporacji. Lilac, Tarver, Jubilee oraz Flynn wciąż płacą wysoką cenę za wybory, których dokonali. Zanim na planecie Korynt dojdzie do finałowego starcia z wrogiem, sześcioro bohaterów będzie musiało rozprawić się z własną przeszłością.

Cokolwiek bym nie powiedział, zdaję sobie sprawę z tego, że druga część opisu będzie najlepszym wabikiem przyciągającym do ostatniego tomu trylogii. W trzeciej książce powracają bohaterowie znani z dwóch poprzednich książek, ale i poznajemy trzecią parę tej niezwykłej historii. Siłą rzeczy, nie da się uniknąć niezwykłych splotów zdarzeń, które sprawią, że ta układanka wreszcie stanie się kompletna.

Amie Kaufman i Meagan Spooner przyzwyczaiły mnie już do tego, że poruszając się po ciasnym poletku duetu kobieta-mężczyzna, za każdym razem tworzą zupełnie nowych bohaterów, których historie zachwycają. Nie inaczej jest W sercu światła, choć tu mamy niespodziankę w postaci Sofii, którą mogliśmy poznać już na kartach W spojrzeniu wroga. Ogólnie rzecz biorąc, ta rotacja postaci jest według mnie jednym z największych atutów Starbound. Pozwala spojrzeć na świat z wielu perspektyw i zrozumieć jak najwięcej z tego, co dzieje się na kartach powieści, a nawet i pojąć to, jak zbudowany jest jej świat. 

O ile w drugim tomie mieliśmy krótki, choć niezwykle pożądany, epizod z Tarverem i Lilac, o tyle trzeci możemy podzielić w zasadzie na dwie części. W pierwszej śledzimy bacznie losy Sofii i Gideona, dwojga ludzi ukrytych za maskami niezliczonych tajemnic, a w drugiej mamy już prawdziwy występ zespołowy: Lilac, Tarver, Jubilee i Flynt powracają, by razem doprowadzić nas do wielkiego końca. 

Pisząc o pierwszych tomach serii, zawsze zwracałem uwagę na względny minimalizm. Występowały w nich spektakularne sceny, ale nigdy widowisko nie przysłoniło istoty samej fabuły. W sercu światła przedstawia nam nieco inną historię, gdzie wybuchy i zagłada galaktyki stają się centrum wydarzeń i… mam wrażenie, że autorki troszkę w tym temacie popłynęły. 

Na kilka zaskakujących rozwiązań przypada tyleż samo rozwiązań sztampowych i hiperbolicznych. Gdzieniegdzie wyczuwałem na końcu języka przesadę, która była równie gorzka jak przesłodzone ciastko. Bywały momenty, kiedy tęskniłem za minimalizmem W ramionach gwiazd i W spojrzeniu wroga. Bo to, co znajdziemy w W sercu światła to prawdziwy kosmos. 

Rozumiem, finał rządzi się swoimi prawami, niemniej nie zawsze wymaga tak olbrzymiej dawki epickości. Tylko szczegóły broniły tę część przed przejściem na ciemną stronę mocy i zostanie czarną dziurą. Detale uratowały W sercu światła, którego druga połowa chwilami zbyt przypominała mi pierwszą filmową część Avengersów. Zresztą, w tej książce widać inspirację wieloma filmami czy książkami o podobnej tematyce, jak choćby Inwazją z Nicole Kidman czy też śladowe części Intruza Stephenie Meyer. Kaufman i Spooner wybrały często uczęszczaną ścieżkę i chwilami nie do końca potrafiły usiać ją oryginalnymi pomysłami i własnymi wizjami. 

Choć myśląc o W sercu światła odczuwam lekki zawód, muszę sam przed sobą przyznać, że nie wynika on z faktu, że książka jest zła czy przeciętna, lecz z moich wielkich oczekiwań względem niej. Pierwsze dwa tomy przekonały mnie, że mam do czynienia z czymś wyjątkowym, a trzeci to po prostu dobra książka. No, może trochę więcej niż dobra, choć szepty, które tak mnie oczarowały w poprzednich częściach, tutaj nieco mniej mnie zachwycały. Chcąc krótko opisać tę książkę, powiedziałbym o niej, że jest właśnie taka trochę mniej. Trochę mniej zaskoczeń, trochę mniej oryginalności, trochę mniej miejsca dla tego, co stanowiło serce trylogii. Choć wydarzenia z Dedala uważam za majstersztyk i najlepszą część W sercu światła. Trzymającą w napięciu, miażdżącą serce i wywołującą szok oraz niedowierzanie. Nie ma co ukrywać: dobra książka musi mieć świetne momenty. To odróżnia ją od książki przeciętnej. 

Swoją przygodę ze Starbound kończę z lekkim niedosytem, choć jestem wdzięczny, że pozostaliśmy po jasnej stronie mocy i świetna seria nie zakończyła się w spektakularnie klumpiasty sposób. A znam przynajmniej kilka znakomitych serii, które zostały brutalnie zabite, a wcześniej wielokrotnie zgwałcone, przez zakończenie… Na szczęście nie tym razem. 
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz