SPOILERY: Czy fabuła "Przeklętego Dziecka" ma sens?

Uroczyście oświadczam, że poniższy tekst zawiera spoilery i bardzo mocno zdradza fabułę Harry’ego Pottera i Przeklętego Dziecka, wobec tego zaleca się przeczytanie go jedynie osobom, które miały styczność z najnowszą publikacją związaną ze światem Harry’ego Pottera. 

Wiele dyskusji rozgorzało wokół Przeklętego Dziecka, wielu fanów uprzedziło się do książki, zanim w ogóle po nią sięgnęło, kolejne osoby poczuły się… hmm… zdegustowane fabularnymi rewelacjami. Nie dziwi mnie to: czytając scenariusz sam byłem w szoku i również mnie, nie czytającego fanfiction, ugodziło jak bardzo ta publikacja kojarzy się z tworem fanowskim. 

Po lekturze Przeklętego Dziecka musiałem sobie wszystko poukładać w głowie i odnaleźć odniesienia do magicznego świata, który kocham. Bez wątpienia forma, w jakiej ta historia została opublikowana, nie działa na jej korzyść – zwłaszcza, że jako ósma część zawsze będzie porównywana do siedmiu wcześniejszych. A to błędne założenie, ponieważ sugerowałbym podejść do Przeklętego Dziecka jak do filmu. Też można go polubić, mimo że wiele szczegółów znanych z książek zostały wyciętych czy zmienionych. Jeśli skupić się na samej historii, zamiast na jej formie, jest całkiem nieźle. 

DLACZEGO TA HISTORIA JEST JAK FANFIK? 
Niezależnie od tego, czy czyta się zagraniczne opinie czy recenzje, wiadomo co mówi się o ósmym Potterze najczęściej: to fanfik. Po pierwsze: autorem nie jest J.K. Rowling (choć od niej pochodzą wszelkie materiały), po drugie: forma i wreszcie po trzecie: kradnie funkcję spełnianą przez ff – odpowiada na pytanie: co by było gdyby? 

PODRÓŻE W CZASIE
Trudno się nie zgodzić, że Przeklęte Dziecko to w istocie wielkie nożyce, które ucinają spekulacje. Co by było, gdyby Cedrik nie zginął? Co by było, gdyby Voldemort zwyciężył? Co by było, gdyby Potter zaprzyjaźnił się z Malfoyem? Wrzucenie tak oklepanego elementu jak podróże w czasie ma tylko jeden cel: pokazanie alternatywnych wersji tej opowieści. Oczywiście, od razu kojarzy się to z Powrotem do przyszłości II czy Shrek Forever – oryginalności na tym polu nie uświadczymy. Ale z drugiej strony miliony spekulacji fanowskich właśnie wzięły w łeb. 

Skąd Albus wiedział, ile obrotów wykonać? 
Pytanie: czy musiał to wiedzieć? Hermiona przyznaje, że ten Zmieniacz Czasu zupełnie nie przypomina tego, który sama posiadała w trzeciej klasie. Może tutaj wystarczy pomyśleć o dacie? 

Dlaczego podróżujący w czasie nie ucierpieli podczas tak dalekich podróży? 
J.K. Rowling tłumaczy w tekście zatytułowanym Zmieniacz Czasu: Wszystkie próby cofnięcia się dalej niż o kilka godzin, spowodowały katastrofalną szkodę dla zaangażowanej czarownicy czy czarodzieja. Przez wiele lat nie zdawano sobie sprawy, dlaczego podróżujący w czasie na tak dalekie dystanse nie przetrwali podróży. Wszystkie takie eksperymenty są zaniechane od 1899 roku, kiedy Eloise Mintumble została uwięziona na pięć dni w 1402 roku.

Dlaczego, w takim razie, bohaterowie Przeklętego Dziecka przeżyli i skończyło się na lekkich urazach? Pominąwszy fakt, że mamy tu inny model Zmieniacza Czasu – czy naprawdę ktokolwiek byłby w stanie uwierzyć w to, że od 1899 roku nic się nie zmieniło w tej kwestii? Jesteśmy mugolami, ale sami widzimy na przykładzie otaczającego nas świata, że człowiek zawsze dąży do perfekcji – jeśli kiedyś coś nie wyszło, trzeba znaleźć sposób, by wyszło! I tak pewnie jest również z podróżami w czasie. Po co Departamentowi Tajemnic cała masa Zmieniaczy, skoro nie zamierzało nic z nimi robić? 

Myślę, że ten wątek jest bardzo logiczny i w żaden sposób nie zaprzecza temu, co znamy z oryginalnej serii. 

ROZWINIĘCIE ZNANYCH BOHATERÓW I SYTUACJI
To mój ulubiony element Przeklętego Dziecka
Poczynając od staruszki sprzedającej słodycze w ekspresie do Hogwartu, a kończąc na realiach życia u Dursleyów. 

Zacznijmy od staruszki: kto by pomyślał, prawda? 
J.K. Rowling znowuż robi tu odniesienie do historii opisanej na Pottermore: Ekspres do Hogwartu.

Dalej mamy Dursleyów.
Czytając Harry’ego Pottera i rozmawiając z innymi fanami, często dochodziłem do wniosków, że Harry wcale nie miał takiego złego życia z Dursleyami. Tak: nie rozpieszczali go i dawali mu stare ubrania Dudleya, kazali wykonywać prace domowe. Ale dali mu też dach nad głową i – jakby nie było – poczucie bezpieczeństwa. Ostatecznie nikt poza Dudleyem nie podnosi tu na Harry’ego ręki (a może się mylę?). Harry nie jest też wyzywany czy szykanowany. Nie jest traktowany najlepiej, ale trudno powiedzieć, by jego życie było koszmarem.

Dopiero Przeklęte Dziecko pokazuje nam tę prawdziwie mroczną stronę życia z Dursleyami – gdy ciotka Petunia wyżywa się na nim za niedomycie garów czy przezywa za moczenie się w łóżku. W tych scenach widać, jak bardzo Harry się bał i jaki wpływ Dursleyowie mieli na jego życie. Mimo wszystko byłem zszokowany dowiadując się o śmierci Petunii. Z kolei o tym, że Harry z Dudleyem utrzymują kontakt było wiadomo już wcześniej z oficjalnej strony autorki. 

W Przeklętym Dziecku mamy również możliwość posmakowania prawdziwego nazwiska Jęczącej Marty – wcześniej jej prawdziwe nazwisko: Myrtle Elizabeth Warren, J.K. Rowling ujawniła na swoim Twitterze. 

Profesor McGonagall jako dyrektor Hogwartu sprawdza się fenomenalnie. Zobaczenie jej w roli, w jakiej do tej pory mieliśmy okazję obserwować jedynie Dumbledore’a (o Umbridge nie wspominam) pozwala nam ujrzeć, jak mądra jest to osoba. Zwłaszcza konfrontacje z Harrym pokazują, że jest odpowiednim człowiekiem na odpowiednim stanowisku. 

Również główni bohaterowie się zmienili: Harry stał się zgorzkniały i cyniczny – widać po nim, że nie radzi sobie z konfliktem z synem. Z jednej strony stara się być najlepszym ojcem, a z drugiej sam nie miał z kogo czerpać wzoru. Tak, poznał Artura Weasleya, ale był wówczas nastolatkiem. Pewnych luk nie da się wypełnić. Podobnie jego determinacja, by odseparować Albusa od Scorpiusa. Harry ma za sobą naprawdę traumatyczne przeżycia, stąd trudno się dziwić, że sen o Voldemorcie i boląca blizna, tak bardzo go przestraszyły. Jego lęk przesłania mu zdrowy rozsądek – stracił tylu bliskich, wobec czego jego zachowania w temacie chronienia Albusa są logiczne. Harry jest zdesperowany, co widać po groźbach, które kieruje do Minervy McGonagall. Na szczęście – co pokazuje finał Przeklętego Dziecka – to nadal ten sam człowiek, którego pokochaliśmy. Tyle, że bardziej zagubiony. 

Ron rozwinął się tak, jak moglibyśmy się tego po nim spodziewać: wyostrzył mu się dowcip i nie stracił luzu (pomijając alternatywną teraźniejszość, gdzie widać jak wielki na niego wpływ mają inni – jako mąż Padmy jest zupełnie innym człowiekiem). 

Hermiona to wciąż Hermiona. Zdaje się, jakby ona najmniej się zmieniła. O ile w ogóle. 

Ósma historia nie szczędzi cierpienia Draconowi. Malfoy musiał pogodzić się ze śmiercią ukochanej żony, a teraz musi walczyć w obronie syna. Wyraźnie widać, że nazwisko Malfoy nie liczy się już w magicznym świecie. Nie można jednak zaprzeczyć, że w Przeklętym Dziecku to Draco jest głosem rozsądku, a nie Harry. Ta postać bardzo ewoluowała i dojrzała do tego, by mówić o tym, co go boli. Poznajemy go tutaj lepiej, niż kiedykolwiek wcześniej. 

Alternatywne wersje teraźniejszości są genialne. Pokazanie historii Rona i Hermiony, którzy nie są razem czy przyszłości opanowanej przez Voldemorta. Te wizje szokują. Ale i pokazują jak niebezpieczne jest igranie z czasem. Z drugiej strony wielu fanów na pewno będzie zachwyconych mogąc jeszcze raz ujrzeć Severusa Snape’a, który pomimo śmierci Harry’ego i zwycięstwa Voldemorta, nadal trwa w walce o dobrą sprawę, działając ramię w ramię z Hermioną i Ronem. 

Równie fascynująca jest też przyszłość Cedrika, który – po tym jak został publicznie upokorzony w trakcie drugiego zadania Turnieju Trójmagicznego – został śmierciożercą i mordując Neville’a Longbottoma przyczynił się do ostatecznej porażki Harry’ego. Ta sytuacja pokazuje nam również, że to czasem nawet drobnostki są w stanie wpłynąć na nasze życie i zmienić nas. 

Wszelkie zmiany w przeszłości odbijają się na teraźniejszości – Harry pozbawiony bardzo rozrywkowego przyjaciela w rzeczywistości, w której poważny Ron tworzy rodzinę z Padmą Patil, jest jeszcze bardziej agresywny i zgorzkniały. Hermiona z kolei nie osiągnęła szczytu swoich ambicji, bo nie miała nikogo, kto by ją do tego popychał czy prowokował. 

Z kolei rzeczywistość, w której doświadczamy Voldemort’s Day ofiarowuje nam coś, na co sam czekałem od 2004 roku, czyli publikacji Zakonu Feniksa – śmierć Umbridge. Oczywiście, pojawią się głosy, że to absurdalne, iż Snape tak szybko zaufał Scorpiusowi. Warto jednak pamiętać, że Scorpius znał fakty, których nikt poza Snapem nie znał. A poza tym – to sztuka! – przekonywanie się nie mogło trwać wiecznie! 

Swoją drogą – relacja między Amosem Diggorym i Harrym jest kolejnym logicznym rozwinięciem. Pogrążony w rozpaczy mężczyzna z czasem uświadomił sobie, że gdyby nie Harry, jego syn nadal by żył. 

Patrząc na bohaterów i podróże w czasie z tej perspektywy – to wszystko ma sens. I wszystko pasuje do kanonu. Z jednej strony trudno tu mówić o kontynuacji, skoro na ogół poznajemy alternatywne rzeczywistości, ale z drugiej – pomimo wielu uproszczeń niezbędnych w tego typu projekcie, jakim jest scenariusz – Przeklęte Dziecko jest świetnym domknięciem całej serii. 

CÓRKA VOLDEMORTA
Wiem. Ze wszystkim można się pogodzić: z banalnymi i wtórnymi podróżami w czasie, masą uproszczeń i fanfikowymi zwrotami fabularnymi. Ale nie z tym. 

To był ten moment, kiedy do mojej głowy napłynęła fala najbardziej kwiecistych przekleństw. Voldemort ma dziecko? To jakiś chory żart! 

I ta myśl towarzyszyła mi do końca lektury oraz przez cały kolejny dzień. 
Aż mnie olśniło. 

Oto Voldemort, który szczyci się swoim rodem, swoim pochodzeniem. Voldemort, który uważa, że krew Salazara Slytherina jest świętością. W całej serii widać wyraźnie, że Voldemort tylko jedną osobę uważa za wspanialszą od siebie – legendarnego Slytherina. 

Czy wobec tego Czarny Pan pozwoliłby na to, by jego linia wygasła? 
Tak – Voldemort nie zakładał tego, że umrze. Dążył do nieśmiertelności. W takiej sytuacji ród Slytherina żyłby wiecznie. Po co mu dziecko? Zresztą – to VOLDEMORT! 

Tyle, że Voldemort miał jeszcze inny cel. Czarodzieje czystej krwi mieli zawładnąć światem. A jak wiemy z poprzednich tomów Harry’ego Pottera rodów czystej krwi było coraz mniej. Niektóre z nich wcale nie były takie czyste. Cóż mógł zrobić w takiej sytuacji Voldemort? Wybrał najgodniejszą czarownicę czystej krwi, jaką znał i pozwolił jej wydać na świat potomka Salazara Slytherina. Kolejnego czarodzieja o szlachetnym pochodzeniu i wężoustego.

Nie, Voldemort z całą pewnością nie kochał Bellatriks. Wątpliwe też, by ją pożądał. Voldemortowi zależało tylko – mówiąc brzydko – na przedłużeniu swojego gatunku. Cel uświęca środki. 

Mało przekonujące? W takim razie przyjrzyjmy się jeszcze zamiłowaniu Voldemorta do sprawowania władzy. Czarny Pan chciał być wielbiony, chciał też, by wszyscy znali jego imię i się go obawiali. Do tego pragnął być nieśmiertelny. Mówiąc krótko: chciał być bogiem. Posiadanie potomka było też o tyle wygodne, że miałby kogoś, komu mógłby powierzyć czarną robotę. Nie jest zresztą nowością, że historyczni władcy – w tym ci najbardziej despotyczni i nikczemni – woleli otaczać się rodziną i bliskimi, ponieważ nikomu innemu nie byli w stanie zaufać. 

Choć trudno się z tym pogodzić, obraz Voldemorta jako ojca dziecka, które ma być początkiem nowej generacji czarodziejów czystej krwi oraz ma sprawować pieczę nad nowym porządkiem, ma olbrzymi sens w odniesieniu do poprzednich siedmiu tomów i słów wypowiadanych w nich przez Voldemorta. 

W tym kontekście wręcz nieprawdopodobne wydaje się, by Voldemort nie starał się przedłużyć linii szlachetnego rodu Salazara Slytherina! 

PRZEPOWIEDNIA
J.K. Rowling niejednokrotnie poddawała dyskusji istotę przepowiedni. Czy przepowiednia, która dotyczyła Harry’ego i Voldemorta miałaby szansę się ziścić, gdyby żaden z nich o niej nie usłyszał? To Voldemort nadał jej moc, gdy zaatakował Potterów, by zabić Harry’ego. To on zgodził się na jej warunki. 

W Przeklętym Dziecku mamy analogiczną sytuację, kiedy Delphi robi wszystko, byle doprowadzić do wypełnienia przepowiedni. Dopiero słowa Scorpiusa zmieniają jej podejście. To młody Malfoy dostrzega chwiejną naturę przepowiedni. Przecież można im zapobiegać! Można działać prewencyjnie. Porażka nie załamuje Delphi – ona wie, że może uprzedzić proroctwo. To różni ją od Voldemorta, którego dążenia były ślepe i ograniczone. 

KONKLUZJA
Wiele w Przeklętym Dziecku skłania do tego, by nie odbierać go jako kontynuacji Insygniów Śmierci. Banalna fabuła ma na celu tylko i wyłącznie ucięcia spekulacji – Rowling długo zastanawiała się jak rozwiązać problem ze Zmieniaczami Czasu. I go znalazła pokazując dobitnie, jakie byłyby konsekwencje najdrobniejszych zmian poczynionych w przeszłości. 

Z drugiej strony banalna fabuła to nie tylko problem Przeklętego Dziecka. Bądźmy szczerzy – mieliśmy sześć książek z nieustannie powielanym schematem: Dursleyowie – szkoła – Voldemort/inne zagrożenie. Oryginalne były niuanse, ale nie całość. Wreszcie dochodzimy do siódmego tomu, który jest typową powieścią drogi. Ta fabuła również nie jest zaskakująca! Wiemy, co znajdziemy na jej końcu i – trzeba to przyznać – jedynym zaskoczeniem jest tu prawdziwa natura Snape’a. A mimo to uwielbiamy te książki. Kochamy do szaleństwa i uważamy za doskonałe… 

Obawiam się, że Przeklęte Dziecko stanie się niesłuszną ofiarą swojej formy oraz 9 lat, które upłynęły od wydania poprzedniej części serii. Przez niemal dekadę fani stworzyli własne kontynuacje tej opowieści i pokochali je niemal tak samo mocno jak kanoniczną serię. Gdyby przełożyć Przeklęte Dziecko na język powieści – dodać opisy, rozwinąć uproszczone i przyspieszone wątki – jestem pewny, że mielibyśmy książkę mogącą konkurować z poprzednimi – książkę, która pod każdym kątem byłaby uzupełnieniem tamtych siedmiu tomów. Z pewnością znajdą się twórcy ff, którzy podejmą się wyzwania i w oparciu o scenariusz napiszą powieść. Być może wtedy więcej fanów przekona się do ósmego tomu. 

Podkreślę to, co napisałem w recenzji: Przeklętego Dziecka mogłoby nie być. Nie jest niezbędne dla serii. Ale jest fantastycznym rozwinięciem fantastycznego świata i jego reguł oraz cudownym wglądem w dorosłe życie naszych ulubionych bohaterów. Scenariusz szokuje. Niemniej sama historia jest w pełni logiczna i spójna z tym, co znamy. 

A nawet jeśli brzmi bardziej jak fanfik – czy to źle? Przecież bardzo wielu fanów kocha fanfiction, nierzadko mocniej od książek napisanych przez J.K. Rowling.

Dla mnie to zdecydowanie JEST ósmy tom Harry’ego Pottera. Widzę w tym scenariuszu przebłyski geniuszu Rowling. A sam cel uświęca miejscami banalną fabułę.
Pod tym postem można zamieszczać komentarze odnośnie fabuły Harry'ego Pottera i Przeklętego Dziecka. 
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

18 komentarze:

  1. Czyli jednym słowem nie było się o co aż tak pienić, gdy ogłoszone powstanie "Przeklętego dziecka" :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja nadal nie jestem przekonana. Pamiętam, że Rowling mówiła, że chce napisać tylko 7 części, więc pomysł na 8 część nie wyszedł od niej i pewno miała zupełnie inne wyobrażenie dotyczące przyszłości bohaterów. No cóż. Czekam na polskie wydanie i może (jakimś cudem) przekonam się do tego.

    OdpowiedzUsuń
  3. Im dalej w tekst, tym bardziej odnosiłem wrażenie, że czytam fanfik, a nie kolejną część Pottera... Mnie to nie przekonuje i mimo mojej miłości do poprzednich 7 części, do tej nic mnie nie ciągnie.
    Motyw z córką Voldzia mnie nie przekonuje, ale jest logiczny, o to akurat bym się nie buldupował, nie on jeden pukał się bez miłości czy namiętności do przyszłej matki dziecka.
    Zmieniacz czasu - też nie wyobrażam sobie, że taki ważny wynalazek nie był poprawiany, tylko korzystano z wersji powstałej x lat temu i to im wystarczyło, zwłaszcza wiedząc jakie ma wady.
    Cały motyw kilku alternatywnych rzeczywistości już brzmi jak fanfick, nie pasuje mi to do klimatu jaki powstał w powieściach.
    Może kiedyś za 20 lat to przeczytam, ale jako ciekawostkę przyrodniczą, na razie zupełnie mnie do tego nie ciągnie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Dzięki za analizę. Wczoraj pisałam, że jestem zrozpaczona fabułą i dzisiaj nie jest wcale lepiej. Ale po przeczytaniu Twojej dzisiejszej recenzji znalazłam parę plusów (możliwość ponownego spotkania ze Snape'em, Minerwą oraz poznanie nowego pokolenia).
    Nadal jednak widzę więcej minusów niż plusów. Wczoraj wieczorem poważnie zastanawiałam się, dlaczego ta historia AŻ tak bardzo mnie razi. W końcu zrozumiałam. Jak pisał Bułhakow: "Po co iść tropem tego, co się już skończyło?". No właśnie - scenarzyści mieli ogromne pole manewru. Mogli całkowicie skoncentrować się na młodym pokoleniu i ich nowym przygodom, poświęcić im maksimum uwagi, opisać jak po wojnie zmienił się czarodziejski świat pod względem polityczno - społecznym, jakie nowe problemy i czarne charaktery mu zagrażają... A tu BUM!!! Zmieniacz czasu i ZNÓW wracamy do Voldemorta! Ponownie odgrzewamy starego kotleta! Wygląda na to, że świat Rowling nie może istnieć bez Voldemorta. Że wszystkie drogi zawsze muszą prowadzić do Czarnego Pana. Jeszcze trzeba było mu wymyślić córkę. Dla mnie to zawsze będzie kiepski wątek fanfika. Faktycznie - mogę się zgodzić, że Voldemort tak chełpiący się linią Salazara, chciałby przedłużyć swój szlachetny ród. Wszystko to być może. Ale ja mimo to, nie wyobrażam sobie żeby naprawde chciał dziecko. Był tak przekonany o swojej wyjątkowości i potędze, więc czy patrzyłby na to, że jego potomek w przyszłości może być mu równy mocą? Być może stanowiłby dla niego zagrożenie? A Voldemort zawsze musiał grać pierwsze skrzypce. Pomysł z córką Voldemorta zawsze będzie dla mnie nie do przyjęcia. Pojawiające się po latach córki świetnie wypadają w wenezuelskich telenowelach. W książkach to dla mnie brak inwencji autora.
    Co mnie jeszcze zabolało. Samo stwierdzenie, że Harry'ego znów zabolała blizna. Czytając 7 tom i ostatnie zdanie, czytelnik czuł, że dla Harry'ego zaczęło się nowe życie. Że rozdział "Voldemort" się już skończył. Zasmuciło mnie też, że Harry stał się zgorzchniały i cyniczny. Oczywiście można było zakładać, że wojna odciśnie na nim swoje piętno - ale to przecież ciągle nasz Harry! Zawsze była w nim jakaś mądrość i światło, choć zdarzało mu się popełniać błędy.
    Mam wrażenie, że tą historią Rowling zakpiła sama z siebie. Mam w głowie różne wywiady z nią sprzed kilku, a nawet kilkunastu lat i jej odpowiedzi na pytania fanów odnośnie fabuły następnych tomów. Wydaje mi się, że sama sobie w wielu sprawach przeczy. Wydaje mi się, że bardzo dawno temu padło pytanie o zmieniacze czasu i z odpowiedzi Rowling można było wywnioskować, że zostały zniszczone. Teraz okazuje się, że zostały zniszczone, ale jeden się uchował... Czyli nie ma nic pewnego.I tak może być ze wszystkimi wątkami. Właściwie może się okazać, że Snape też nie umarł, a Dumbledore miał córkę. Po "Przeklętym dziecku" żadne rozwiązanie fabularne nie jest niemożliwe. Właściwie można się cofnąć w czasie o 1000 lat (jak szaleć to szaleć).

    OdpowiedzUsuń
  5. Dziękuję, że są jeszcze na świecie takie osoby, które potrafią mnie przekonać do fabuły Przeklętego Dziecka. Naprawdę, dzięki tobie dostrzegłam w tym wszystkim sens. Zgodzę się też z osóbką powyżej w sensie Harry'ego, może zacytuję: "Zasmuciło mnie też, że Harry stał się zgorzkniały i cyniczny. Oczywiście można było zakładać, że wojna odciśnie na nim swoje piętno - ale to przecież ciągle nasz Harry! Zawsze była w nim jakaś mądrość i światło, choć zdarzało mu się popełniać błędy." W epilogu widać jaki jest jego stosunek wobec syna, jaki jest wyrozumiały i stara się pocieszyć Albusa, nawet jeśli trafi do Slytherinu, jakby Harry'emu nie zależało, gdzie trafi. A tu znowu chce odseparować go od Scorpiusa.
    Wątek córki Voldemorta może tak mnie nie zaszokował jak innych, ponieważ moja przyjaciółka miała pomysł na bloga z jej główną postacią, którego fabuła również miałam sens (mimo, że to w końcu córka Voldemorta) i prawdopodobnie wdroży go w życie, bo czekała na Przeklęte Dziecko i nowe kanoniczne informacje.
    W sumie dosyć się przekonałam do sztuki, ale i tak wolę książki Rowling. :D
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  6. Wydaje mi się, że przy tych podróżach w czasie twórcy się pogubili i doszło do dużego błędu. Najpierw do roku 1994, do pierwszego zadania Turnieju Trójmagicznego cofają się Albus i Scorpius, rzucają na Cedrika Expelliarmus, co utrudnia mu wykonanie zadania i ma swoje konsekwencje w przyszłości. Później brygada z alternatywnej rzeczywistości wraca w to samo miejsce i odkręca sytuację. Tylko w takim razie w ogóle nie powinno dojść do rozbrojenia Cedrika za pierwszym razem. Zaklęcie od razu powinno zostać zablokowane. Książka ogólnie jest dla mnie sporym rozczarowaniem. Tak jak ktoś napisał powyżej, wyszłoby lepiej, gdyby przedstawione zostały w niej losy kolejnego pokolenia i tego jak funkcjonuje świat czarodziejów po zgładzeniu Voldemorta. Ingerowanie w sceny z poprzednich tomów (teraz, gdy będę czytać poprzednie tomy HP i będzie wzmianka o dniu, w którym zginęli rodzice Harry'ego, to mam sobie wyobrażać, że kilka domów dalej od nich znajduje się dorosły Harry, przebrany za Voldemorta, który rozmawia z córką Voldemorta. Serio? To brzmi irracjonalnie! :p), błędy z podróżami w czasie, pojawiające się znikąd zaginione córki - nie, nie, nie. Dla mnie historia o Harry'm skończyła się na siódmym tomie, a "Przeklęte dziecko" jest jedynie ciekawostką. Pozostanie jednak mały niesmak, że Rowling pozwoliła na taką kontynuację jej wspaniałej i dopracowanej serii :(

    OdpowiedzUsuń
  7. O matko.

    Dziecko Voldemorta nadal mnie szokuje.

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie starałam się jakoś mocno analizować ani upewniać czy wszystko w historii ma sens. Wolałam podejść do całości bardziej na luzie i faktycznie poczułam się jak przy czytaniu ff. Całkiem wciągające aczkolwiek zupełnie zbędne. Tak jak piszesz, historia wcale nie musiała powstać. Może tak byłoby nawet lepiej.
    Myślę, że warto zwrócić uwagę na fakt, że tytułowym "Cursed Child" może być nie tylko Albus, ale też Scorpius i Delphi. Na barkach każdego z nich znajduje się ciężar bycia czyimś dzieckiem, nieprzyjemny ciężar.
    Nie wiem czy to tylko ja odniosłam takie wrażenie, ale Scorpius wydał mi się ważniejszy od Albusa, a już zdecydowanie bardziej interesujący.
    Myślę też, że ta sztuka w końcu zamknie usta tym, którzy wiecznie narzekają na fakt, że Harry nie cofnął się w czasie i nie zabił Voldemorta (pomijając fakt, że już w kanonie jasno wyjaśnione było, że nawet najmniejsza zmiana może mieć drastyczne skutki).
    Kiedyś pisałam do szuflady ff o córce Voldemorta i Albusie, dlatego też ten aspekt mnie nie zdziwił xD

    OdpowiedzUsuń
  9. Nie uznam tego za 8 część serii, ale jako może takie dodatkowe uzupełnienie.

    OdpowiedzUsuń
  10. Witam. Przeczytałam artykuł i obejrzałam film i niestety nie mogę usiedzieć w miejscu. Muszę to napisać. Muszę się wypowiedzieć na temat Zmieniacza Czasu, a raczej tego, że nie zgadzam się z tym, aby wprowadzenie go było logiczne. Wątek "innego rodzaju" Zmieniacza Czasu nie dość, że jest wzięty z fanfiction (bo istnieje motyw w fanfiction, który pozwala ulepszać przedmioty, eliksiry itd.) to jeszcze kłóci się z oryginalną serią dlatego, że bohaterowie zniszczyli Zmieniacze Czasu w 5 tomie. A zrobili to, bo autorka tak chciała. A czemu autorka tak chciała? Bo były jedyną szansą na zmianę przeszłości, a w siedmioksięgu nie było na to miejsca. Czemu więc teraz nagle znalazło się na to miejsce? Bo Przeklęte Dziecko to dodatek, przez co ma prawo do naginania kanonu pod siebie.
    Nie zgadzam się też z tym, że Harry miał prawo świrować. Po to miał Hermionę za przyjaciółkę, żeby go walnęła książką w głowę, jak przestanie myśleć logicznie. A nielogiczne jest to, że bolała go blizna, bo NIE MOGŁA. Duszy Voldemorta już w nim nie było. Blizna NIE MOGŁA go boleć, więc nawet jeżeli by o tym zapomniał, to miał obok osoby, które mogły mu o tym przypomnieć. Nie wiem też, czy " Harry to nadal człowiek którego pokochaliśmy" można uznać za prawdę. Ten Harry nie jest Harrym, którego pokochałam. A przecież nie pokochałam idealnego Harry'ego tylko tego Harry'ego, który miał i dobre i złe strony. Ewolucja tej postaci skręciła tak bardzo w złym kierunku, że nie da się tego opisać słowami. Czasami miałam wrażenie, że zniknął, a na jego miejsce podstawiono kogoś zupełnie innego.
    Nie dziwię się, że zbulwersowała Cię wiadomość o tym, że Voldemort ma dziecko. Bo to typowo fanfikowy motyw. Nawet sobie nie wyobrażasz ile opowiadań z córkami Voldemorta było w sieci jakieś 10 lat temu. I tak, to dziecko nadal jest mało przekonujące, pomimo Twoich argumentów, ponieważ idea stworzenia nowej generacji czarodziejów czystej krwi ginie w momencie, gdy widzimy nazwisko Riddle. Dziecko Riddle'a nie jest ani trochę czystej krwi. Co najwyżej 3/4. Ok, Voldemort uważał siebie za nadczarodzieja itd. ale czystej krwi nigdy nie był i nie będzie. Tak samo jak Hitler nigdy nie stał się blondynem o niebieskich oczach. Ten motyw jest tak samo realny w rzeczywistości w jakiej żyjemy, jak i bzdurny pod względem fabularnym. Aż chce się powiedzieć, że zaistniał tylko dlatego, że dramat ma inną strukturę i MUSI szokować. Nie widzę innego wyjaśnienia.
    Nie mogę też się zgodzić z tym, że przełożenie Przeklętego Dziecka na tekst powieści coś by zmieniło. Nie, stałoby się coś o wiele gorszego. Byłby to wtedy po prostu kiepski fanfik. W filmie powiedziałeś "Skoro wszyscy tak lubią fanfiki, to czemu nie chcą przeczytać Przeklętego Dziecka, o którym mówi się, że jest fanfikiem?". Już odpowiadam: bo istnieje klasyfikacja fanfików. Istnieją chłamy i perły. Gdyby przepisać Przeklęte Dziecko na powieść znalazłoby się albo pośrodku albo wylądowałoby na samym dnie studni fanfiction, gdzie giną wszystkie fanfiki zbyt absurdalne i niedorzeczne, aby kogokolwiek urzec.
    Teraz, kiedy istnieje naprawdę wiele wspaniałych, świetnie napisanych fanfików, Przeklęte Dziecko nie będzie traktowane jako świetny tekst i przez to uważam, że sama baza w postaci dramatu nie jest materiałem na dobrą powieść.

    OdpowiedzUsuń
  11. Jakby tego było mało miejscami (czytając opis sztuki i spoilery) miałam wręcz wrażenie, że ta sztuka (czy tam dramat, jak kto woli) nie ma na celu domykać wątków z siedmioksięgu, a jedynie wbić nóż w plecy twórcom fanfiction. Wiele motywów tego dramatu bowiem zaczerpniętych jest z fanfiction. Jeżeli zaś połączymy to z reklamowaniem tego jako wyczekiwanego ósmego tomu rzeczywiście można odnieść wrażenie, że ktoś próbował wyśmiać nie tylko fanfiki jako takie, ale także kulturę fanowską jako całość. "Weź wszystkie najgorsze i najbardziej absurdalne motywy z fanfiction, a potem zrób z tego 8 część Pottera. To ich dobije." - tak to miejscami wygląda.
    Jako całkowicie osobny twór może to być nawet ciekawe. Gdybym miała na to patrzeć w takich kategoriach, bardziej bym się skłaniała ku zaklasyfikowaniu tego jako spin-off, aniżeli fanfiction, ponieważ z automatu wszystko, co zostało wydane w formie papierowej z miejsca nie może być fanfiction (przynajmniej w Polsce i na Zachodzie). Jeżeli popatrzymy na to w ten sposób, nie ma się naprawdę o co burzyć, bo tak po prawdzie w spin-offach może dziać się wiele rzeczy, luźno powiązanych z fabułą oryginału. Jednak jeżeli zapragniemy traktować to jako fanfik lub jako ósmą część, to wtedy czepianie się każdego najmniejszego szczegółu jest nieuniknione. Zarówno fandom, jak i fani mają prawo nie uznawać tego tekstu za kanon właśnie za względu na zbyt wiele zmian i sytuacji, kiedy fabuła Przeklętego Dziecka zwyczajnie przeczy siedmioksięgowi.
    Dużo osób mówiło w recenzjach, że Przeklęte Dziecko jest genialne ze względu na niesamowicie zabawne dialogi, więc jeżeli potraktujemy to jako spin-off, będziemy mogli bez przeszkód się nimi cieszyć. Ba, może nawet dałoby się to zaklasyfikować jako coś w rodzaju celowej parafrazy zarówno siedmioksięgu, jak i fanfików?

    OdpowiedzUsuń
  12. Ja miałem cały czas nadzieje ze Albus jakos przeniesie sie w czasie kilka dekad wcześniej i tam utknie i zostanie Albusem Dumbledorem, to byłby niezły twist

    OdpowiedzUsuń
  13. Całą książkę byłam przekonana, że Albus okaże się gejem ! To przez to ciągłe przytulanie.

    OdpowiedzUsuń
  14. I tu się z Tobą nie zgodzę kochany Czytaczu - dla mnie to nie jest ósmy tom i już :) dzięki Twojej powyższej analizie przemyslałam troche bardziej to wszystko co przeczytałam i przybyło kilka plusów, ale i tak nie traktuję tej kontynuacji zbyt poważnie. Dopóki Rowling nie napisze sama ósmego tomu i nie ogłosi go ósmym tomem, co jest jak wiemy bardzo mało prawdopodobne, ,,Przeklete Dziecko" będzie dla mnie dodatkiem do serii, ciekawostką.

    OdpowiedzUsuń
  15. "Przeklęte Dziecko" jak dla mnie nawet w 20% nie jest Potterem numer 8. Przede wszystkim nie jest książką, a jedynie scenariuszem sztuki. I właśnie z tego powodu nie posiada zbytnio rozbudowanej fabuły, a ma bardzo wiele uproszczeń. Np. w sztuce nagminnie okazuje się, że Albus i Scorpius znają doskonale wszystkie wydarzenia z poprzednich siedmiu tomów. A jestem przekonany, że Harry niechętnie opowiadałby komukolwiek o szczegółach swoich przeżyć.
    Poza tym upraszczanie spowodowało wiele błędów fabularnych i nielogiczności. Np. bohaterowie cofają się w czasie i obserwują Lily Potter wychodzącą z Harrym na spacer, a przecież ona była pod działaniem zaklęcia Fideliusa. Odnaleźć mogli ją (i Jamesa) tyko Ci, którym ich miejsce pobytu zdradził Strażnik Tajemnicy (czyli Peter Pettigrew). A ten osobiście powiedział o tym tylko Voldemortowi. Więc mimo iż bohaterowie wiedzieli gdzie zginęli rodzice Harry'ego, zaklęcie powinno im uniemożliwić odnalezienie ich domu. To tylko jeden z wielu przykładów licznych błędów. Innym np. jest fakt, że Albus trafił do Slytherinu mimo iż jasno pokazał, że tego nie chce. W epilogu 7 tomu Harry mówi mu, żeby się nie martwił, bo jak powie Tiarze, że nie chce trafić do Slytherinu, to ta weźmie to pod uwagę. I co? W przypadku Harry'ego wzięła pod uwagę jego zdanie a w przypadku Albusa już nie?

    Ponadto samo podróżowanie w czasie jest śliską sprawą. Jeśli syn Harry'ego odbyłby te podróże, to musiałby się pojawić w scenach z powieści "Czara Ognia" (przynajmniej być wspomniany jako ktoś, kogo nie znamy) - analogicznie do scen z "Więźnia Azkabanu" kiedy Harry sam ratuje siebie przed pocałunkiem dementora. Niczego takiego w 4 tomie nie ma, więc ten motyw ingerowania w losy Cedrika w ogóle nie pasuje do poprzednich tomów.

    OdpowiedzUsuń


  16. Scenariusz ma jednak jeden bardzo duży plus - psychologiczny rozwój postaci. Ich relacje i problemy zostały pokazane w bardzo mądry i prawdziwy sposób. Praktycznie samymi dialogami oddano wiele poruszających emocji, zwłaszcza w relacjach Harry'ego z Albusem. Podobał mi się także wątek z kocykiem Harry'ego, bo tutaj właśnie zachowano logiczność podróży w czasie. Napis na kocyku był zawsze, ale odkryto go dopiero po latach. To genialnie wymyślono. I zrobiła na mnie wrażenie scena w labiryncie z Cedrikiem, kiedy Albus i Scorpius zrozumieli, że nie mogę go ocalić. Wpadł na nich w labiryncie, ocalił im skórę, a Albus pozwolił mu odejść, wiedząc że to oznacza dla Cedrika śmierć.

    Ta scena nie kłóci się z 4 tomem, bo takie wydarzenia faktycznie mogło mieć miejsce. W końcu w książce nie opisano, co dokładnie przeżywał Cedrik w labiryncie. Wydarzenia w trzecim zadaniu widzimy z punktu widzenia Harry'ego. Mogło więc być tak, że Cedrik spotkał kogoś z przyszłości, ale nie wiedział o tym i uznał to za element zadania. W każdym razie ta scena jest świetna i w mojej wyobraźni miała bardzo mroczny klimat.

    Sam pomysł podróżowania w czasie nie jest specjalnie oryginalny, ale mam wrażenie, że został wprowadzony po to, aby fani Harry'ego mogli zobaczyć na teatralnej scenie ukochane postaci i momenty, które tak dobrze znamy z książek. Niby jest to coś nowego, ale jednak widzimy też momenty znane z 4 tomu.

    Absolutnie durny jest dla mnie pomysł z plotkami na temat tego, kto jest ojcem Scorpiusa. Plotki, że niby jest to Voldemort są dla mnie tak debilne i naciągane, że aż trudno mi uwierzyć, że Rowling na coś takiego pozwoliła. Podobnie jak rzekoma ciąża Bellatrix. Wierzycie, że śmierciożercom udałoby się ukryć istnienie dziecka Voldemorta, jeśli urodziła by je jedna z najbardziej znanych i rozpoznawanych śmierciożerczyń? Już bardziej wiarygodne byłoby gdyby Voldemort wykorzystał na boku inną laskę, a śmierciożercy by o tym nie wiedzieli.

    Trzeba jednak pamiętać, że "Przeklęte Dziecko" to nie jest kolejna powieść cyklu. To raczej taki artystyczny eksperyment, który o zgrozo postanowiono opublikować w formie książki (i teraz ten eksperyment mylnie będzie brany za ósmy tom). Myślę, że fabuły sztuki nie należy traktować na poważnie, bo była ona układana na potrzeby teatru. Wierzę, że jeśli Rowling zdecydowałby się napisać ósmą powieść, to byłoby to coś oryginalnego - z wciągającą fabułą i zaskakującym, drugim dnem wydarzeń. Dlatego nie stawiam "Przeklętego Dziecka" na równi z książkami i nie traktuję tego jako kontynuacji cyklu, a raczej jako taką teatralną zabawę Potterem.

    Ogólnie w skali szkolnej (1 - 6) - oceniam scenariusz na 3+. A tak niską ocenę tłumaczę sobie tym, że nie jest to dzieło Rowling tylko dwóch panów, którym ona tylko pomagała (czyli być może tylko doradzała).

    OdpowiedzUsuń
  17. Jednak gdyby Voldi miał córkę wtedy miałby potężnego sprzymierzeńca

    OdpowiedzUsuń
  18. Pierwsza połowa książki była wciągająca, dająca do myślenia co by to było gdy można było coś zmienić, druga natomiast potoczyła się jakby o wiele za szybko, było o wiele za dużo uproszczeń, choć nie powiem książkę czytało się bardzo lekko.

    OdpowiedzUsuń