"Nieuniknione" - Amy A. Bartol

Nadnaturalne moce, niezwykłe umiejętności, tajemnice, wyjątkowa długowieczność i miłość silniejsza niż śmierć… Cóż tu dużo mówić: skojarzenia ze Zmierzchem są w przypadku książki Amy A. Bartol nieuniknione. 

Evie Claremont zostawia za sobą dawne koszmary i pełna nadziei zaczyna I rok studiów. Jednak kiedy spotyka Reeda Wellingtona, chłopaka o niezwykle magnetycznej osobowości, jej życie zmienia się nie do poznania. Evie zaczyna zauważać u siebie dziwne objawy: jej rany goją się bardzo szybko. Dowiaduje się, że Reed jest Aniołem Mocy, a ona jest połączeniem człowieka (po matce) i anioła (po nieznanym ojcu) – a więc jedynym chyba na Ziemi aniołem obdarzonym ludzką duszą. Między nią a Reedem rodzi się ogromna – choć na razie całkowicie platoniczna – namiętność i wzajemna fascynacja. Okazuje się, że ich nadnaturalne przeznaczenie to coś absolutnie... nieuniknionego.

Świat dzieli się na dwie grupy ludzi: kochających serię Stephenie Meyer lub szydzących z niej. Bywa, że ktoś (jak np. Czytacz) zarówno lubi, jak i naśmiewa się z tej serii. Bo grunt to podejście na luzie. Ale cokolwiek by nie mówić, jedno Zmierzchowi trzeba przyznać: okazał się prawdziwym i nieprzewidzianym fenomenem, który nie tylko wskrzesił gatunek, ale i otworzył drogę erotykom w stylu Pięćdziesięciu twarzy Greya. 

Bez cienia wątpliwości mogę powiedzieć, że Nieuniknione jest spóźnionym dzieckiem Zmierzchu. Nie sposób nie dostrzec w fabule Bartol licznych inspiracji książkami Meyer. Mamy człowieka, nadczłowieka i tego trzeciego do trójkąta miłosnego. Mamy mroczne siły, wielkie tajemnice i miłość, która przewyższy wszystko. Można pokusić się o stwierdzenie, że to Zmierzch wersja 2.0, ale Nieuniknione ma w sobie coś, czego popularniejsza seria nie miała: kapitalne poczucie humoru i masę ciekawostek rozsianych na stronicach tego miłosno-anielskiego dramatu. 

Przyznam to wprost: nie porwała mnie ani historia, ani bohaterowie, lecz genialne poczucie humoru i świetne dialogi. O ile przy Zmierzchu zawsze miałem wrażenie, że wszyscy bohaterowie (poza Charliem) mają przez cały czas kija w tyłku, o tyle w Nieuniknionych ta cała pompatyczność i apoteoza niezniszczalnej miłości jest przełamywana nutą rozbrajających kwestii rzucanych przez naszych bohaterów. W dialogach mamy sprzeczki, czubienie się, dogryzanie czy wręcz chamstwo i ironię. Do tego autorka dorzuca tu i ówdzie jakąś ciekawostkę z otaczającego nas świata, jak np. wspomina ciekawe dzieła sztuki, których w szkole raczej nie poznajemy czy… tłumaczy znaczenie znanego w niektórych kręgach słowa: MILF (cholera, czemu zawsze sądziłem, że to słowo pochodzi od milk!?). Takich ciekawostek jest tu więcej i trzeba mi przyznać, że niejednokrotnie przerywałem lekturę, by wygooglować potwierdzenie słów, które padają w książce. Obok rzeczonych dialogów – lekkich jak piórko (do czasu, gdy padają górnolotne wyznania miłosne), to największa zaleta tej powieści. 

Nieuniknione jest napisane stylem, jakiego byśmy mogli oczekiwać po książce tego typu: prostym, nieskomplikowanym, ale też nie nazbyt uproszczonym. Ogólnie czyta się to porównywalnie do Zmierzchu, czyli całkiem dobrze. 

Wśród bohaterów mamy mniejszą różnorodność, ponieważ wielu z nich zdaje się wyciętych ze Zmierzchu i poddanych zmianie osobowości. A konkretnie: wyrwano im kły, a doprawiono skrzydła. Tak czy inaczej: role Belli, Edwarda i Jacoba są obstawione, choć – chwała za to autorce – nieuniknione wersje tych bohaterów są dużo mniej irytujące od zmierzchowych – dopatruję się w tym zasługi wypełnionych humorem i naturalnością dialogów. 

Stawiając na szali plusy i minusy pierwszego tomu trylogii Uczucia, z uśmiechem przyznaję, że tych pierwszych jest więcej. Oczywiście, podobnie jak Zmierzch, można wyśmiać tę książkę na dziesięć milionów sposobów: wyidealizowana do obrzygania miłość i infantylni bohaterowie są dobrą ku temu podstawą, niemniej miałem frajdę z lektury. Większą, niż mógłbym się tego spodziewać. Parskanie śmiechem w trakcie czytania jest tego idealnym potwierdzeniem, a choć zarzekałem się, że już nigdy, ale to nigdy, przenigdy, nie przeczytam nic zmierzchopodobnego, nie potrafię żałować przeczytania Nieuniknionego – zbyt dużo radochy dała mi ta prosta i nieskomplikowana powieść. A czasami warto się rozerwać. 

Fani Zmierzchu powinni być zadowoleni. 
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz