"Metro 2033" - Dmitry Glukhovsky

Fenomeny literackie mają to do siebie, że lubią za mną chodzić. Przekonane o swojej sile i wspaniałości, narcystyczne dupki, depczą mi po piętach i zdają się trącać stroniczkami w bok głowy szepcząc nieustannie: no weź mnie przeczytaj. I można udawać, że się ich nie słyszy, ale to niczego nie zmienia. Miliony ludzi mnie pokochało! Jak śmiesz mnie odrzucać! – wrzeszczą bezczelne… 

Musiałbym być albo ślepy, albo głuchy, albo z innej planety, bym nie usłyszał o uniwersum Metra. Słyszałem o nim, i to nie raz! I nawet dawno, dawno temu podjąłem się próby zatonięcia w świecie pierwotnie wykreowanym przez Dmitrija Glukhovsky’ego. Tyle, że – co potwierdziło już wiele osób, którym miałem okazję się wyżalić – na początek swojej przygody z uniwersum popularnego rosyjskiego autora, wybrałem sobie pozycję najsłabszą. Dzielnica obiecana mnie zabiła i od tamtej pory już mnie tak nie ciągnęło do słynnego książkowego uniwersum. 

Dopiero niedawno, gdzieś w moich trzewiach zbudziła się myśl, a fenomen Metra na nowo odezwał się w mojej głowie: w dupie żeś był, guzik żeś widzioł i guzik wiesz! Nie oceniaj mnie, jeśliś nie czytał twórczości Glukhovsky’ego! 

I ta myśl zaszczepiła się w moim łbie i obijała w nim bezustannie. Faktem niezaprzeczalnym jest, że wysoce niewłaściwe byłoby skreślenie całego uniwersum nie spróbowaszy zapoznać się z jego podstawą! 

A że los bywa łaskawy, to i stało się, że szanowny, wielmożny uprzedzony Czytacz szczęśliwie natrafił na konkurs organizowany przez księgarnię Matras i… wygrał Metro 2033 Dmitrija Glukhovsky’ego. 

Nie powiem. Aż mnie skręcało z ciekawości. Wszystkie uprzedzenia diabli wzięli. 

Rok 2033. Świat w wyniku konfliktu atomowego został obrócony w stertę gruzu. Jednym z ostatnich – może ostatnim? – ze skupisk ludzkości pozostaje moskiewskie metro. Od ponad 20 lat ludzie, którzy ocaleli z piekła wojny, próbują uchronić co tylko się da z minionej przeszłości. Zamknięci w podziemnym świecie, w którym brakuje wszystkiego, a nade wszystko energii, skazani są na regres.

Na powierzchni pojawiły się zmutowane pod wpływem promieniowania nowe gatunki i będąc lepiej przystosowanymi do życia w warunkach ciągłej radiacji zastąpiły człowieka. Zaczynają też przenikać do metra. Czas człowieka przeminął. Ale czy na pewno?

Moskiewskie metro, dzięki swej unikalnej konstrukcji i stumetrowej głębokości, uratowało życie kilkunastu tysiącom moskwian, którzy nie zdają sobie sprawy, że najprawdopodobniej są ostatnim przyczółkiem ludzkości. Stworzyli tu swój własny świat.

Pamięć o świeżym powietrzu, błękitnym niebie, trawie pod stopami stopniowo umiera. Na mrocznych stacjach, rozświetlanych światłami awaryjnymi i blaskiem ognisk, mieszkańcy próbują wieść życie zbliżone do tego sprzed katastrofy – tworzą mikropaństwa, których spoiwem może być ideologia, religia czy ochrona filtrów wodnych… Zawierają sojusze, toczą wojny. W bocznych tunelach uprawiają grzyby, hodują świnie i kury. Opał i potrzebne rzeczy dostarczają im stalkerzy, którzy wyprawiają się na powierzchnię.

Wogn to wysunięta najbardziej na północ stacja metra, a zarazem przyczółek ludzkości. Mocna grupa kilkuset ludzi żyje tu połączona przyjaźnią. Była to jedna z najpiękniejszych stacji i wciąż pozostała bezpieczna. Jednak od pewnego czasu pojawiło się na niej śmiertelne niebezpieczeństwo. Artem – młody mężczyzna mieszkający na stacji Wogn – otrzymuje zadanie: musi przedostać się do serca moskiewskiego metra, do legendarnej stacji Polis, aby ostrzec wszystkich przed możliwością ostatecznej zagłady. W rękach Artema spoczywa nie tylko przyszłość jego stacji, ale być może i całej ocalałej ludzkości.

Nie od początku było mi z tą książką po drodze. Stosunkowo ciężki, specyficzny styl, wolne tempo akcji i długaśne dialogi – może i nie były smołą, w którą wdepnąłem i nie uniemożliwiały mi stawiania kolejnych kroków, ale z całą pewnością znacznie mnie spowalniały. Niemniej, od samego początku miałem świadomość, że to zdecydowanie lepsza książka od Dzielnicy obiecanej

Czas mijał, a ja zagłębiałem się w tej pierwszej rosyjskiej powieści, po którą sięgnąłem z własnej i nieprzymuszonej woli. I stopniowo zakochiwałem się w niej. To nie była miłość od pierwszego wejrzenia, lecz uczucie, które wynikało z dramatycznych przejść. Na pewno nie idealne, ale cholernie silne. 

Sposób prowadzenia narracji tej książki, przypomina opowieści snute przy ognisku. Jeden człowiek opowiada, a reszta słucha w milczeniu. I tak jak opowieści przy ognisku, tak i Metro 2033 wciąga i hipnotyzuje. Dialogi zdają się królować w tej książce i to one w najdokładniejszy sposób przedstawiają świat ukazany w powieści. 

I celem samych bohaterów jest dialog. Metro 2033 opiera się na rozmowie, to z niej - bardziej niż z opisów - wynika fabuła. Poznając kolejne historie zagłębiamy się w akcji książki i stopniowo pojmujemy jej sens. 

Pozornie mamy bohatera, który przemierza całe metro i stawia czoła przeciwnościom losu. Typowa powieść drogi, fabuła idealna pod grę komputerową. I tak, poniekąd, jest – tyle, że to nie fizyczna, a mentalna droga jest tu istotna. Wraz z Artemem poznajemy różnych ludzi – różne odcienie człowieczeństwa. Każdy spotkany przez naszego bohatera człowiek przedstawia inne spojrzenie na otaczający go świat. Faszyści, radykaliści, komuniści, maniacy religijni, dzikusy – prawdziwa feeria barw i osobowości, co daje nam dokładny obraz człowieka w obliczu końca świata. Jaką rolę odgrywa polityka? Po co nam religia? Kto ma rację? Glukhovsky stworzył potwornie inteligentną opowieść i wyniósł literaturę postapokaliptyczną na zupełnie inny poziom. Wraz z rozwojem fabuły, ten obraz staje się wyraźniejszy i pełniejszy. A na końcu serwuje prawdziwą metaforyczną bombę atomową. 

Metro 2033 to nie kolejna opowieść o bohaterach, którzy przeżyli apokalipsę. Tylko pozornie mamy do czynienia z walką o przetrwanie. Tak naprawdę, to bogata, mentalna wędrówka w głąb ludzkiej natury. Wędrówka, która – w ujęciu ogólnym i na podstawie szerokiego przekroju – pozwala pojąć, co kieruje życiem człowieka. 

Przebrnąwszy przez blisko 600 stronic Metra 2033 mam w nosie jego ciężki i nie do końca przystępny styl. Mam w nosie fakt, że brak tu – tak mocno wpisanej w kanon literatury postapo – epickości. To najbardziej inteligentna i celna analiza postawy człowieka – człowieka różnych wyznań, różnych przekonań – w obliczu końca świata. Bez żadnych upiększeń, bez zbędnych dodatków. Cholernie mocna i trafna książka. Uwielbiam ją. 


O książce mówię też w filmie:
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

1 komentarze:

  1. Do Metra nie raz mnie zachęcano i pewnie przez takie natrętne wciskanie mi na siłę książki, nie mogłam się na nią zdobyć. Po prostu się uparłam i do tej pory nikomu nie udało się mnie skusić. Po Twojej recenzji zaczęłam się zastanawiać, czy może nie dać jej szansy. Być może zdecydowałam się zmienić swoje nastawienie, gdyż wszyscy inni w końcu odpuścili, ale mam nadzieję, że spodoba mi się w równym stopniu jak i Tobie ;)
    A nawiązując do filmiku.. Podczas unboxingu nie mogłam powstrzymać śmiechu, podobnie w końcowej scenie z mopsem widać jak pozytywną osobą jesteś. ;)

    OdpowiedzUsuń