"Elita" - Kiera Cass

Jeszcze nim Rywalki zdążyły ostygnąć na półce, Czytacz rzucił się na Elitę (żeby nie dodać, że jak Reksio na parówkę). Co prawda – jako facet – byłem w gorszym położeniu, ponieważ nigdy nie marzyłem o zostaniu księżniczką, toteż trudniej było mi pojąć, jakież to uczucie może towarzyszyć pannie, która staje przed potencjalną szansą przywdziania korony. A to peszek. Zresztą, Księciem też nie chciałem być (jako dziecko chciałem być terminatorem)… Co ja tutaj robię i dlaczego czytam tę książkę!? 

Tym razem podszedłem do mojego umilacza czasu wolnego z prawdziwym szacunkiem i nadzieją. Nadzieją na to, że ten tom – poza fantastycznym stylem i fenomenalną narracją – zaoferuje mi nieco bardziej złożonych bohaterów i być może bardziej złożoną fabułę. No i może jakiś zwrocik akcji, albo dziesięć? 

Do pałacu przybyło trzydzieści pięć dziewcząt. Teraz zostało ich tylko sześć.

Ami książę Maxon stają się sobie coraz bliżsi, jednak dziewczyna wciąż pamięta o Aspenie, chłopaku, którego darzyła szczerą miłością jeszcze zanim trafiła do pałacu. Aspen jest jednym z żołnierzy strzegących bezpieczeństwa kandydatek, a to wcale nie ułatwia Ami zrozumienia własnych pragnień.

Zaczynamy z kopyta. Się dzieje się. I to sporo. 
I dziewuchy dalej walczą o swojego księcia. 
Finał się zbliża, czas przygotować komórki do wysyłania smsów. A nie, sorry, to nie ta bajka. 

Tym razem konkurencja się zaostrza, bo i rywalek zostało mniej. Częściej dochodzi do bezpośrednich starć pomiędzy kandydatkami na księżniczkę i są one coraz bardziej… hmm… barwne. Jak to bitwy między dziewuchami. Potwierdzam: jako Czytacz płci męskiej, miałem niezły ubaw z oglądania jak kobiety biją się o faceta. 

Na pozór trudno rozpatrywać Elitę jako osobną historię – to po prostu ciąg dalszy opowieści rozpoczętej w Rywalkach. Styl i poziom się nie zmieniają. Teoretycznie można byłoby w tym miejscu wstawić ¾ poprzedniej recenzji i byłoby po sprawie. Ale… 

Ale mniejsza ilość bohaterów skutkuje tym, że na wybranych pada więcej światła. I czasami światło to utrzymuje się na nich nieco dłużej, dzięki czemu poznajemy nowe historie oraz sekrety. W tym sekrety księcia Maxona i jego ojca. Brzmi smakowicie i w istocie tak jest, choć nadal trudno doszukiwać się w tej serii jakiejś szczególnej głębi. To dobry czasoumilacz.  Niejednokrotnie zdarza się podczas lektury, że serce przyspiesza pracę i coraz częściej odczuwa się niepokój i niepewność względem zakończenia tej opowieści. A to już coś! 

Bliższe poznawanie niektórych bohaterów niesie ze sobą też negatywy. Niektóre relacje są boleśnie irytujące i krew się w żyłach gotuje, kiedy kolejne strony opierają się właśnie na nich. Tajemnica goni tajemnicę, a niepewności jest tu pod sam sufit. Oficjalnie dołączam do klubów #killAspen oraz do #tortureAspen oraz #kickAspen. #KickAmerica też. Nasza urocza, rudowłosa bohaterka bywa niezwykle irytująca w swojej niepewności i braku niezdecydowania. 

Niestety, Elicie nie udaje się uniknąć syndromu środkowego tomu. Na ogół bywa, że w trylogiach drugi tom uchodzi za najsłabszy. Nie inaczej jest w przypadku Rywalek. Kiera Cass dwoi się i troi, żeby zaskakiwać i mieszać, jednak bywa, że chwilami za bardzo rozwodzi się nad nieistotnymi szczegółami, które omawia z dużym zaangażowaniem i pieczołowitością. Trudno tu mówić o przegadaniu książki, ale niektóre detale – powtarzane po kilkanaście razy – są po prostu zbędne. 

Na szczęście Elitę czyta się równie dobrze jak pierwszy tom, w związku z czym nawet pewne niedogodności nie są w stanie zadusić przyjemności z lektury. Mają na to zbyt krótkie rączki i koślawe paluszki. Na szczęście! 

Może i słabsza od Rywalek, może i bardziej irytująca, ale tak czy siak, Elita to dobra rozrywka pozwalająca na oderwanie się od świata na jakiś czas. Niestety, jest to krótki czas, ponieważ powieść Kiery Cass pochłania się obrzydliwie szybko. 
Warto przeczytać. Nawet jeśli się nie jest dziewczyną/księżniczką/żabą.

Obejrzyj również:
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

1 komentarze:

  1. Rywalki były jedną z moich ulubionych serii, ale żałuję, że nie zakończyłam jej na trzecim tomie :( Ostatni - piąty tom jest moim zdaniem najbardziej naciągany. A co do syndromu środkowego tomu to faktycznie muszę się zgodzić, większość trylogii tak ma. Polecę za to serię "Dimily". Książki tez bardziej dla dziewczyn, ale za to drugi tom jest jeszcze lepszy od poprzedniego:)
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń