"Niezbędnik obserwatorów gwiazd" - Matthew Quick

Istnieje takie powiedzenie: omijać coś szerokim łukiem. Teraz wyobraź sobie taki szeroki łuk. Ale taki naprawdę szeroki. Szeeeeeroooooooooooki! Tak szeroki, że nie można sobie tego wyobrazić. 

Widzisz? Takim szerokim łukiem staram się omijać wszystkie książki, które stawiają na greenizm. Mówiąc potocznie: które powstały na fali popularności Johna Greena i których autorzy żywią mylną nadzieję, że potrafią pisać równie dobrze. 

Zataczając tak szeroki łuk, nie zawsze się uniknie potknięcia lub zderzenia z kimś lub czymś. Tak to już bywa. Lub jak to mówią lingwiści kupa się zdarza. 

Twórczości Matthew Quicka w żadnej mierze nie byłem pewny. Czytaczowe serce wypełniał lęk, że kolejny popularny autor okaże się jedynie fałszywą odbitką. Słabą kopią. Ale pal licho – nadarzyła się okazja, by kupić książkę w promocji, to i skorzystałem. A co się będę. Żeby móc narzekać, trzeba przeczytać. Tylko cebulaki krytykują coś, czego nie znają. 

Moja pierwsza styczność z twórczością Quicka była dosłownie filmowa. W sensie – obejrzałem film. Ten popularny z Jennifer Lawrence i Bradleyem Cooperem. Nie. Nie Joy. I nie Serenę. Cholera, American Hustle też nie! Poradnik pozytywnego myślenia! Naprawdę, tak ciężko się domyślić? 

OK, wracając do wątku. Obejrzałem film ten zacny i stwierdziłem, że fajny był. I zapomniałem o nim. I tyle. Koniec przygody. 

Przypomniałem sobie o nim dopiero w obliczu promocji. I stwierdziłem, a raz baranowi śmierć (bo niby czemu zawsze ma być kozie?)! 

Tak w moje łapy wpadł Niezbędnik obserwatorów gwiazd. 

Finley McManus niewiele mówi. Odzywa się tylko wtedy, gdy musi. Jego dziadek nie ma nóg, ojciec pracuje na nocną zmianę, a matka zginęła w okolicznościach, o których nikt nie chce mówić. Tylko dwie rzeczy sprawiają, że czuje się szczęśliwy: koszykówka (jest rozgrywającym w szkolnej drużynie) i czas spędzany z ukochaną Erin na dachu jego domu, gdy razem patrzą w gwiazdy i marzą o lepszym życiu.

Pewnego dnia trener prosi Finleya o nietypową przysługę…

Na początek planowałem przeczytać 100 stron. Skończyło się na tym, że zawaliłem połowę nocy. I przeczytałem od tekturki do tekturki (cholera, skąd powiedzenie od deski do deski – czy widział ktoś, żeby książka miała okładkę z desek?). 

Pierwsza myśl Czytacza w trakcie lektury: nie czuć Greena. Brawo, Quick! 
Druga myśl Czytacza: o cholera, o cholera, o cholera. 
Trzecia myśl Czytacza: O CHOLERA!
Czwarta i kolejne: O CHOLERA JASNA! 

Niezbędnik obserwatorów gwiazd rozbrajał mnie z każdą kolejną stroną. Fakt, sytuacja dramatyczna w tej książce jest trochę poryta (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) i chwilami miałoby się ochotę kogoś zamordować. W sensie jednego z bohaterów. Ale cała ta sytuacja tak bardzo wciąga i składa się na tak dobrą i wciągającą fabułę, że nawet Morfeusz odpuszcza sobie próby zaciągnięcia do krainy snów. A choć w moim przypadku próbował przynajmniej dwa razy sprawiając, że łeb mi się kolebał bezwiednie jak głowa charakterystycznego pieska – figurki, którą niegdyś woziło się w samochodzie – musiał odpuścić. Quick okazał się być – źle to zabrzmi, sorry – bardziej pociągający. 

Bohaterowie tej niezwykłej książki są jedyni w swoim rodzaju. A każdy z nich – na swój sposób – bardzo specjalnej troski. Ale trudno się w nich nie zakochać. OK, poza Numerem 21, któremu i tak skopałbym dupsko! 

Napisany w mistrzowski sposób, Niezbędnik obserwatorów gwiazd wciąga z mocą najmocniejszego odkurzacza. A może i bardziej? Nie wiem, nie stać mnie na najmocniejszy odkurzacz, więc nie mam jak sprawdzić. 

Tę książkę chwilami się kocha, chwilami się jej nienawidzi, bo irytuje – ale, paradoksalnie, irytuje w pozytywny sposób. No i warto wspomnieć, że jest zabawna. Wzruszająca też. O, i napięcia nie brakuje. I jest też nachalna. W sensie – nawet po zakończeniu lektury siedzi we łbie i się panoszy. I nijak nie idzie o niej zapomnieć. 

Czytacz wyraża pełne zadowolenie z lektury.

***

O książce mówię też w filmie: 



Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

2 komentarze:

  1. Wiele razy książki tego autora przewijały mi się przed oczami (wtedy jak była promocja za 9,90zł też ;P), ale jakoś miałam utarte, nie wiem skąd, że nie są szałowe i, że mi się nie spodobają... Kilka razy prawie kupiłam, ale jednak nie. Chyba jednak czas zmienić podejście :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Czekałam na recenzję tej książki odkąd tylko dowiedziałam się, że wpadła w czytaczowe ręce, bo sama zakochałam się w niej od pierwszej kartki! Jak widzę nie tylko mnie tak wciągnęła, więc nie mogę się już doczekać recenzji "Wybacz mi Leonardzie", która, oczywiście moim zdaniem, jest jeszcze lepsza, co wydawało mi się wręcz niemożliwe. Aktualnie przymierzam się do przeczytania "Prawie jak gwiazda rocka", chociaż muszę przyznać, tytuł i opis jakoś nieszczególnie mnie zachęcają (ale w końcu podobne odczucia miałam do najnowszego FNiN Kosika, ale sentyment do serii wygrał i zdecydowanie pozytywnie się zaskoczyłam :D).

    OdpowiedzUsuń