"Podwieczność" - Brodi Ashton

Miłość nigdy nie była prosta. Z natury jest pełna zawirowań, komplikacji i nieoczekiwanych zwrotów. Wszystko dlatego, bo - jak to mawiał klasyk: miłość burzliwa jest. Jakby tego było mało, wielu autorów książek jeszcze bardziej ją komplikuje, a to czyniąc jednego z kochanków wampirem, a to aniołem. Nie brakuje też i takich, którzy dorzucają do miłości wątki boskie czy mitologiczne. I właśnie z czymś takim mamy do czynienia w Podwieczności Brodi Ashton. 

Zeszłej wiosny Nikki Beckett zniknęła w podziemiu zwanym Podwiecznością.

Teraz wróciła do swojego dawnego życia, do rodziny i chłopaka. Ma tylko sześć miesięcy na to, by pożegnać się, nim Podwieczność upomni się o nią – tym razem już na zawsze.

Sześć miesięcy na to, aby znaleźć odkupienie, jeśli ono w ogóle istnieje.

Nikki pragnie spędzić te cenne miesiące, zapominając o podziemiu, a jednocześnie próbuje ponownie zbliżyć się do swojego chłopaka, Jacka, którego kocha najbardziej na świecie. Istnieje tylko jeden problem: Cole, który śledzi Nikki z Podwieczności aż na Powierzchnię. Cole chce przejąć tron w podziemiach i jest przekonany, że to Nikki jest kluczem do jego sukcesu. I zrobi wszystko, aby ją ściągnąć do podziemi, jako swoją królową.

Czas Nikki na powierzchni zbliża się ku końcowi, a jej sytuacja wymyka się spod kontroli. Dziewczyna pragnie znaleźć sposób na oszukanie losu i uniknięcie powrotu do Podwieczności, gdzie czeka ją nieśmiertelność u boku Cole’a…

Klasyczna sytuacja: miłość i zdrada, a w konsekwencji krwawiące serce. W normalnym świecie ludzie różnie sobie radzą ze zdradą. Niektórzy sobie nie radzą. Natomiast w fikcyjnym świecie Brodi Ashton zraniona dziewczyna oddała swoje życie mitologicznym siłom, których potęga przewyższa wszystko to, co znamy.

Mocną podstawą Podwieczności jest mit o Orfeuszu i Eurydyce. Autorka wyraźnie nawiązuje do tej historii i tworzy swoją własną jej wersję. A jest to wersja współczesna i równie przejmująca jak oryginał. I równie romantyczna. 

Bardzo lubię, kiedy książka rozpoczyna się od solidnego tupnięcia. Ileż można czytać to powszechne pitu-pitu na początek? Podwieczność serwuje solidny i mocny początek, obietnicę wspaniałej przygody, a potem… zwalnia do tempa rozklekotanego trabanta, w którym koła ledwie się obracają i grożą odpadnięciem. 

Teraz padną odkrywcze słowa – warto je sobie zapisać i zapamiętać, bo nie wiem, kiedy jeszcze natkniecie się na tak wnikliwe i mądre spostrzeżenie: zwykle fabuła książki przebiega od punktu A do punktu B i tak dalej. A na końcu krótszej lub dłuższej wędrówki znajduje się finał. Akcja powoli się rozpędza – jak ta lokomotywa. Mówiłem, że to będzie odkrywcze sformułowanie… 

W Podwieczności jest trochę inaczej. W zasadzie do naszego upragnionego finału prowadzą dwie ścieżki. Ścieżka teraźniejszości i przeszłości. Przeplatające się ze sobą. Kiedy robisz krok na jednej ścieżce, miast siłą rozpędu zrobić kolejny, wracasz na drugą ścieżkę i tam również robisz ten jeden, maleńki krok. Do czego zmierzam? Do dłużyzny. Jakkolwiek cała historia jest ciekawa i zajmująca, droga do finału bywa momentami drogą przez mękę. Dynamika kuleje. Przeskakiwanie pomiędzy jedną, a drugą ścieżką, nieustannie i niestrudzenie hamuje akcję. Troszkę ta książka przypomina polską kolej regionalną – zanim pociąg dobrze się rozpędzi, hamuje i zatrzymuje się na kolejnym przystanku. I tak czas podróży się wydłuża… 

Bohaterowie starają się pomóc, ale też brakuje im tego i owego. Po Nikki, która spędziła trochę czasu w podziemiu, w krainie na granicy życia i śmierci, spodziewałbym się nieco głębszych refleksji i przemyśleń oraz bardziej dojrzałego spojrzenia na świat. A od reszty postaci wymagałbym nieco bardziej skomplikowanych osobowości. Mimo wszystko chwilami razi w ich charakterystykach płycizna… 

Odarłszy Podwieczność z ciekawego odniesienia do popularnego mitu i bardzo fajnego pomysłu na wykorzystanie samej mitologii w książce, widzę tu prostą i przydługą historię nieszczęśliwej miłości, która mogłaby być szczęśliwa, ale nie jest, bo jakby była, to nie byłoby sensu pisać książki o nieszczęśliwej miłości, albowiem nieszczęśliwa miłość nie istnieje, gdy staje się szczęśliwą. To tak w skrócie. 

Balansując na granicy przeciętności poszukiwałem serca książki Ashton (to poszukiwanie i świadomość tego, wywołała szczery uśmiech na mojej twarzy, kiedy dotarłem do finału Podwieczności – przeczytajcie książkę, a zrozumiecie, co mam na myśli) i z wolna przemierzałem kolejne stronice, niczym wytrawny, acz znudzony tancerz: krok w przód, krok w tył, krok w przód, krok w tył… 

I tak dotarłem do ostatnich stu stron, które okazały się być moją ambrozją, wodą dla spragnionego wędrowca. Bo czego jak czego, ale dobrego finału Podwieczności nie można odmówić. Kiedy wreszcie te wszystkie kroki doprowadziły mnie do końca i zaserwowały autorski popis Ashton, pomyślałem, że to świetna książka… by była, gdyby powywalać to i owo z pierwszych dwustu stron. Koniec końców, przeciętność została przekuta w dobrą powieść i zawodu nie ma. Może lekki żal, ale zawodu brak. 

Nie wiem, ile w tym zasługa Ashton, a ile mitologii, która – jeśli jest dobrze wykorzystana – potrafi być paliwem rakietowym dla fabuły, niemniej Podwieczność nie okazała się tak płytkim romansem, jak się tego obawiałem po pierwszych dziesiątkach stronic, lecz fajną romantyczną przygodą z tajemnicą w tle. No i plus za dobry styl pisania – spodziewam się, że to on pomógł mi dotrwać do tych najlepszych scen. 

Krótkim, acz trafnym podsumowaniem Podwieczności będą słowa znanego przysłowia: lepiej późno, niż wcale. 

Recenzja w filmie:
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

1 komentarze:

  1. Brałam udział w booktour związanym z tą książką i po prostu zmuszałam się do jej czytania. Miałam ochotę ją spalić, zakopać i płakać nad faktem, że przez nią ucierpiały drzewa. Bohaterowie płaszczki i nudy jak cholera. Faktycznie końcówka jeszcze coś ratuje, ale gdyby nie booktour to bym nawet tam nie dotrwała. Nadal jedna z najgorszych książek jakie czytałam w życiu (pewnie będzie najgorszą 2017), a lubię powieści bazujące na mitologii...

    OdpowiedzUsuń