"Cyfrowi rodzice" - Yalda T. Uhls

Z tematem rodzicielstwa i wychowywania dziecka borykam się już od jakiegoś czasu. Tak jakoś od ponad dwóch lat, kiedy to w moim życiu pojawił się mały kosmaty troll o wielkich, granatowych oczach. Dziecko, w sensie. 

Wraz z żoną nasłuchaliśmy się miliona rad, które jednym uchem wchodziły, by drugim wylecieć. Zgodnie z zasadą: nie słucham twojego zdania, bo moje jest mojsze niż twojsze. I to tyczy się również wszelkich poradników, bo co mi będą inni mówili, jak mam wychowywać swoje dziecko? 

Dlatego uczciwie przyznam, że po Cyfrowych rodziców Yaldy T. Uhls nie sięgnąłem jako rodzic poszukujący wiedzy i rady, lecz jako rodzic, który nie jest jeszcze skamieniałym dinozaurem i który chce skonfrontować swoje racje z innymi racjami. Temat dzieci w sieci i lawinowo rozwijającej się technologii zdawał się być wyjątkowo interesujący i idealny do przeprowadzenia konfrontacji. 

Twoje dziecko wcześniej nauczyło się obsługiwać tablet niż zawiązywać buty?
A teraz więcej czasu spędza w sieci niż z Tobą?

Jeśli tak, to jesteś cyfrowym rodzicem, czy tego chcesz, czy nie. I pewnie czujesz się trochę zagubiony, może nawet przerażony tym, jak dużo miejsca w życiu Twojego dziecka zajmują media społecznościowe i życie w sieci. Książka „Cyfrowi rodzice” jest dla Ciebie!

„Cyfrowi rodzice” są wyważonym i świetnie napisanym poradnikiem dla rodziców e-dzieci. Autorka nazywa i systematyzuje to, co czujemy intuicyjnie (i co czasem spędza sen z powiek), oddzielając fakty od mitów. Rozbiera na czynniki pierwsze świat nowych mediów, ukazując go w kontekście wychowywania dzieci i młodzieży. Nie da się bowiem zaprzeczyć, że jesteśmy pierwszym pokoleniem rodziców dzieci w sieci.  Dynamiczny świat nowych aplikacji i internetowych mód (snapchaty, miniblogi, tweety itd.) jest nie do ogarnięcia dla większości dorosłych, dlatego autorka opracowała wskazówki, jak w nim nawigować, będąc jednocześnie aktywnym i czujnym, ale nie przeczulonym rodzicem.

Atuty książki „Cyfrowi rodzice”:
•   przystępny i wciągający styl
•   liczne przykłady i anegdoty
•   konkretne wskazówki dla rodziców

Od początku. Moje dziecko jeszcze nie korzysta z żadnych technologicznych urządzeń. Ogląda czasami telewizję, przy czym to my z żoną wybieramy, co ogląda. Na razie nie wykazuje sprzeciwu – być może dlatego, że dopiero zaczyna mówić. 

OK, faktem jest, że zanim córa moja – troll górski niewyrośnięty – dorwie się do laptopa, telefonu czy tabletu, przez jej maleńkie i lepkie łapki przewinie się sporo książek. Posiadanie czytających rodziców niesie ze sobą konsekwencje. 

Ale w końcu nadejdzie ten czas, kiedy technologia stanie się częścią życia naszego trolla. I wiemy, że to nieuniknione. Cyfrowych rodziców chciałem postrzegać jako drobną pomoc, fundament i przygotowanie do niekończącej się wojny o przyszłość. 

Poradnik Yaldy T. Uhls przeczytałem od deski do deski i pierwsza refleksja, która nasunęła mi się po lekturze: to nie jest poradnik dla mnie. 

Jako stosunkowo młody rodzic, którego dzieciństwo i młodość zahaczyły o erę cyfryzacji, internetu i tego całego technologicznego szaleństwa oraz jako dorosły, który zawodowo wykorzystuje to, co dają mu internety, nie czuję się grupą docelową tego poradnika. Po pierwsze, dlatego, że sam doskonale rozumiem, co dzieje się wokół mnie i staram się z tym być na bieżąco, a po drugie dlatego, że sam poniekąd należę do pierwszego w Polsce pokolenia cyfrowych dzieci. Wobec powyższego, nie czuję się zbytnio zagubiony. Fakt, byłem ostatnim pokoleniem, które spędzało czas na podwórku i biegało za piłką, ale równie dużo czasu spędzałem przed konsolą czy – później – komputerem. 

Na przekór tego, co powiedziałem – te same powody, które sprawiają, że nie czuję się odpowiednim odbiorcą Cyfrowych rodziców, sprawiają, że mogę – na własnym przykładzie – przeanalizować tę książkę od deski do deski. Jako cyfrowy rodzic i jako cyfrowe dziecko. 

Pod wieloma względami zgadzam się z autorką poradnika, która każdy temat porusza i analizuje z olbrzymią dokładnością, unikając osobistych refleksji – dzięki temu śmiało mogę stwierdzić, że poradnik jest rzetelny, nie zaś uwarunkowany przez uprzedzenia. Jestem przekonany, że dla wielu rodziców stanie się on prawdziwą skarbnicą wiedzy i pomoże im – przede wszystkim – wyluzować. Bywało, że w opisywanych sytuacjach znajdowałem odzwierciedlenie przykładów z własnego życia. A kto, jak nie ja, lepiej może wiedzieć, czy jestem agresywny czy aspołeczny? Cieszę się, że pseudonaukowe bzdety wygadywane przez pseudomędrców wreszcie znalazły się na świeczniku i że Yalda T. Uhls nie boi się napisać prawdy. 

Merytorycznie, Cyfrowi rodzice, z pewnością zaskoczą niejednego rodzica. Zwłaszcza naukowym podejściem do faktu oglądania przez dzieci telewizji, zabawy na tablecie, obecności w mediach społecznościowych, nauki czy gier wideo. Wnioski mogą się okazać szokujące. Zwłaszcza dla dinozaurów. 

Ponadto, poradnik jest napisany prostym i przystępnym językiem, a choć zdarza się, że pojawiają się w nim dłużyzny i powtórzenia czy też zbędne akapity (zwłaszcza traktujące o poczynaniach zawodowych amerykańskich polityków), myślę, że plusów znajdzie się więcej niż minusów. A skoro mowa o minusach – największym zdaje się być fakt, że głównie tu mowa o Amerykanach. Troszkę mało polski klimat, niemniej w ogólnych założeniach tezy stawiane w Cyfrowych rodzicach zdają się być prawidłowe. Pomimo gigantycznych różnic kulturowych. 

Idealna książka dla tych, którzy szukają odpowiedzi i pozostają otwarci na zmiany. Zdecydowanie nie zalecana tym, którzy bez względu na wszystko, uważają internet i wszystko, co się z nim wiąże, za zło. Cyfrowi rodzice to bezsprzecznie propozycja dla rodziców, którzy nie chcą zostać dinozaurami.
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz