"Rywalki" - Kiera Cass

35 dziewczyn. Jedna korona. I jeden Czytacz. 

Po latach skutecznego udawania, że coś takiego jak Rywalki nie istnieje – a przynajmniej nie jest to, coś czym Czytacz powinien sobie zaprzątać głowę - ciężar popularności serii napisanej przez Kierę Cass, opadł na ramiona czytaczowej małżonki. Biedna, słaba kobieta nie wytrzymała i wypożyczyła w końcu tom pierwszy tej historii.  

- Dowiedzieć się muszę, co inni przedstawiciele mego gatunku [kobiety – przyp. red.] widzą w tej serii! – Prawie takimi słowami rzekła. 

Jak widziałem tę książkę przed lekturą? 

Oto mamy Dżoanę, która wychodzi na podium i zwraca się do zebranych przedstawicielek płci pięknej: 
- Dzeń dobłry ciewczenta! Oto stajeci przed szansą na zdobycie kołrony i zostanie kolejną tap madl! 

Wiedziałem, że nawet Czytaczowa małżonka nie zniosłaby tego typu książki, toteż kiedy dziewczę to poczęło parskać śmiechem, wzdychać i zachwycać się czytając Rywalki, Czytacz uczuł w sercu ukłucie. A było to ukłucie zazdrości. 

Niezależnie od wszystkiego, musiałem przeczytać tę książkę. 
Przynajmniej po to, by sprawdzić, czy dobry gust czytelniczy mej wybranki nie zaczął szwankować na stare lata… 

Dla trzydziestu pięciu dziewcząt Eliminacje są szansą ich życia. To dzięki nim mają szansę uciec z ponurej rzeczywistości. Ze świata, w którym panują kastowe podziały, wprost do pałacu, w którym będą spełniane ich życzenia. Z miejsca, gdzie głód i choroby są na porządku dziennym, do krainy jedwabi i klejnotów. Celem Eliminacji jest wyłonienie żony dla czarującego i przystojnego księcia Maxona.

Każda dziewczyna marzy o tym, by zostać Wybraną. Każda poza Ami Singer.

Dla Ami Eliminacje to koszmar. Oznaczają konieczność rozstania z Aspenem – jej sekretną miłością i opuszczenie domu. A wszystko tylko po to, by wziąć udział w morderczym wyścigu o koronę, której wcale nie pragnie.

Jednak gdy spotyka Maxona, który naprawdę przypomina księcia z bajki, Ami zaczyna zadawać sobie pytanie, czy naprawdę chce za wszelką cenę opuścić pałac. Być może życie o jakim marzyła wcale nie jest lepsze niż to, którego nawet nie chciała sobie wyobrazić…

No dobrze. Fajnie. Ale że co? 
Chmara dziewuch walczy o księcia z bajki? Super. 
Czekam na dobrą wróżkę. 

Nie było istotne jak postrzegałem tę książkę przed rozpoczęciem czytania. To jak ją sobie wcześniej wyobrażałem, przestało mieć jakiekolwiek znaczenie, kiedy tylko zacząłem czytać i… kilkadziesiąt stron przeminęło jak z bicza strzelił. Nie mam sklerozy, a mimo to nie pamiętam, kiedy ostatnio w tak szaleńczym tempie pochłaniałem książkę. Słowo za słowem, strona za stroną, rozdział za rozdziałem. 

A apetyt rósł. 

Rywalki Kiery Cass to na pozór nic nowego. Prosty, z góry zaznaczony wątek, nieco przewidywalna fabuła i spora dawka baśni w klimacie powieści młodzieżowej. Ale ten styl… Ta umiejętność snucia opowieści, wciągania do fikcyjnego świata i poruszania najczulszych strun w sercu… Wszystko to sprawiało, że nie potrafiłem się oderwać od Rywalek – ba, nawet przez myśl mi nie przeszło, by choć pomyśleć o myśli o oderwaniu się od nich! 

Zatraciłem się w babskiej opowieści, której bohaterowie nie są najlepiej rozwiniętymi postaciami o jakich czytałem. W opowieści, której głównym celem jest rozkochanie w sobie księcia z bajki i zwycięstwo w Eliminacjach, w których stawką jest nie tylko ciacho w formie wspomnianego już księcia, ale i korona (najpierw księżniczki, później królowej!). 

Jak to wszystko skomentuję? 
Wielkim błędem było ocenianie Rywalek po pozorach. Ta książka – mimo całej swojej niegenialności JEST absolutnie genialna! Stanowi przednią rozrywkę i niejednokrotnie sprawia, że serce bije szybciej. To ciekawa wizja przyszłej wersji Stanów Zjednoczonych (akcja rozgrywa się po IV Wojnie Światowej), które w niczym nie przypominają dzisiejszej potęgi. No i ciekawe spojrzenie na arystokrację z przyszłości oraz na problemy, z jakimi zmaga się młode królestwo i jego obywatele. 

Podsumowując krótko: zaskakująco dobra książka, świetnie napisana i niewytłumaczalnie mocno wciągająca. Prawdziwy klejnot wśród książek młodzieżowych. 

Moja żona znowu miała rację. Niech to szlag.
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

9 komentarze:

  1. Świetna recenzja. Ja niestety po pierwszej części nie mam okazji, by zacząć następną, a szkoda.

    OdpowiedzUsuń
  2. Chodzi za mną i chodzi ta książka. Ale po takiej Twojej recenzji koniecznie muszę po nia teraz sięgnąć.

    OdpowiedzUsuń
  3. Akurat czytając pierwszy rozdział pierwszej części powiedziałam: "Ktoś to czyta?!". Było to chwile po polskiej premierze. Kilka tygodni później dałam jej drugą szansę i miałam zupełnie to samo co ty tu opisywałeś.
    Porywająca, luźna recenzja. Troche jak książka którą recenzowałeś. 😉

    OdpowiedzUsuń
  4. Ach, mój średnio-merytoryczny komentarz wskazujący słabość tej recenzji niewygodny, fajnie. Cenzura na takim profeszynal blogasku ;').

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, Twoja pseudoreklama Twojego blogaska. ;)

      Usuń
    2. To nie był mój blogasek, słońce, to był blog, którego autorzy w przeciwieństwie do ciebie wiedzą, co to jest krytyczne myślenie :').

      Usuń
    3. To info zmienia moje życie. Ale na dobrą sprawę: co mnie obchodzi do kogo linki wrzucasz na MOJEJ stronie? Reklama to reklama.

      A Ty mogłobyś, wrażliwiątko słodkie, nauczyć się szanować zdanie innych, bo to co robisz od pierwszego komentarza, jest żałosne. Nie musisz się zgadzać z moją opinią, ale atakując mnie i starając się wmówić, jaki to głupi i niewyrobiony jestem, bo prezentuję taką czy inną opinię, okazujesz się być po prostu bucem. :)

      Nie podoba ci się moja piaskownica, więc zabierz swoje zabawki i idź do innej. :)



      Usuń
  5. Kochany Czytaczu!
    Z głębi serca ogromnie Cię hejtuje. Dzięki Twojej recenzji zamiast pisać pracę magisterską pochłaniam rozdział za rozdziałem :)
    Serdeczne dzięki
    (jeszcze długo bez tytułu magistra) Agnieszka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Droga Agnieszko,

      decyzję o porzuceniu studiów i zerwaniu z marzeniem o zdobyciu tytułu magistra podjąłem spontanicznie i uważam, że była to jedna z najlepszych decyzji, jakie w życiu podjąłem.

      Wierzę, że nawet bez tytułu magistra można w życiu osiągnąć wszystko, czego się tylko pragnie. Kwestią jest determinacja. Więc nawet jeśli nie zostaniesz magistrem, to ciesz się chwilą i uwierz w siebie, a osiągniesz wszystko! :D

      Pozdrawiam,
      Czytacz :D

      Usuń