"Bez winy" - Mia Sheridan

Nie wychodzę z założenia, że romans to zło piekielne wymachujące do mnie kosmatym ogonkiem. Niee… Aż tak uprzedzony nie jestem. Lubię historie miłosne – zwłaszcza te dobrze opowiedziane, tętniące życiem i nie zasuszone jak szczątki zwierza, który skonał sto lat temu. 

Słowem: świeżość! Ubóstwiam świeżość! 
Lubię, kiedy wietrzyk oryginalności i zaskoczenia omiata moją mordkę, a słoneczko rozświetla mi drogę. 

Myślę, że na chwilę obecną nie ma książki trudniejszej do napisania niż romans. Wynika to z faktu, że gdybyśmy ustawili wszystkie powstałe romanse jeden na drugim, pewnie zdołalibyśmy dotrzeć piechotą na Marsa. To gatunek tak mocno wyeksploatowany na wszystkie strony, że trudno znaleźć jakąś inną, świeżą drogę… 

Słyszałem dobre opinie o książkach Mii Sheridan, a i nadarzyła się w końcu okazja, by zapoznać się z jej twórczością, więc dlaczego nie? 

Kira nie ma grosza przy duszy, za to mnóstwo kłopotów. W przeszłości odebrano jej to, co najważniejsze. Teraz musi postawić wszystko na jedną kartę, aby odmienić swój los.

Grayson walczy o przerwanie pasma życiowych niepowodzeń, ale przytłaczający ciężar wyrzutów sumienia kruszy resztki jego nadziei na lepsze jutro. Kira składa mu propozycję, która może go ocalić. Wystarczy tylko, że złoży przysięgę, nawet jeśli nie zamierza jej dotrzymać…

Obiecali sobie wieczność, nie wiedząc, że jedna chwila może odmienić całe życie.
Czy miłość da im kolejną szansę, choć żadne z nich nie jest bez winy?

Mówiąc krótko: mamy dwoje nieudaczników życiowych, którzy połączą swoje siły, by wyjść na prostą. Dokonają tego w sposób niezbyt legalny, ale – jak sądzą – jest to jedyna droga ku lepszemu życiu. 

Zacznijmy od tego: dwoje przypadkowych ludzi decyduje się na ryzykowny krok i formalny związek, który ma im pomóc odbić się od dna. Oczywiście, uczucia nie wchodzą w rachubę. Wszystkie zasady są jasne jak słońce. 

RLY?

Ja nie kocham ciebie, ty nie kochasz mnie, ale poudajemy parę, by zdobyć kasę/wolność/święty spokój… Gdzie ja się spotkałem z tym wątkiem? A poza tymi trzystoma przypadkami, wśród których znajdą się m.in. latynoskie telenowele, które z nudów oglądałem w dzieciństwie z moją mamą? Pomińmy fakt, że oryginalność owych telenowel stoi na cholernie wysokim poziomie. Z bardziej ambitnych w głowie kołacze mi się Sandra Bullock i Narzeczony mimo woli. NO EJ! 

Dobra – zaczyna się w najbardziej sztampowy sposób w historii wszechświata i okolic. Ale może chociaż dalej będzie jakieś zaskoczenie? Choć drobnostka, która zburzy ten mur powtarzalności? 

NIE. 

To może coś odrobinkę innego...? 

NIE. 

To może chociaż jakaś choroba weneryczna? 

NIE. NIE I NIE!

Ten zwierz jest martwy. Zdechł sto lat temu. Nic świeżego w nim nie znajdziesz, bo nawet trawa nie chce na nim wyrosnąć… 

Skoro fabuła nie żyje, to może znajdziemy trochę życia w głównych bohaterach tej skróconej na czterysta stron opery mydlanej? 

Kira, 22 lata – córeczka szanowanego polityka. Z jakiegoś powodu gościa nie lubi i unika go. Choć facet ma kasy jak lodu, dziewczę szuka dowolnego innego sposobu na zdobycie pieniędzy. Na przykład postanawia przejąć pieniądze po zmarłej babci (do czego jest jej potrzebny mąż). Oczywiście, to dobre dziewczę i dręczą ją wyrzuty sumienia. Ale w jaki inny sposób zdobyć pieniądze? 

Hmm… a może pójść do pracy jak normalny człowiek? 

NIE. Fikcyjne małżeństwo jest lepsze. 

Grayson, w skrócie Gray. TAK – GRAY. Łamacz damskich serc, istne bożyszcze, które w łóżku czyni cuda. Nie potwierdzono, czy w jego okazałym gospodarstwie znajduje się czerwony pokoik bólu czy bogata kolekcja identycznych krawatów. 

Ale za to facet myśli przyrodzeniem. Trzy czwarte książki (której rozdziały to zamiennie perspektywy Kiry i Graya) to wylewająca się chuć i chęć wetknięcia swego narządu do… 
No właśnie. 

A kiedy już gdzieś w oczy rzuci się (a rzuci na pewno) opis seksu, mamy tu istne opowiadanie erotyczne – skrupulatny i szczegółowy opis tego, co mężczyzna czyni kobiecie i odwrotnie. Gdzie tu miejsce dla wyobraźni? Brak. Wszystko jest dosłowne. 

Jeśli mnie pamięć nie myli, najdłuższy opis seksu liczył sobie trzy strony. Trzy strony seksu, którego opis brzmi jak napisany przez fantazjującą dwunastolatkę. Z orgazmami wywoływanymi niemal przez same spojrzenia… 

No i mamy wątki złych, niedobrych, podłych i wstrętnych drani, którzy zrobią wszystko, by nie dopuścić do szczęścia/nieszczęścia naszych bohaterów. 

Powiało oryginalnością. Aż padłem z wrażenia. Zwłaszcza, że najciekawszy wątek całej tej książki nawet nie został w niej opisany! Dowiadujemy się o nim z relacji! 

Rozumiem. Lepsza była kolejna scena seksu. I kolejny opis erekcji. Bolesnej erekcji. Erekcji rozsadzającej jądra. I duszę. 

Umarłem. Proszę mnie nie odkopywać. 
E.L. James umarła i powróciła (o zgrozo!) pod nową postacią, jako Mia Sheridan. 


Książkę można kupić TUTAJ.
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

3 komentarze:

  1. Kurczę, Daniel, zachęciłeś mnie! Szczególnie tymi opisami scen seksu. Coś dla mnie, normalnie.
    Dzięki Ci, że odwiodłeś mnie od przeczytania tego zmarłego zwierza. Nie lubię zwłok i niech tak zostanie. Pa pa, E.L.James, pani już podziękujemy.
    Recenzja świetna, uwielbiam Twoje poczucie humoru!
    Pozdrawiam!
    Julka

    OdpowiedzUsuń
  2. Kurczę, Daniel, zachęciłeś mnie! Szczególnie tymi opisami scen seksu. Coś dla mnie, normalnie.
    Dzięki Ci, że odwiodłeś mnie od przeczytania tego zmarłego zwierza. Nie lubię zwłok i niech tak zostanie. Pa pa, E.L.James, pani już podziękujemy.
    Recenzja świetna, uwielbiam Twoje poczucie humoru!
    Pozdrawiam!
    Julka

    OdpowiedzUsuń