"Zero" - Marc Elsberg

Facebook do tej pory nie może mi wybaczyć, że nie przekazałem mu swojego numeru telefonu. W całym moim dwudziestosiedmioletnim życiu nie znalazł się nikt, kto tak mocno zabiegałby o mój numer. Nie wiem, czy powinno mi to pochlebiać czy dołować… 

Ilekroć klikam na krzyżyk, wyobrażam sobie, że ktoś po drugiej stronie Facebooka zaczyna szlochać w podusię. I byłoby to moje małe zwycięstwo, gdyby nie fakt, że serwis Zuckerberga zna dane mojej karty kredytowej, dane mojej żony, daty naszych rocznic i wie jakie książki czytam i gdzie o nich piszę. 

Prawda jest taka – i w swojej najnowszej książce, Zero, pisze o tym Marc Elsberg – że w zamian za odrobinę wygody, oddaliśmy za darmo dane, których nie powinniśmy byli sprzedawać nawet za grube pieniądze. Bo nigdy nie wiemy, kto znajduje się po drugiej stronie i do czego je wykorzysta. 

Londyn. Podczas pościgu zostaje zastrzelony młody chłopak. Cynthia Bonsant, dziennikarka, próbuje wyjaśnić jego śmierć. Trop wiedzie do popularnej platformy internetowej Freemee, która specjalizuje się w gromadzeniu i analizowaniu danych, obiecując milionom swoich użytkowników lepsze, obfitujące w sukcesy życie. Jednak ktoś ostrzega stawiającą pierwsze kroki w wirtualnej rzeczywistości dziennikarkę przed Freemee i jej potęgą. Tym kimś jest Zero, jeden z najbardziej aktywnych użytkowników sieci. Im szersze kręgi zatacza dziennikarskie śledztwo, tym większe niebezpieczeństwo grozi Cynthii. Ale w świecie pełnym kamer, terminali płatniczych i smartfonów ucieczka okaże się niemożliwa…

Najnowsza powieść Marka Elsberga wykazała się szczególnie silną mocą przyciągania. Mając mgliste o niej pojęcie, zawsze zwracałem na nią uwagę, kiedy tylko wchodziłem do jakiejkolwiek księgarni. Czarowała nie tylko okładką, ale i tematyką. Dla ludzia mojego pokroju – lubującego się w tematyce social mediów – było to jak zaproszenie wysłane na złotym papierze. Nie mogłem odmówić. 

I nie musiałem. Zanim na dobre zacząłem pożądać tej książki, empik zrobił mi niespodziankę i wrzucił ją na promocję. 

Pierwsze wrażenia z książki nie były dobre. Mówiąc o pierwszych – mam tu na myśli wrażenia jeszcze sprzed rozpoczęcia lektury. Specyficzny materiał wykorzystany na okładce woła o pomstę do nieba. Wystarczy jeden – nawet nie zły – dotyk, a na okładce zostają ślady, których nie idzie się pozbyć. W konsekwencji, po jednym czytaniu okładka wygląda jak – za przeproszeniem – wyrzygana. 

Zapomnijmy o okładce. Przecież treść jest ważna! 
Absolutnie genialne są wszelkie wątki dotyczące nowoczesnych urządzeń, technologii i aplikacji. Jak zapewnia sam Elsberg, każda z opisanych technologii aktualnie funkcjonuje. Śmiało można powiedzieć, że przyszłość nadeszła dzisiaj. 

I faktycznie. Wystarczy trochę poszperać w sieci, by móc oddać autorowi słuszność. Choć Zero zdaje się prezentować jako barwne science-fiction, nie mija się z prawdą. I to najbardziej szokująca cecha tej książki. Jej siła, potęga i potężna czarna dziura, która pochłania uwagę bez reszty. 

W tym momencie musi paść wielkie, kosmate i bezlitosne: ALE. Ale, które ma moc kuli burzącej. Ale, które niechętnie odejmuje punkty książce. 

Mianowicie: wątek głównej bohaterki, dziennikarki oraz nagłego przewrotu w rejonach bliskich jej życia osobistego, zdaje się być mocno naciągany i chwilami mocno niedorzeczny. Fakt prowadzenia dziennikarskiego śledztwa jest fajny. Fakt, że 99% wszystkich wydarzeń wiąże się z główną bohaterką nie jest fajny. Cynthia Bonsant, rzeczona bohaterka i dziennikarka, jest pępkiem świata w tej książce. Kobieta przechodzi błyskawiczną ścieżkę od zera do bohatera, choć w jej przypadku można polemizować zarówno z zerem, jak i bohaterem. Myślę, że za dużo istotnych wydarzeń dzieje się wokół niej. Zwłaszcza biorąc pod uwagę strasznie krótki czas akcji. Bardziej niż naciągana wersja Roberta Langdona w spódnicy. A można było łatwo temu zapobiec: jednego trupa powiązanego z bohaterką mniej, jednej akcji z jej udziałem mniej i byłoby przynajmniej dobrze. 

Wątki personalne, skupiające się na człowieku bardzo mocno odstają od tego, co stanowi źródło potęgi i mocnego przekazu tej książki – problemu oddawania danych osobowych, niekontrolowanego rozwoju technologii i aplikacji, które tylko pozornie mają służyć swoim użytkownikom. 

Skończywszy książkę, poczułem pewien niedosyt. I rozczarowanie. Paradoksalnie: Zero Marka Elsberga to naprawdę dobra książka. Historia została dobrze w niej opowiedziana, emocji i napięcia nie brakuje, zdarzają się i chwile, kiedy serducho zabije mocniej… Tyle, że moje oczekiwania były większe od tego, co dostałem. Możliwe, że liczyłem na większą dawkę realizmu i otwarte zakończenie. Tak jak w filmowym Rambo – niby historia ma być dramatem weterana wojennego, który po wojnie nie potrafi znaleźć sobie miejsca na świecie, a jednak z filmu i tak najbardziej zapamiętuje się ciągłą akcję, strzelaniny, masę trupów i niezniszczalność bohatera. Myślę, że Zero cierpi na podobny syndrom. 

Ale jest dobre.

MINI RECENZJA RÓWNIEŻ W FILMIE:
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz