"Biblioteka dusz" - Ransom Riggs

Zastanawiałem się kiedyś (jakieś pięć minut temu), co sprawia, że niektóre świetne serie kochamy bardziej od innych. Czy to bohaterowie? Może zwroty akcji? Świetne opisy albo… 
Albo coś, co nie ma zbyt wielkiego związku z samą książką… 

W ciągu ostatnich miesięcy miałem okazję przeczytać kilka serii i wiele z nich naprawdę polubiłem. Polubiłem – słowo klucz. 

I dziś wiem, jaka jest różnica między miłością, a lubieniem. Odpowiedź jest banalnie prosta: tak jak nie zakochujesz się w kimś w ciągu jednego dnia, tak samo nie jesteś w stanie pokochać książki. Taaak, wiem! Miłość od pierwszego spojrzenia. Pic na wodę. To zauroczenie – zauroczenie, które może sczeznąć samoistnie lub ewoluować w miłość. Natura jest nieubłagana. Zauroczenie pozostaje w głowie, ale to miłość prawdziwie wiąże. 

Wiecie, dlaczego niektóre świetne serie kochamy bardziej od innych? 
Bo podczas gdy niektóre serie możemy od razu przeczytać w całości (bo wszystkie tomy zostały już wydane), o tyle na inne musimy czekać. Dzień po dniu, tydzień po tygodniu, rok po roku itd. Przeczytanie całej serii od razu – choć wspaniałej, cudownej i niepowtarzalnej – jest jak pójście do łóżka z nowo poznaną dziewczyną. Nie wiesz, co cię do niej ciągnie, ale już zaspokoisz swoją chuć. Koniec tajemnic. Koniec oczekiwania. Koniec tańca miłosnego, który miast rozkwitać, został brutalnie rozerwany jako pączek… 

Skoro wiesz wszystko, nie masz o czym myśleć. Nie masz czego odkrywać. Życie szybko staje się nudne. Ale kiedy pierwsze spotkanie od kolejnego dzielą miesiące wypełnione na ekscytacji podsycającej płomyk w piersi… Wtedy rodzi się miłość… 

I zaraz wyjdzie na to, że wyznam miłość Ransomowi Riggsowi (żono, pamiętaj, Ciebie kocham najbardziej!), ponieważ na trzeci tom Osobliwego domu pani Peregrine czekałem bodaj dwa lata. Dwa długie lata wypełnione oczekiwaniami i nadzieją. Nadzieją na zacne zakończenie tej historii w Bibliotece dusz. 

Przygoda, która rozpoczęła się w Osobliwym domu pani Peregrine i trwała w Mieście cieni, ma wielki finał w Bibliotece dusz. Szesnastoletni Jacob odkrywa w sobie nową, potężną moc i wyrusza na ratunek osobliwym towarzyszom więzionym w pilnie strzeżonej twierdzy. W wyprawie towarzyszy mu Emma Bloom, dziewczyna, która włada ogniem, oraz Addison MacHenry, pies umiejący odnaleźć trop zaginionych dzieci. Bohaterowie wędrują ze współczesnego Londynu do labiryntu zaułków Diabelskiego Poletka, najbardziej parszywego zakamarka wiktoriańskiej Anglii. W tym miejscu raz na zawsze przesądzi się los osobliwych dzieci całego świata. Podobnie jak poprzednie dwie książki z serii, Biblioteka dusz łączy emocjonującą fantastykę z niepublikowanymi fotografiami sprzed wielu dziesiątków lat, tworząc zupełnie wyjątkową opowieść.

Zacznę od… zdjęć! 
Niewątpliwą ozdobą i dodatkową zaletą tej serii są fascynujące i, nomen omen, osobliwe fotografie zamieszczone na jej stronicach. Ransom Riggs poświęcił sporo czasu na zebranie ciekawych zdjęć, które posłużyły mu do zbudowania fascynującej opowieści. Oczywiście, największą oryginalnością i najlepszymi zdjęciami charakteryzuje się Osobliwy dom pani Peregrine. Bez wątpienia w Bibliotece dusz nie znajdziemy tak fascynujących obrazków, jak w poprzednich tomach, ale z pewnością ich duch pozostał. (Z drugiej strony chwała Riggsowi za to, że nie skupił się głównie na poszukiwaniu nowych zdjęć, ponieważ na kolejne tomy czekalibyśmy znacznie dłużej). 

Miałem lekkie obawy po zakończeniu Miasta cieni. Wiadomo, jak to jest – kiedy bohater odkrywa w sobie moc, która może go uczynić niemal niezwyciężonym, zaczyna się odczuwać obawy, co do sensu kontynuowania tej opowieści. Może i Schwarzenegger z potężnym karabinem maszynowym mierzący się z kilkoma wymoczkami jest dobrym rozwiązaniem dla kina lat 80. i 90., jednak w książce taka zagrywka może zepsuć przyjemność z czytania. 

To stanowiło moją główną obawę, kiedy sięgałem po Bibliotekę dusz. Niepotrzebnie! Riggs dobrze zaplanował ten wątek i przez cały finał możemy go śledzić z dużym zainteresowaniem. Hasta la vista, Arnie! 

Skoro już wiemy, że najbardziej kruchy grunt został wzmocniony i nie zawalił się pod ciężarem blisko pięciuset stronic, mogę skupić się na samej historii i jej bohaterach. 

Riggs to typowy geek. Facet ma ewidentnie fioła na punkcie tego, co robi i geekowskiego świata, do którego przynależy. I to odbija się na książce w tak fantastyczny sposób, że kiedy pojawiają się aluzje do znanych tworów popkulturowych, przyjemność rozlewa się po moim ciele niczym cudownie gorąca woda w wyjątkowo chłodny dzień. A już wplecenie w fabułę konwentu fantastycznego to prawdziwa ambrozja (nie mylić z książkową) dla mej duszy. 

Biblioteka dusz jest pełna akcji i groteskowo barwna. Poznajemy nowych bohaterów i nowe miejsca, wśród których znajdą się i takie, których opisy zwalają z nóg. Samo wyobrażenie brudu i smrodu bywa śmiertelnie niebezpieczne. 

Im bliżej finału, tym lepiej. A i nawet lekka woń Harry’ego Pottera unosząca się w tej książce dodawała jej smaku i kolorytu. 

Czytacza bardzo ciekawił rozwój człowieczka zwanego Jacobem. Zakończenie drugiego tomu powinno wpłynąć na jego psychikę, w związku z czym w nowej odsłonie powinniśmy poznać jego nowe oblicze. 

I poznajemy, a jakże! 
Jacob chyba nigdy nie był tak prawdziwy. Swoją drogą, uwielbiam jego rozterki – to chyba jeden z bardzo niewielu bohaterów, który w ogóle bierze pod uwagę, że w każdej chwili mógłby odejść i zapomnieć. Po co ryzykować? 

Taak, rozwój Jacoba i głębokie wejście do jego umysłu, bardzo pomaga Bibliotece dusz. Co nie znaczy, że reszta naszych bohaterów siedzi i przygląda się w spokoju, jak jeden skupia na sobie całą uwagę! 

Ransom Riggs słynie z kreacji osobliwych bohaterów, ale tutaj przeszedł samego siebie. Nowe postaci są intrygujące, tajemnicze i do samego końca nie wiadomo, po której stoją stronie. 

Czas na finał – bo my tu pitu-pitu, a zaraz się okaże, że samo zakończenie to – mówiąc delikatnie – kupa. 

Gra komputerowa. To było moje pierwsze skojarzenie, gdy rozpoczął się ten ostatni, wielki akt. Myślę, że to odrobinę ugodziło w samą serię i nie jest jej najlepszym momentem, ale też nie rujnuje jej. Pojawia się lekki zgrzyt (choć głośny), ale całość broni się bez większego problemu. 

No i nie zapominajmy o bardzo plastycznym i zgrabnym stylu Riggsa! 
Fakt – cechuje go geekowe szaleństwo, ale to wielki komplement i olbrzymia zaleta! 

A teraz, kiedy przyszło mi już odłożyć Bibliotekę dusz na półkę, czuję się jak pusta w środku żelka (w sensie – nie nadziana). Przyszło mi się pożegnać z kolejną świetną serią. Pożegnanie to było jak spotkanie z głucholcem – czuję, jakby coś wyssało mi część duszy (ależ to melodramatyczne!). 

Lubię zakończenia, które nie zawodzą, a finał Osobliwego domu pani Peregrine jest bardzo dobry. 

Tylko co tu teraz począć ze swoim życiem? 
Może czas pomaltretować Wydawnictwo o polską wersję Tales of Peculiar
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

3 komentarze:

  1. Ach! Czekam aż tak książeczka trafi w moje ręce i mam nadzieję, że zachwyci mnie podobnie jak Czytacza, bo w dwóch pierwszych częściach jestem bezapelacyjnie zakochana.
    Czytacz zdecydowanie powinien męczyć wydawnictwo o wydanie Tales of Peculiar! :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Też jestem za molestowaniem wydawnictwa o "Tales of Peculiar", bo również nie wiem, co zrobić ze swoim życiem po zakończeniu "Biblioteki dusz". :) Cóż za zacne zakończenie serii. Czuję się tak, jakbym musiała opuścić Narnię...

    OdpowiedzUsuń
  3. Czuję się tak samo, przedwczoraj skończyłem ostatni tom i teraz nie wiem o co kaman. Pozwoliłem sobie napisać do wydawnictwa Media Rodzinna, póki co nie planują wydawać 'Tales of the Peculiar'. Może inne wydawnictwo to ogarnie ale trudno stwierdzić które. Empik też nie wie kiedy i które wydawnictwo się tym zajmie. Czuję pustkę, dawno tak nie miałem. Fantastyczna seria...
    Dobrą wiadomością jest to, że Riggs zamierza napisać kolejną trylogię, tym razem akcja ma się rozgrywać w USA. Postacie te same, czyli Jacob i ferajna. Może w końcu się dowiemy co się stało z Fioną?
    Pierwszy tom ma zostać wydany jesienią tego roku, w Polsce pewnie znacznie później... ale jest na co czekać. :)

    Obejrzałem też film w międzyczasie i niestety, mimo Burtonowskiego klimatu, zawiodłem się. Za dużo zmian i zbyt radykalne jak dla mnie. Nie tylko te oczywiste, widoczne chociażby na plakacie. Jeśli Burton lub ktokolwiek inny zechce ekranizować pozostałe części to obawiam się, że może być klapa.

    OdpowiedzUsuń