"PAX. Upiór" - Ingela Korsell, Asa Larsson

Ktoś (być może był to nawet człek zacny i mądry) powiedział niegdyś, że największe rarytasy najlepiej smakują dawkowane w małych porcjach. Chodziło zapewne o to, by zachwycać się cudownym smakiem, delektować nim, a nie zwyczajnie nażreć jak świnia, aż brzuch rozboli z przejedzenia. Z pewnością nie odnosi się to do książek. Bo książką, a zwłaszcza tą dobrą, nie sposób się przejeść! 

Skoro mam już mądre refleksje za sobą, powiem o co tyle szumu. 
PAX. Upiór właśnie pojawił się w księgarniach, a to oznacza, że fani tej ultrahiperkapitalnej serii będą mieli piątą okazję do zatonięcia w świetnie wykreowanym świecie i obcowania z genialnymi bohaterami (Hej-Henry, tęskniłem!). 

Piąty tom bestsellerowej serii o groźnych i niesamowitych przygodach dwójki braci z miasteczka Mariefred. Czas pulsuje i nadchodzi ciemność. Jest grudzień, mieszkańcy miasteczka przygotowują się do jarmarków świątecznych i pochodu św. Łucji. Ale nie mają pojęcia, jak przerażające będą tegoroczne obchody... Niewinna zabawa szybko staje się niebezpieczna, gdy otwiera się furtka na drugą stronę i po mieście zaczynają grasować trzy upiory.

Alrik i Viggo prowadzą walkę z czasem. Trzeba szybko pokonać potwory – zanim zamkną ludzi w swoim śmiertelnym uścisku!

Zawsze powtarzam, że kolejne tomy serii PAX są jak jej kolejne rozdziały. Nie da się traktować tych książek jako oderwanych od siebie historii, a to dlatego, że tomy kończą się cliffhangerami, a kolejne rozpoczynają dokładnie w momencie zakończenia poprzedniego. Mówiąc wprost: to jedna historia, która – nie wiedzieć czemu – została podzielona na dziesięć tomów. Ba, nawet rozdziały nie są od nowa numerowane (co oznacza, że piąty tom zaczyna się od rozdziału nr 128)! Czysto teoretycznie, mógłbym zrobić kopiuj-wklej którejkolwiek z recenzji poprzednich tomów i byłoby pozamiatane! 

I byłoby to całkiem uzasadnione, biorąc pod uwagę, że te książki utrzymują się na stałym, bardzo wysokim poziomie. I mówiąc bardzo wysokim mam na myśli naprawdę BARDZO wysoki poziom. W swojej kategorii ta seria jest dla mnie niekwestionowanym numerem jeden. 

Mógłbym powielać się i na nowo tłumaczyć za co kocham PAXy. Bo fajni bohaterowie, ciekawa fabuła, cudowna konstrukcja świata i olbrzymia doza naturalności… Ale piąty tom, PAX. Upiór trafił do mojego czytaczowego serca (nie mylić z włochatym sercem czarodzieja) z jeszcze jednego powodu… 

Być może jeszcze nie chwaliłem się moim barwnym dzieciństwem, toteż uczynię to teraz. Otóż, pacholęciem (słodkim, że hej!) będąc, zaledwie lubiłem Gumisie czy Smerfy, natomiast szczerze kochałem… horrory. Powrót żywych trupów czy Dracula – starszy brat nie dopuścił, bym miał tyły, toteż chętnie wypychał moją psychikę krwią i potworami. Wśród moich ulubieńców był On. Candyman. Facet, którego można było wezwać, powtarzając jego imię przed lustrem. Oczywiście, każdy kto się odważył, padał trupem. Hak Candymana był nieomylny. 

I teraz – wiele, wiele lat później (jakby nie było – wiek później, bo film ten oglądałem jeszcze w XX wieku), miłe wspomnienia tamtego filmu powróciły, a to za sprawą piątego tomu! PAX. Upiór opiera się na tej samej zabawie – zabawie w przyzywanie demonów z lustra. 

Możecie się tylko domyślać, jak wielką frajdę sprawiła mi ta książka właśnie dzięki temu motywowi! 

I co tu dużo mówić: bohaterowie znowuż byli cudowni, a jeszcze fajniejsze było to, że dołączyła do nich kolejna osoba, równie cudowna i wnosząca sporo świeżości do fabuły. Fabuła po raz kolejny zaskakuje i nie zawodzi. Ingela Korsell i Asa Larsson mają głowy pełne pomysłów, co odbija się na ostatecznym kształcie książki i fakcie, że ta historia wciąż pozostaje świeża i ma bardzo wiele do zaoferowania. 

Oczywiście, książka ma również wadę. Niezmienną: jest za krótka. Tę historię chciałoby się czytać i czytać, tymczasem kończy się ją w zaskakująco krótkim czasie. I od razu żałuje się, że właśnie utraciło się jedyną i niepowtarzalną okazję do przeczytania jej po raz pierwszy. 

Podsumowując: PAX nie zwalnia – brnie mocno do przodu i nieustannie zaskakuje. To seria z charakterem i – jestem tego pewny – jeszcze niejednego asa trzyma w rękawie. Jaki będzie kolejny? Zapewne przekonamy się czytając tom szósty. Oby tylko pojawił się szybciutko w sprzedaży!


O książce gadam również tutaj:
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

2 komentarze:

  1. Takie przyzwanie ducha z lustra zawsze mnie przerażało i robi to do teraz. Wierzę w to czy nie, ale nigdy bym sama tego nie zrobiła. xD
    Mimo twojego wiecznego zachwytu nad tą serią, nie czuję jakby była ona dla mnie. Mam wrażenie, że będzie to coś w typie serii Cornelii Funke "Łowcy duchów", a już mnie takie serie nie kręcą. Za to gdy byłam młodsza to zaczytywałam się w horrorach dla dzieciaków, którymi były serie "Szkoła przy cmentarzu" i "Miastoczko z piekła rodem" ~polecam. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja miałem z 8 lat, kiedy przyzywałem Candymana w łazience, a potem bałem się wyjść z wanny. Co prawda nikt mnie nie zabił, ale wspomnienia pozostały. :D

      Na ogół nie przepadam za takimi seriami i wysiadam po kilkunastu stronach, ale "PAX" od początku był wyjątkowy. :D

      Usuń