O tym jak książka staje się filmem, a autor traci prawo głosu

O tym, że świat książki diametralnie różni się od świata filmu, wiedzą wszyscy. Z jednej strony mamy pisarza, który nierzadko pracując na etacie skrobie swoją powieść marząc o rowlingowej popularności, z drugiej zaś stoi gigantyczny koncern gotowy wyłożyć grube miliony na projekt, który niekoniecznie musi się udać. Prawdziwy cyrk zaczyna się w momencie, gdy ten drugi przychodzi do pierwszego… 

To już powszechna praktyka w Stanach, że zdrowa większość książek, które osiągają jakikolwiek sukces trafia pod obrady producentów filmowych. Co i rusz słychać, że prawa do tej czy tamtej książki zostały sprzedane – znak to, że powstanie film! Skoro wytwórnia zakupiła prawa nie może być inaczej!

A guzik. 

Zaklepać sobie książkę wytwórnia może na dwa sposoby (choć o tym drugim zwykło się nie mówić głośno i nie definiować go, bo po co?): możliwość pierwsza to zakup praw do filmu, a druga to… zarezerwowanie sobie opcji do zakupu praw do filmu. 

Rezerwacja opcji do zakupu praw do filmu polega na tym, że studio zapewnia sobie możliwość zrobienia filmu, ale nie jest jeszcze pewne, czy go zrobi. Od tej chwili ma zwykle dwanaście do osiemnastu miesięcy na podjęcie decyzji, czy chce się za to brać, czy nie. 

Jak można się domyślić, praktyka rezerwowania praw do filmu jest bardzo powszechna. Dzięki niej wytwórnie nie muszą podejmować żadnych decyzji na gorąco. Nie muszą też obawiać się, że ostatecznie ktoś inny sprzątnie im materiał na hit sprzed nosa. 

Oczywiście, większość z tych filmów nigdy nie powstanie. A durne media, które nie odróżniają dwóch różnych pojęć i tak rozpalą w nas nadzieję na to, że w końcu obejrzymy na wielkim ekranie ekranizację ukochanej książki. 

Załóżmy jednak, że książka ma szczęście. Wytwórnia wykupuje prawa i… nic się nie dzieje, bo to tak naprawdę początek długiej i niepewnej drogi. Teraz trzeba znaleźć scenarzystę, który napisze dobry scenariusz. Nierzadko bywa, że świetna książka nie doczeka się filmu na swojej podstawie, ponieważ scenariusz nie trzyma się kupy. 

Kiedy jest scenariusz, prawdopodobieństwo powstania filmu drastycznie wzrasta. Najtrudniejsze za nami. W tej chwili rozpoczyna się długi i żmudny proces kompletowania ekipy filmowej, poszukiwania odtwórców głównych ról i machina z wolna rusza. Trzeba ustalić budżet, zaplanować wszystko po kolei w najdrobniejszych szczegółach. Gwarancji powstania filmu jeszcze nie ma, bo droga do tego wciąż jest daleka.

Jako wierni fani czekamy, nierzadko, latami na ten jeden jedyny film. Książka była cudowna – to się nie może nie udać! 

Byłem ostatnio w kinie na Osobliwym domu pani Peregrine na motywach powieści Ransoma Riggsa. Co tu dużo mówić – tak wdzięcznego materiału do przeniesienia na ekran dawno nie widziałem. A film i tak okazał się totalną katastrofą, porażką i kpiną. Z dużą niecierpliwością i rosnącym niezadowoleniem, wiercąc się w fotelu, wyczekiwałem napisów końcowych. 

I pytam siebie: dlaczego? 
Odpowiedź jest prosta: bo twórcy filmowi mają głęboko w nosie książkę. Od lat robią nas w bambuko przerabiając książkowy materiał na własną modłę. Bywa, że film i książkę łączy jedynie tytuł i imiona bohaterów – idealnym tego przykładem są Próby ognia.

Ale gdzie w tym wszystkim jest autor? Ojciec/matka dzieła, które na jego oczach jest brutalnie gwałcone, rozrywane na strzępy i sklejane w groteskową karykaturę? Odpowiedź nasuwa się sama: pewno wyleguje się na Karaibach po tym jak się sprzedał i popija sobie drinki z parasolką. 

Przecież przykład Harry’ego Pottera nauczył nas tego, że autor zawsze ma wybór i prawo głosu! W mediach szeroko odbijały się relacje i komentarze na temat tego, jak to Rowling wpadała do studia i negowała poszczególne pomysły, czy wpływała na wyniki castingów. Alfonso Cuaron długo powtarzał, jak pisarka odrzuciła jego pomysł na to, by w filmowym Więźniu Azkabanu zawrzeć trupę karłów grających na gigantycznych organach poprzez bieganie i skakanie po nich. To super pomysł, ale tego nie ma w moim świecie – skwitowała Rowling. I pomysł poszedł do kosza. Jasne było, że wytwórnie filmowe biegały za autorką Pottera błagając o to, by zgodziła się na powstanie ekranizacji. A ona wszystkich odsyłała z kwitkiem. Nawet Warner Bros. początkowo nie był w stanie nic zdziałać w tym temacie. Pomimo zaproponowania gigantycznej sumy, Rowling była nieugięta. Zmieniła zdanie dopiero wtedy, gdy koncern zaoferował jej mniejszą stawkę, ale z prawem do ingerowania w proces powstawania filmu.

J.K. Rowling jest jednym z bardzo niewielu autorów, którzy mogą cokolwiek powiedzieć na temat filmu. Albo inaczej: jednym z niewielu, z których słowem filmowcy muszą się liczyć. W przypadku gigantycznej większości innych pisarzy, ich słowo nie ma żadnego znaczenia. Oni nie mieli możliwości decydowania w jakim wariancie chcą sprzedać prawa do swojej publikacji. Mogli sprzedać wszystko, albo nic. 

Dlaczego sprzedali wszystko? 
To idiotyczne pytanie, na które chyba każdy zna odpowiedź. Jak słusznie zauważyła Ally Carter, bestsellerowa pisarka: Film to tak naprawdę dwugodzinna reklama książki. W najlepszym interesie większości autorów jest, by skorzystać z takiej szansy i pozwolić swoim dziełom pokazać się w ten sposób. 

Faktem jest, że nie tylko w Polsce większość pisarzy nie jest w stanie utrzymać się z samego pisania. Sam zakup praw do filmu przez wytwórnię to olbrzymi zastrzyk gotówki dla autora. A jeśli film powstanie, pewnym jest, że sprzeda się więcej egzemplarzy książki. 

Dlaczego autor nie może mieć władzy nad filmem na podstawie swojej książki? Ponieważ to wytwórnia inwestuje miliony dolarów. Trudno sobie wyobrażać, by przy takiej inwestycji ktokolwiek życzył sobie, by ktoś miał nad nim władzę i wciąż dyktował mu warunki… 

Autorowi pozostaje mieć nadzieję, że film powstanie i będzie dobry. Biorąc pod uwagę obecnie panujące nam realia, to bardzo mało prawdopodobne. Zwłaszcza, że coraz powszechniejszym zjawiskiem staje się chęć zaznaczenia swojej własnej wizji przez twórców filmu. 

Po trzech miesiącach od wypuszczenia oficjalnego oświadczenia przez Lionsgate, Veronica Roth skomentowała odwołanie powstania filmowej wersji finału Niezgodnej. Pisarka przyznała, że nie miała żadnego wpływu na decyzję studia, tak samo jak wcześniej nie miała nic do powiedzenia w temacie podzielenia finału na dwa filmy. Choć Lionsgate słuchało tego, co mam do powiedzenia, ostatecznie robiło to, co samo uważało za słuszne – podsumowała Roth. 

Pojawia się pytanie: dlaczego Roth, jako autorka bardzo popularnej serii, nie miała takich przywilejów przy sprzedaży praw do powstania filmu jak J.K. Rowling? 

Odpowiedź jest prosta: ponieważ studia filmowe unikają takich sytuacji jak z Harrym Potterem czy Zmierzchem. Łatwiej jest wynegocjować korzystne dla siebie warunki, kiedy kupuje się prawa do książek, nim te osiągną sukces. Dużo trudniej jest negocjować z autorem, którego twórczość i bez filmu doskonale sobie radzi na listach bestsellerów. Stąd też powszechne zjawisko rezerwowania sobie zawczasu praw do robienia filmów. Kiedy umowa zostanie podpisana, warunki pozostaną niezmienne – niezależnie od tego czy w ciągu kolejnego roku czy pięciu autor sprzeda pięćdziesiąt kopii swojej książki czy pięć milionów. A studio ma zagwarantowaną niezależność – może zgwałcić dziecko na oczach jego rodzica, a ten nic z tym nie może zrobić. Bo nie ma do tego prawa. 

Ostatecznie, patrząc na spadkową tendencję i rosnącą irytację fanów z powodu zabijania książek na ekranie, warto sobie zadać pytanie: jak długo jeszcze twórcom filmowym będzie się opłacało działanie wbrew albo pomimo woli autora bazowego dzieła? 

Przeczytaj też: Finał "Niezgodnej" odwołany! Czy ludzie mają dość adaptacji filmowych?
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz