"7 dni" - Eve Ainsworth

Zbyt długo odkładałem zrecenzowanie tej książki, lecz miałem ku temu powody. I teraz będzie poważnie. Przygotujcie sobie chusteczki, bo poleją się łzy: Czytacz był niegdyś szykanowany i poniżany. Był ofiarą losu i workiem treningowym. Był klasową niedorajdą i lamusem. 

Śmiało mogę przyznać, że 7 dni Eve Ainsworth odebrałem bardzo osobiście. Tak samo osobiście, jak osobiście znosiłem blisko dwa lata obelg, kuksańców, gróźb i ogólnego pomiatania mną… Jest się nad czym rozczulać, ale potworny problem polega na tym, że nie zamierzam się rozczulać i współczuć ani sobie, ani innym ofiarom. Problem ofiary często polega na tym, że nie potrafi powiedzieć NIE. Problem stręczyciela – że nie potrafi odpuścić, dopóki nie znajdzie punktu zapalnego. 

Pomimo stosunkowo niewielkiej ilości stron, 7 dni nie było dla mnie lekką lekturą. 

Jeden prześladowca, jeden cel, dwie ofiary…

Jess jest otyła, nosi niemodne ubrania, jest nieśmiała i nie chce rzucać się w oczy. Kez to jej przeciwieństwo – przebojowa, atrakcyjna i jedna z najbardziej popularnych dziewcząt w szkole. Ich drogi krzyżują się pewnego popołudnia, a Kez zaczyna zamieniać życie Jess w piekło, dręcząc ją i upokarzając. Cała sytuacja nie jest jednak tak jednoznaczna jakby się wydawało, ponieważ z pozoru idealna Kez, za fasadą pewności siebie, ukrywa bolesną tajemnicę…

Spodziewałem się, że to będzie jednostronna historia bohaterki, która mierzy się z okrutnym prześladowaniem. Spodziewałem się, że w książce Eve Ainsworth znajdę ofiarę i okrutny świat wokół niej. Nie spodziewałem się, natomiast, że otrzymam opowieść stanowiącą kompletny obraz z dwóch perspektyw: ofiary i prześladowcy. 

Aisnworth wprowadza czytelnika do głów bohaterek książki: Jess i Kez. Szybko poznajemy ich życia, marzenia, obawy i motywację. Kolejne rozdziały odkrywają przed nami karty, pokazując, co z czego wynika. 

W 7 dni tylko pozornie mamy podział na dobro i zło. Tak naprawdę okazuje się, że każda strona jest zarówno dobra, jak i zła. Każda strona jest reprezentowana przez człowieka. Ta książka jest bardzo prawdziwa i trafia jak strzała wystrzelona przez Robin Hooda w jabłko. 

W tej historii jest pełno podłości, pełno bólu i żalu. Jest też i lęk oraz brak poczucia własnej wartości. 

Czytałem i wiedziałem, że Ainsworth ma rację. Przekładając doświadczenia fikcyjnych bohaterek na realne – na to, co sam przeżyłem i co przeżywał mój prześladowca – widziałem w tym samą prawdę. Bez upiększeń. Bez niepotrzebnego patosu. Oto naga prawda. Brutalna i bolesna. 

Świetnie napisana, konkretna i bogata w rozwinięte portrety psychologiczne bohaterów – gorzej, że podchodząc szczerze do tej książki, nie jestem w stanie jej jako takową postrzegać. Zbyt dużo w niej prawdy. Zbyt dużo refleksji nasuwa się w trakcie lektury… 

Wiem, że znajdzie się wiele osób, które będą w stanie potraktować 7 dni jak zwykłą książkę. Jedną z wielu. Może genialną, może żałosną. Ale zawsze książkę.  Z drugiej strony znajdą się tacy, którzy przeżyli coś podobnego i którzy – podobnie jak ja – nie będą potrafili napisać jej rzetelnej recenzji. Trudno recenzować swoje życie. 

Jakkolwiek 7 dni Eve Aisnworth nie jest najlepszym, co w życiu czytałem, z pewnością jest najbardziej trafne. To niesamowita książka. Prawdziwa w każdym słowie. I podobnie jak prawda: jej piękno nie jest tu najważniejsze.


O książce mówię również tutaj:
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz