"Silver. Druga księga snów" - Kerstin Gier

To podejrzane. Znacie pewno ten przesąd, że uroda nie idzie w parze z charakterem i że piękna buzia ma maskować paskudną osobowość. Krzywdzące to i niesprawiedliwe – wszak ja jestem urodziwy zewnętrznie i pod kątem charakteru też mi niczego nie brakuje. Do tego jestem skromny. Ale nie o mnie będzie ta rozprawa. Co to, to nie! 

Skoro od piękna zacząłem, wypada rozwinąć myśl: toć nie wypada książce mieć tak pięknej okładki jak Silver. Druga księga snów Kerstin Gier. To się przecież nie godzi! Już widzę oczami wyobraźni tę masę (w mojej głowie jest to masa płci żeńskiej) napierającą na półki z książkami i wyrywającą sobie nawzajem z rąk ten tom. Okładka tej książki to istny brylant wśród okładek! Pięknie się mieni, kusi, pociąga… Nie dziwota, że kobiety oszaleją na jej punkcie! 

A to przecie nie okładka świadczy o książce, jeno jej treść! Toć, jeśli treść jest nijaka, to nawet najpiękniejsza oprawa okaże się jedynie szkiełkiem imitującym szlachetny i drogi kamień! 

W przypadku trylogii Silver grunt jest wyjątkowo grząski, bo Gier postanowiła zagrać ze snami! Raz jej się to nieźle udało, ale czy i teraz uda się jej ujść z życiem i honorem? 

Sprawy Liv, młodej bohaterki serii „Silver”, układają się coraz lepiej. Nowy dom i nowa rodzina okazały się całkiem w porządku. Romantyczny związek z przystojnym i bystrym Henrym trwa. W dodatku nowe fascynujące możliwości odkrywa przed dziewczyną sfera snów. Niestety, Liv ma także powody do niepokoju. Po pierwsze, anonimowa blogerka Secrecy wie o Liv rzeczy, których nie powinna wiedzieć. Po drugie, Henry ma swoje tajemnice. Wiele tajemnic. Po trzecie, za drzwiami z klamką w kształcie jaszczurki czai się coś strasznego, mrocznego i złowrogiego…

Drugi tom bestsellerowej serii Kerstin Gier, autorki znanej z „Trylogii Czasu”.

Zawsze powtarzałem – i pewno powtarzać będę – że opieranie twórczości na snach niesie ze sobą wielkie ryzyko. Nie każdy zdoła przetrwać w tak bardzo nieograniczonym i abstrakcyjnym świecie. Mówiłem o tym już przy okazji recenzji Pierwszej księgi snów – trzeba znać umiar i potrafić odnaleźć się w tym bezmiarze. Znaleźć złoty środek. 

Pierwsza książka nie wychodziła poza pewne reguły i schematy. Nie rozpostarła w pełni skrzydeł, ale – co ważniejsze – ta ostrożność uchroniła ją przed absurdem i niedorzecznością. Druga księga snów jest na pewno odważniejsza. 
Ale. 

W tym momencie musi paść ale. Wielkie i soczyste. 
Po lekturze odnoszę wrażenie, że gdzieś ulotniła się ta nutka tajemnicy, która dominowała w pierwszym tomie. Zabrakło tego klimatu i poczucia tajemnicy. W zasadzie kontynuacja skupia się na związku Liv z Henrym. A reszta traci znaczenie do chwili, gdy nadciąga moment mroku. 

I znowu ale. 
Tym razem nie ma co liczyć na wielkie zaskoczenie i rewelację. Łatwo domyślić się tożsamości sprawcy, a sam finał… no cóż. Mnie zawiódł. To jest właśnie ten moment, kiedy Kerstin Gier przekroczyła pewną granicę. Wzbiła się za wysoko i nie potrafiła dobrze wylądować. W związku z czym poszła na łatwiznę i zdecydowała się na bardzo rozczarowujące zamknięcie akcji… 

Choć tę książkę czyta się tak samo cudownie i lekko jak pierwszą, mam wrażenie, że jest tu za dużo wszystkiego. Za dużo tajemnic, za dużo spisków, za dużo zawirowań i za dużo mieszania w snach. Słowem: wkradła się przesada. Momentami przytłaczająca. 

Poznajemy garstkę nowych bohaterów – bardzo charakterystycznych, ale i prostolinijnych. Ich płytkie kreacje bawią, ale w zasadzie niczego nie wnoszą do fabuły. Fabuły, która zdaje się wić bez celu i pomysłu, by potem ruszyć z kopyta i doprowadzić do rzeczonego finału, który również nie powala na kolana. 

Nawet wątek Secrecy – jeden z najciekawszych – zdaje mi się przesadzony i w tej książce traci tę aurę tajemnicy oraz – wiem, że to zabrzmi dziwnie, ale to prawda – normalności. 

Nie mogę powiedzieć, bym był zachwycony Drugą księgą snów. Na pewno sporo jej brakuje do doskonałości, ale sądzę, że może też cierpieć na syndrom drugiego tomu. Jakież to przekleństwo popycha autorów do tworzenia trylogii, kiedy całą historię można byłoby lepiej opowiedzieć w dwóch tomach? Chwała, że popularność zyskują sobie dylogie. Może dzięki temu wkrótce unikniemy kiepskich łączników. 

Może już nie z tak powalającym optymizmem, ale na pewno przeczytam zakończenie tej historii. Myślę, że Gier nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa i najlepsze (lub najgorsze) jeszcze przed nami. Drugi tom – jak dla mnie – jest po prostu średni. Ni mniej, ni więcej. 
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz