"Tajemne miasto" - C.J. Daugherty, Carina Rozenfeld

Czytacz przeczytał w tym roku prawie 120 książek. I nie prawi o tym Czytacz po to, by się pochwalić – co to, to nie! Przytoczenie tego faktu służyć ma zgoła innemu celowi. Tak na chłopsko-czytaczowy rozum: trudno zapamiętać wszystkie książki, które się przeczytało, kiedy jest ich tak wiele. I nie przeczę: o sporej większości zapominam, zwłaszcza kiedy trafię na coś lepszego. 

Przeczytawszy Tajemny ogień sprawdziłem najpierw, czy tyłek jest na swoim miejscu. Był. Znaczy, że go nie urwało. Wszystkie pozostałe członki też były na swoich miejscach. Serce też nie wyskoczyło z piersi, zalewania się łzami nie stwierdzono, a tętno pozostało w normie. Mówiąc krótko: pierwsza książka duetu Daugherty-Rozenfeld nie powaliła mnie na kolana. Powiem więcej: uznałem ją za stosunkowo przeciętną lekturę, z cieniem szansy na poprawę w kolejnym tomie. 

I wszystko wróciło do normy. Od czasu Tajemnego ognia przeczytałem jakieś 115 książek, spośród których kilkanaście odnalazło kwiecistą drogę do mojego serducha. Wiele dużo lepszych książek, dodam bez skruchy. 

Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie ten cholerny Sacha. Odkąd przeczytałem Tajemny ogień nie mogę się go pozbyć z mojej głowy, a tekst wypowiadany przed skokiem z kilkupiętrowego budynku o możliwości potencjalnego ucierpienia na skutek upadku z tejże wysokości, wyrył się grubymi, kosmatymi literami pod moją kopułą. 

Tajemny ogień podstępem i bez mojej zgody, zadomowił się w mojej podświadomości i uruchomił tryb: pragnę, pragnę, pragnę, gdy tylko dotarła do mnie informacja o wydaniu drugiego tomu. 

Niezbadane są głębie umysłu Czytacza…

Taylor i Sacha ukrywają się w oksfordzkim Kolegium Świętego Wilfreda. Tu, pod opieką alchemików, są bezpieczni – przynajmniej na razie. Taylor trenuje, by móc stawić czoła siłom mroku, a Sacha w starych księgach szuka wskazówek na temat swojego losu.

Czas płynie nieubłaganie. Ciemne moce przybierają na sile i zaczynają zagrażać całemu światu. Za siedem dni chłopak skończy osiemnaście lat, a wtedy pradawna klątwa, która do tej pory go chroniła, ma sprawić, że Sacha zginie. Jest tylko jeden sposób, aby to powstrzymać. Bohaterowie muszą dotrzeć do miejsca, gdzie ród L’hiverów został przeklęty, i zmierzyć się z demonami.

Taylor i Sacha wyruszają w niebezpieczną podróż. Stawką jest życie tych, których najbardziej kochają.

Strasznie nie lubię, kiedy coś przychodzi bohaterom zbyt łatwo. To też była w moim mniemaniu największa wada Tajemnego ognia. Kiedy przyszło, co do czego, bohaterowie okazali się super-hiper-dupermanem i nie spociwszy się nawet, posłali siły zła do piachu. Sięgając po Tajemne miasto towarzyszyła mi obawa, że tego typu zagrywki będą się powtarzały. Miłe było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że wcale tak łatwo nie będzie.

Drugi tom znacznie różni się od pierwszego. Tam mieliśmy przede wszystkim tajemnicę i listę niewiadomych. Pierwsza połowa książki była niesamowita, a druga przypominała troszkę przedziurawiony balonik. Tutaj mamy zupełnie inne realia i inny cel podróży naszych bohaterów. Pojawia się znany i wyeksploatowany już chyba na wszystkie sposoby, wątek wyścigu z czasem oraz walki dobra ze złem. Wreszcie widzimy też prawdziwe oblicze zła. 

Fabuła jest dynamiczna i rozwija się w szaleńczym tempie – sporo się dzieje i w zasadzie ciągle coś się dzieje. Z czego większość rzeczy wydarza się nagle. Jedyne, czego mi tu brakuje, to lekkiego nawinięcia tej fabuły i poskręcania jej. Być może wynika to z faktu pisania w duecie, niemniej momentami odbieram sam pomysł na książkę jako bardzo prosty i nieskomplikowany. Na suspens nie ma co liczyć, ale za to są efekty w 3D. 

Daugherty i Rozenfeld brną z fabułą do końca, czym bardzo zaskakują, ponieważ spodziewałem się ujrzeć na końcu Tajemnego miasta zgrabny cliffhanger i zapowiedź trzeciego tomu, a dostałem… KONIEC. Wielce mnie zaskoczył fakt, że ta seria to w istocie dylogia. Ale było to zaskoczenie na plus. Bynajmniej, nie dlatego, że mam już dość tych książek i cieszę się, że więcej ich nie będzie, lecz dlatego, że nie potrzeba więcej tomów do opowiedzenia tej historii. Drugi odpowiada na wszystkie pytania i prowadzi do widowiskowego finału. 

OK, ubolewam nad Sachą w Tajemnym mieście. Nadal pozostaje tym, który może ucierpieć, choć dramatyczne okoliczności wyciskają z niego poczucie humoru i cynizm, za które polubiłem go w książce nr 1. Z drugiej strony świadczyłoby to o skrajnej niekompetencji autorek, gdyby w obliczu takich dramatów, które tu się rozgrywają, pozostawiły bohaterów niezmienionymi. 

Myślę, że fani Tajemnego ognia będą zadowoleni. Nawet ci, którzy podobnie jak ja, nie radowali się łatwym zwycięstwem Sachy i Taylor w pierwszej książce. Tajemne miasto naprawia błędy swojego poprzednika, a przy tym pozostaje bardzo luźną lekturą, która przede wszystkim ma być rozrywkowa i dobra na czytanie przed snem. Nie ma ryzyka, że mózg eksploduje od nadmiaru zawirowań fabularnych, ale za to jest obietnica niezłego kina akcji spisanego prostym i przystępnym językiem. Może i czasami za prostym, ale nie będę się tego czepiać. Najważniejsze jest to, że trudno było mi się oderwać od Tajemnego miasta, a zakończenie pobudziło serce do szybszej pracy. Choć nadal pozostaję w przekonaniu, że pisana przez jedną autorkę, ta dylogia miałaby szansę na dodatkową głębię, której chwilami mi brakowało. Grunt, że nie ma wstydu! 
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz