"Metro 2035" - Dmitry Glukhovsky

Wśród niezliczonej masy efekciarskich powieści postapokaliptycznych wyrosła przynajmniej jedna, która nie dorównuje swoim kompanom bogactwem efektów wizualnych czy epickością. Zamiast skupiać się na mutantach, czy nieustającej groźbie śmierci, w centrum stawia człowieka. I to on jest tu najważniejszy. Dmitry Glukhovsky wykreował niesamowitą wizję człowieka w obliczu życia po końcu świata. Metro 2033 było fantastycznym rozpoczęciem serii, a Metro 2034 nie poddało się syndromowi drugiego tomu. Nadszedł czas, by poznać zakończenie historii, która w minionym roku powaliła mnie na kolana. Czas na Metro 2035. 

Miejsce człowieka nie jest pod ziemią. Żyjecie w tunelach jak robaki! Tu nie ma dla nas jutra. Metro to cmentarz. Nie będziemy tu ludźmi. Nie stworzymy niczego nowego. Nie rozwiniemy się. Chorujemy tu. Wyradzamy się. Nie ma powietrza. Nie ma miejsca. Jest ciasno.

Trzecia wojna światowa starła ludzkość z powierzchni Ziemi. Planeta opustoszała. Całe miasta obróciły się w proch i pył. Przestał istnieć transport, zamarła komunikacja. Radio milczy na wszystkich częstotliwościach. W Moskwie przeżyli tylko ci, którzy przy wtórze syren alarmowych zdążyli dobiec do bram metra. Tam, na głębokości dziesiątek metrów, na stacjach i w tunelach, ludzie próbują przeczekać koniec cywilizacji. W miejsce utraconego ogromnego świata stworzyli swój własny ułomny światek. Czepiają się życia i ani myślą się poddać. Pewnie marzą o powrocie na powierzchnię – kiedyś, kiedy obniży się poziom radiacji. I nie tracą nadziei na odnalezienie innych ocalałych…

Metro 2035 kontynuuje historię Artema z pierwszego tomu kultowej serii. Na tę książkę miliony czekały przez całe dziesięć lat, a prawa do tłumaczenia wydawnictwa wykupiły na długo przed jej ukończeniem. Metro 2035 jest przy tym książką niezależną i również od niej można zacząć przygodę z cyklem Glukhovsky’ego, który podbił serca czytelników w Rosji i na całym świecie.

Po pierwsze: wraca Artem. Bohater znany z pierwszego tomu, co samo w sobie jest już wielką obietnicą znakomitego finału. Choć nie czarujmy się – niezależnie od tego, kogo Glukhovsky postanowiłby obsadzić w roli naszego ostatniego kompana, książka i tak byłaby w stanie się obronić. A to z prostego powodu: Glukhovsky jest niekwestionowanym numerem jeden, jeśli chodzi o kreowanie bohaterów, zaglądanie im do głów oraz wciskanie słów w usta. Jego książki tworzą opowieści. Nie historie snute przez narratora, lecz opowieści przekazywane przez ludzi, którzy przewijają się przez ich karty. 

Powrót Artema przyjąłem z wielką radością, ponieważ bardzo mnie ciekawiły jego dalsze losy w świetle tego, co wydarzyło się w finale Metra 2033. Artem jako jedyny doświaczył czegoś wyjątkowego i tylko on sam mógł o tym opowiedzieć. 

Tyle w kwestii oczekiwań i życzeń. 
Pora na fakty. Artem z pierwszego tomu nie może się równać z Artemem z tomu trzeciego. Artemem dojrzałym, doświadczonym i przytłoczonym życiem. U Glukhovsky’ego piękne jest to, że nie sposób u niego znaleźć postać, którą można by skatalogować jako jednoznacznie dobrą lub złą. W Metrze istnieje tylko szarość i różne jej odcienie. Tak jak i w życiu. Czy Glukhovsky’ego można określić mianem zręcznego kreatora bohaterów książkowych? Nie. To byłoby duże niedopowiedzenie w świetle tego, co Glukhovsky naprawdę robi. On nie tworzy postaci literackich, lecz ludzi. 

Jak zapowiadał autor, w tej książce nie spotkamy żadnych mutantów czy innych nadprzyrodzonych zjawisk. Spotkamy jedynie ludzi i ich historie, sekrety, wiarę – prawdziwe ludzkie oblicze. 

Obiecał i słowa dotrzymał. To na pewno najdojrzalsza z książek rosyjskiego pisarza. I jego wirtuozerski popis. Widać, że Glukhovsky interesuje się ludźmi – bez tego, nie mogłaby powstać taka książka jak Metro 2035, w której najlepszym i zarazem najstraszniejszym, co może spotkać człowieka jest drugi człowiek. Co ważne: nie znajdziemy tu ocen, a racje każdej ze stron niejednokrotnie zmuszą do zastanowienia się, jak sami postąpilibyśmy w danej sytuacji. 

Wraz z bohaterami ewoluował też styl Glukhovsky’ego – choć trudno to sobie wyobrazić, autor zdołał zawrzeć w słowach jeszcze więcej emocji, barw i refleksji. Stronice aż trzęsą się od szczegółowości obrazów, które zostały w nich zaklęte za pomocą druku. 

Ale najważniejsza jest fabuła. I finał. Dokończenie wszelkich spraw. 

Zachwycili mnie bohaterowie tej serii. Zachwycili ludzie. Zachwyciły ich historie. I prawda. Prawda w olbrzymiej dawce, nieustannie demaskująca człowieka. Fabuła była sprawą drugorzędną. Ciężar spoczywał na człowieku, który niósł go ze swobodą. I wreszcie dochodzimy do finału. Finał niesie ze sobą szok, niedowierzanie, gorycz i wreszcie zrozumienie. Glukhovsky naprawdę rozgryzł ludzi. Zajrzał głębiej, niż inni. I choć wolę mówić o ludziach w trzeciej osobie, z trudem muszę się przyznać przed samym sobą, że tak naprawdę chodzi o nas wszystkich. Glukhovsky nas przejrzał. A finał Metra 2035 potwierdza to w stu procentach. 

Bardzo mnie raduje fakt, że książki Dmitrija Glukhovsky’ego wreszcie dotarły za ocean i pojawiły się w języku angielskim. Liczę na to, że to będzie dla nich szansa, by wyrwały się na wolność i siały szok w szerokim świecie. Z drugiej strony czuję gorycz na myśl o tym, że gdyby Metro było amerykańskim tworem, dziś nie byłoby pewnie człowieka na świecie, które by o nim nie usłyszał. O ile Amerykanie zdecydowaliby się na wydanie tak trudnej i bezprecedensowej książki odzierającej człowieczeństwo ze wszystkich sztucznych ozdób. 

Mając za sobą fenomenalny finał jednej z najlepszych serii, jakie kiedykolwiek czytałem, z nadzieją spoglądam w przyszłość, bo oto przede mną jeszcze jedna powieść tego niewiarygodnego autora – FUTU.RE. 


Obejrzyj też: 
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz