"Łabędzi śpiew. Księga II" - Robert McCammon

Gdzie diabeł nie może… tam chłopca pośle (?). 
Ale o co chodzi? Tym razem nie o pieniądze, a o koniec świata! 

Tak. Znowu będzie apokalipsa. 
Konkretnie mówiąc, apokalipsa na temat której już się uzewnętrzniałem. Teraz pora na jej drugi akt. W sensie Księgę 2. 

Powiem to zupełnie szczerze i nie wstydząc się tego: rzadko czytam książki starsze ode mnie. Łabędzi śpiew Roberta McCammona jest jednym z niewielu wyjątków. Po prostu byłem ciekaw jak wyglądała książka postapo p.e.m. (przed erą Muniusia). 

Teraz już wiem, jak wyglądała. Miała okładkę. I została wydrukowana na papierze. Wielkie mi cuda. 

Ależ ja bredzę. Ki czort mi w głowie miesza! 
Do rzeczy, bo bzdury wypisujesz, łotrze przebrzydły. 

Zacznijmy jeszcze raz: dziś zaprezentuję Państwu ocean (morze lub kałużę) moich myśli, przemyśleń i obmyśleń w temacie drugiej części Łabędziego śpiewu. Ojca (lub dziadka) Więźnia labiryntu czy Mrocznych umysłów. Dzieła, które świat ogląda (a przy dobrych wiatrach nawet i czyta) od 1987 roku. 

Druga księga epopei "Łabędzi śpiew" przynosi trzymające do końca w napięciu zakończenie monumentalnej opowieści o zagładzie ludzkości, uznawanej za jedną z najlepszych powieści postapokaliptycznych w historii literatury.

"Łabędzi śpiew" imponuje rozmachem i barwną paletą niezwykle wnikliwie nakreślonych postaci, co sprawia, ze jest lekturą obowiązkową dla wszystkich miłośników literatury grozy na najwyższym poziomie.

Na pustyni rządzonej przez strach i agresję, zaludnionej przez potwory i samozwańcze armie, każdy z tych, którzy przeżyli Apokalipsę, zostanie uczestnikiem ostatniej bitwy między dobrem a złem – bitwy która zadecyduje o losach ludzkości.

Lektura Księgi 1. upewniła mnie w jednym: zakończenie będzie epickie. Książka została napisana w czasach, kiedy bohaterstwo i niezłomność Amerykanów były bardzo mocno zaznaczane w produkcjach filmowych. Któż, jeśli nie oni, ocali świat przed zagładą? Domyślałem się, że Łabędzi śpiew będzie podobną apoteozą amerykańskiego ducha. 

I kiedy przyszło, co do czego, epickość eksplodowała jasnym światłem przyćmiewając największe bomby atomowe. 

Walka dobra ze złem – tak bezpośrednia – wreszcie dochodzi do skutku. Jest w niej ucieleśnienie zła, którego prawdziwą twarz oglądamy dosłownie i w przenośni. Jest też ucieleśnienie dobra. I trochę magii. I nieskończona wola walki, życia, dobra i wszelkich pozytywnych cech. Horror przeistacza się w Opowieści z Narnii. To pierwsza książka, która przyszła mi do głowy w trakcie lektury Łabędziego śpiewu. Księgi 2., gdzie na każdy cal dobra przypadają trzy cale zła. Zło jest potężne. Na pozór nie do zatrzymania. Ale to dobro emanuje świetlistą mocą. To oczywiście przenośnia, niemniej mam wrażenie – horror ustępuje tu baśni. Makabrycznej, groteskowej – w stylu braci Grimm. Ale baśni. 

Nasi bohaterowie ewoluują. Niektórzy dosłownie. Ale wciąż brakuje im odcieni szarości, co znowuż popycha mnie ku stwierdzeniu, że Łabędzi śpiew to ni mniej, ni więcej, baśń. Aż i tylko. 

Fabuła niczym lodołamacz przedziera się ku epickiemu finałowi. Chwilami zdaje się, jakby nic więcej nie miało znaczenia, poza mocnym finałem. Ta książka ma mocniejsze i słabsze strony. Do mocniejszych należy Armia Doskonałych oraz zmutowane zwierzęta. Do słabszych rzeczony mocny podział na dobro i zło. A szkoda, bo lubię relatywizm. 

To nie jest tak, że teraz będę siedział i podpierając głowę na dłoni oraz ziewając, wypisywał wady Łabędziego śpiewu i narzekał na to, jaka ta książka jest słaba i sztampowa. Diable, chroń! Tfu… Boże, chroń. Podobała mi się ta książka. Choć nie ukrywam, że 80% mojej sympatii do niej wzbudzają sentymenty. Bo dostrzegam w niej akcenty klasycznych, ukochanych przeze mnie horrorów z lat 80. i 90. No i doceniam za wspaniałą wizję diabła. Szkoda tylko, że w Księdze 2. taki z niego cienias. Sorry, diable. 

Myślę, jestem przekonany, a nawet i pewny, że Łabędzi śpiew to bardzo fajna wizja postapo. Baśniowa i kolorowa, ale idealnie wpisująca się w realia, w których powstawał. Pomimo zapewnień, niezbyt przerażająca, ale na swój sposób bardzo ujmująca. I z ładnym zakończeniem. Ładnym… 

Podsumowując krótko: Opowieści z Narnii dla dorosłych. I fajnie, bo dorosłym też należy się odrobina baśni. 


Posłuchaj o książce także na YouTube: TUTAJ
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

1 komentarze:

  1. Jeśli ktoś chce stare, ale znakomite postapo, to bardziej polecam "Kantyk dla Leibowitza" Waltera Millera - dla myślących, choć bez fajerwerków.

    OdpowiedzUsuń