"Załącznik" - Rainbow Rowell

Słonko świeci, ptaszki śpiewają, motyle fruwają, trzmiele bzyczą – idealny to czas na czytanie romansów. 

W przeciwieństwie do tego przeklętego zimna, które bezczelnie panoszy się teraz za oknem wraz z pluchą i innym przeklętymi znamionami przeklętej jesieni. Z racji na wątki survivalowe bardziej adekwantna dla jesieni jest literatura postapokaliptyczna i wszelkie książki traktujące o przeżyciu po końcu świata. To idealnie wpisuje się w jesienny klimat. 

Druga sprawa – może to serce Czytacza skamieniało, a może to przez wzgląd na to, że jego własna, prywatna i oryginalna historia miłosna bije inne na głowę, sprawia że tak trudno mu w ostatnich czasach znaleźć odpowiednią lekturę romantyczną, która generowałaby ciepło w sercu, a nie mdłości z powodu przefantazjowania. 

Wybaczcie, za starym Czytacz jest misiem, by wierzyć w to, że można dostać orgazmu od samego spojrzenia! 

Stąd też krystalizująca się niechęć do lwiej części gatunku, którego rajskość doprowadza mnie do szału. 

Ale co zrobić, gdy los jest nieubłagany i pcha w kierunku nietuzinkowych historii miłosnych? Trzeba próbować. I szukać. I szukać. I kopać. 

W takiej sytuacji z pomocą przychodzi Rainbow Rowell, która zdaje się mieć pojęcie o tym, że w historii miłosnej jest jedna rzecz ważniejsza od samej miłości – życie. Sięgając po świeżo wydany w Polsce Załącznik jej autorstwa, właśnie na życie miałem największy apetyt. A coś w czytaczowym umyśle podpowiadało mi nieśmiało, że po szeregu porażek w poszukiwaniach, to właśnie w tej książce odnajdę Świętego Graala…

Lincoln O’Neill nie może uwierzyć, że jego praca polega na czytaniu cudzych e-maili. Zgłaszając się na stanowisko „administratora bezpieczeństwa danych”, wyobrażał sobie, że będzie budował systemy zabezpieczeń i odpierał ataki hackerów – a nie pisał raport za każdym razem, gdy dziennikarz działu sportowego prześle koledze sprośny dowcip.

Natrafiwszy na e-maile Beth i Jennifer, wie, że powinien wysłać im upomnienie. Ale ich pokręcona korespondencja na temat spraw osobistych bawi go i wciąga.

Kiedy sobie uświadamia, że zakochał się w Beth, jest już za późno, żeby tak po prostu nawiązać z nią znajomość.

Co miałby jej powiedzieć...?
„To ja jestem tym facetem, który czyta twoje e-maile… i kocham cię?”

Nie ufam swoim przeczuciom dotyczącym romansów, dlatego – choć prawie nigdy tego nie robię – przeczytałem blurb Załącznika, nim zdecydowałem się sięgnąć po samą książkę. I nie kierowałem się tu przypadkowym wyborem na chybił-trafił, lecz nazwiskiem, które niegdyś dostarczyło mi godzin przedniej rozrywki – Rainbow Rowell. 

Niewątpliwie na uznanie zasługuje tło akcji i niecodzienne położenie bohaterów, których przez ponad czterysta stron będzie do siebie ciągnęło. On sprawdza maile pracowników firmy w poszukiwaniu treści, które nie powinny się w nich znaleźć. Ona koresponduje ze swoją przyjaciółką na temat wszystkiego, tylko nie pracy. To tworzy podstawę naszego trójkąta, gdzie dwoje rozmawia, a trzeci podsłuchuje – trzeba przyznać, że to dość oryginalny wątek. Choć nie – może nie oryginalny, bo czytanie cudzej korespondencji jest znane odkąd w ogóle powstało coś takiego, jak korespondencja, niemniej Rainbow Rowell przedstawia to w nieco innym świetle. Wystarczy zmienić motywację bohatera, który czyta tę cudzą korespondencję, by móc zbudować nie zamek z piasku, lecz prawdziwy pałac z kamienia i marmuru, który udźwignie powieść. 

Szczęściem Załącznika jest, że nie tylko osobliwe realia stanowią jego mocny punkt. Wiadomo – nawet najlepszy pałac stanie się ruiną, jeśli ktoś o niego nie zadba. W przypadku książki są to jej bohaterowie. I z ulgą na sercu muszę przyznać, że bohaterowie Rowell potrafią utrzymać pałac nie tylko w porządku, ale i doprowadzić go do świetności oraz urządzić w nim bal. Zarówno Lincoln, jak i Beth czy Jennifer to bez reszty bohaterowie, którzy mogliby żyć naprawdę. Ich osobowości nie stanowią puste frazesy i dążenie do miłości, jako czegoś, co wyczaruje im nowy, lepszy świat, w którym nic więcej nie potrzeba. Każde z nich ma swoje życie i swoje problemy – ba, bywa nawet, że te problemy każą im zapomnieć o miłości! W tym rodzi się naturalność i subtelność. Jak wielu autorów romansów zapomina o tym, że ich bohaterowie mają też inne potrzeby! Na szczęście nie Rowell. Ona nie zapomina. Pamięta o tym na każdej stronie. 

I to jest pewnie ten moment, w którym recenzja staje się peanem, niemniej dodając do świetnych okoliczności i fantastycznych bohaterów humor szyty na miarę, mam wrażenie, że można się wręcz rozpłynąć z zachwytu nad Załącznikiem. To nie jest jedna z tych głupkowatych komedii romantycznych pełnej wpadek, wypadków czy innych nadużywanych w gatunku bezeceństw. Odbieram tę książkę jako romans z wątkiem komediowym, lecz jest on tu bardzo inteligentnym dodatkiem, dawkowanym stopniowo i w odpowiedniej dawce. 

Ha, i nawet zakończenie nie jest przesłodzone! 
Dobra – jest słodko, ale gruntem nie jest tona cukru! 

Rozważam, jak tu w podsumowaniu wyrazić moje czytaczowe ukontentowanie z lektury – kolejne słowa pochwalne zapewne stanowiłyby niepotrzebną apoteozę, dlatego powiem krótko: na dniach biorę się za kolejną książkę Rainbow Rowell. Czy muszę dodawać coś jeszcze? 


Recenzja powstała we współpracy z: 


Obejrzyj też: 

Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz