"Puchaty Smok" - Platte F. Clark

W zasadzie tytuł tej książki mówi wszystko. Puchaty smok.  Platte F. Clark znowu obraca wszystko do góry nogami i zmienia. Najpierw przemienił uosobienie piękna, łagodności i dostojności w krwiożerczą, psychopatyczną bestię, a teraz prawdziwą bestię – smoka! – czyni… puchatym. Cholibka, zalatuje mi tu Hagridem! 

O ile pierwszy tom, Zły jednorożec, urzekał mnie świeżym spojrzeniem na klasykę (bo któż wyobraża sobie jednorożca i magię w świecie zaawansowanym technologicznie?) i okraszoną mnóstwem humoru funkcją dydaktyczną, o tyle Puchaty smok rozkłada mnie na łopatki olbrzymią dawką dobrego humoru. 

Po kolei. Najpierw streszczonko. 
„Kodeks” przestał działać. Max nie może go użyć, by przenieść się z przyjaciółmi do domu, dopóki go nie zrestartuje. Kłopot polega na tym, że aby tego dokonać, musi zanieść książkę do samego serca Wieży Maga, siedziby Rezormoora Przerażającego. Ponieważ Rezormoor ściga Maxa i książkę poprzez czas i przestrzeń, dostanie się do Wieży może być całkiem łatwe. Opuszczenie jej to jednak całkiem inna historia.

Dzięki pomocy niezwykłych sprzymierzeńców – małego olbrzyma, pary wędrujących ognistych kociąt i bardzo dziwnego smoka – Max będzie musiał zakraść się do Wieży, uniknąć straży, umknąć Rezormoorowi i znaleźć dokładnie to miejsce, gdzie Kodeks został stworzony. Proste, prawda?

Restartowanie PAPIEROWEJ książki. Mały olbrzym. Puchaty smok. Łapiecie ironię? 
Jeśli to nie wystarczy, dodam że jedna z najpotężniejszych organizacji zwie się Gildią Wytwórców Tupecików. I tak – trzymają w szachu złoczyńców, bo który z nich odważy się przyznać, że tak naprawdę jest łysy? Złoczyńcy, imperatorowi zła, przecież nie wypada być łysym… 
Mało?
Wiecie, co czyni potężnego Nekromantę jeszcze potężniejszym? 
Piosenki Biebera. 
I tym hasłem ta książka zdobyła moje serce. Chociaż zdobyła, to źle powiedziane. Po prostu je sobie wzięła. Bo mogła.

Puchaty smok jest tak absurdalnie śmieszny, że przekracza to wszelkie granice absurdu! A wspomnieć trzeba, że książka jest przy tym tak ujmująca, że nie ma przebacz. I tylko smutno mi na myśl, że kilka lat muszę poczekać, nim przeczytam ją mojemu własnemu bachorkowi. Na razie bachorek nie zrozumie. Zbyt zaaferowany ślinieniem się i gryzieniem wszystkiego jest! 

Zaskakujące w tej książce jest to, że przy takiej dawce absurdalnego humoru pozostaje ona logiczna. Nienawidzę parodii. Nienawidzę dlatego, że na ogół ich humor opiera się tylko i wyłącznie na absurdzie, a fabuły jak nie było tak nie ma. Jakimś cudem Puchaty smok ma i jedno i drugie. Ciekawą, posuwającą się naprzód akcję i kupę humoru. A jakby tego było mało – TAK! – ta książka również jest pouczająca. Platte F. Clark doskonale uchwycił naturę zła i przedstawił ją w cudowny sposób. Czytacz kłania mu się tak nisko, że aż mu w kręgosłupie strzela! 

Puchaty smok jest na pewno zabawniejszy od Złego jednorożca. Myślę też, że bardziej przypomina mi książki, które kochałem w dzieciństwie (czyli w minionym stuleciu) i dlatego z taką łatwością toruje sobie drogę do mojego serducha. Napisany cudownym, obrazowym językiem, nie pozostawia wiele do życzenia. 

Na pewno nigdzie nie spotkałem się z tak barwną plejadą bohaterów. Choć, jak pomyślę, chyba żadnego z tych fantastycznych cudaków nie zaprosiłbym do domu. W sumie podoba mi się dom, w którym mieszkam. Szkoda byłoby go obrócić w ruinę… 

Nie wiem, czy dzieciaki będą zachwycone. Ja jestem. I to mi wystarcza. 
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz