O tym jak pisarz nie pisze swoich książek

Autor książkę napisał miodzio. Długo się na nią czekało i teraz pozostaje jedynie umierać z zachwytu i z radochą wymalowaną na gębuli ustawić kolejne dzieło na półeczce. Tak wygląda idealny świat. Tyle, że idealny świat nie istnieje. Bywa, że nawet autorzy robią nas w bambuko…

Nie chcę wypowiadać się w roli ogółu, świata i okolic, dlatego wypowiem się jako Polak. Obywatel kraju, w którym książka zdaje się gryźć albo ziać ogniem. Jakby nie było – skutecznie odstrasza. Może to słaby poziom czytelnictwa i ogólna alienacja czytającej populacji względem reszty – większości – społeczeństwa, sprawiają, że nie bardzo nam idzie spoglądanie na książki jako biznes. Wiadomo, gdzieś tam w głowie tłucze się myśl o J.K.Rowling i milionach, które zarobiła, ale to dla nas taka sama abstrakcja i fikcja, jak baśń o Jasiu i Małgosi. Nauczyliśmy się postrzegać rynek książki jako trudny i bardzo konkurencyjny, a jednocześnie nie przynoszący kokosów. 

Myślenie Polaka nas gubi. Takie postrzeganie tak dynamicznie rozwijającej się – zwłaszcza poza granicami naszego kraju – gałęzi biznesu, jaką jest produkcja i wydawanie książek, sprawia, że absolutnie jej nie doceniamy. Nie traktujemy jako poważnego biznesu. A powinniśmy, zwłaszcza, że rynek książki zdaje się być w tym momencie najpotężniejszym w historii. Wystarczy spojrzeć na repertuar kin, by bez problemu móc orzec, że za wieloma bardzo popularnymi i hitowymi produkcjami stoi… książka. Może i przemysł książkowy jeszcze nie jest równie potężny jak Hollywood, ale dość mocno wpływa na jego wizerunek. A za tym kryją się olbrzymie pieniądze. 

Jeśli nie postrzegamy książki jako potężnego i sprawnego przemysłu, pozostajemy ślepi na niechlubne zagrywki, bez których żaden większy biznes się nie obejdzie. Tam, gdzie jest pieniądz, zawsze będzie rozwijało się kombinatorstwo. Nie inaczej jest w przypadku książki. 

Jak oszukują nas autorzy? W jaki sposób mamią wydawcy? 
Wbrew pozorom, rynek książki jest otwarty na różne formy kantowania. Dlaczego? Bo to dziecinnie proste. Papier przyjmie wszystko. 

OK, pomijam autorów, którzy robią i nas, i nierzadko wydawcę w balona pisząc fantazyjną autobiografię czy inną powieść opartą na faktach, w której rzeczone fakty, w istocie, nie występują. Lub jak orzeszki w większości produktów spożywczych: występują w śladowych ilościach. Kłamstwo i koloryzowanie leżą w ludzkiej naturze. 

Ale istnieją znacznie gorsze formy robienia nas w bambuko. 
Jedną z nich jest coraz popularniejszy w Polsce ghostwriting. Czyli pisanie książek na zlecenie. Dla przykładu: autor ma pomysł, ale nie ma czasu, chęci, weny, by go zrealizować (bywa, że nawet pomysł nie jest potrzebny). Ale zarabiać trzeba. Wobec tego zleca osobie trzeciej napisanie za niego książki, po czym publikuje rzeczoną pod własnym nazwiskiem i zbija kokosy. Oczywiście, na ogół nikt nie wie o tym, że za dziełem słynnego autora stoi niepozorny i nieznany światu Jan Kowalski. 

Wbrew pozorom, ghostwriting to nie kolejny owoc naszych czasów. Pokusiłbym się wręcz o stwierdzenie, że jest równie starym wymysłem jak samo pisarstwo! Już Aleksander Dumas miał w ten sposób tworzyć swoje dzieła. Bywało, że życzliwie mu doradzano jak powinien rozwinąć wątki w swoich powieściach, pomagano wybrnąć ze ślepych zaułków czy poprawiano go pod kątem historycznym. 

Oczywiście, ghostwriting ma niejedno oblicze. Czasami jest to tylko wyraźna pomoc przy pisaniu, a czasami wręcz wyręczanie. W Stanach Zjednoczonych ghostwriting nosi już miano zawodu! W Polsce – jak dotąd – przepisy prawne nie są zgodne co do ghostwritingu i pisarze, którzy decydują się na wynajęcie autora swojego dzieła, muszą polegać w głównej mierze jedynie na życzliwości owego współpracownika. 

Raczej nie trzeba mówić, że niewielu autorów przyznaje się do tego, że sami nie piszą swoich książek. Tym gorzej dla nich, kiedy sprawa się wyda. Z pewnością na ten temat mogłaby wypowiedzieć się Katherine Applegate, która gęsto się tłumaczyła, gdy na jaw wyszło, że większość książek z jej ponad 50-tomowej serii Animorphs zostało napisanych przez wynajętych współpracowników. 

Ale bywa też, że autor sam przyznaje się do tego, że nie pisze swoich powieści. Zrobił to np. James Patterson, uznawany za najlepiej zarabiającego pisarza świata. Patterson przyznał, że tworzy kilkudziesięciostronicowe konspekty swoich powieści, po czym przekazuje je współpracownikom, którzy na podstawie wytycznych mają zrobić z tego książkę. W kontekście Pattersona otwarcie mówi się o fabryce bestsellerów. Pisarz wydaje rocznie ok. 12 – 15 powieści, z czego sam pisze jedną. A choć nie spotkałem się, by w jego powieściach była zamieszczana informacja o tym, że Patterson sam danej książki nie napisał, często nazwisko prawdziwego autora widnieje na okładce, pod jego nazwiskiem. 

Wśród innych autorów, których twórczość jest rozwijana przez anonimowych pisarzy, można wymienić m.in. Roberta Ludluma, Toma Clancy’ego czy Clive’a Cusslera. 

Pojawia się pytanie: co z tego ma sam ghostwriter? Na ogół musi zadowolić się faktem, że jego książka sprzedaje się w milionach, a nie setkach, egzemplarzy. Ot, magia znanego nazwiska. 

Z ciekawą formą ghostwritingu spotkałem się w ostatnim czasie w przypadku znanego włoskiego autora, Federica Moccii. I, muszę przyznać, to on stał się dla mnie inspiracją dla napisania tego artykułu. 

Jako blogerowi książkowemu, zdarza mi się otrzymywać od wydawców czy księgarń oferty współpracy, na ogół recenzenckiej. I tak też było tym razem. Otrzymałem bardzo miłego maila dotyczącego nowości od wydawnictwa Muza. 

W zapowiedzi powieści zatytułowanej Tylko ty najbardziej zaintrygował mnie ten akapit: 

Tym razem, co zupełnie wyjątkowe dla książek Moccii, akcja powieści rozgrywa się w Polsce. Skłonny do wzruszeń i bujania w obłokach Nicco udaje się wraz z niesfornym przyjacielem, Grubym, do Warszawy, by odnaleźć Anię, poznaną w Rzymie polską turystkę, w której się zakochał. Posiadany przez nich adres okazuje się jednak nieprawdziwy. Pozostaje im więc podziwiać pozostałe uroki polskiej stolicy – czyli inne dziewczyny. Serce działa jednak jak magnes: szczęśliwie natrafiają na wielki baner reklamowy z Anią w roli modelki. Nicco dowiaduje się, że jego ukochana jest w Polsce bardzo popularna. Jej agentką okazuje się przebojowa Klaudia, dla której od razu traci głowę Gruby. Klaudia ma akurat wyruszać w interesach do Krakowa, gdzie mieszka Anna – towarzyszą jej Gruby i Nicco. Postanawiają zaaranżować przypadkowe spotkanie – tylko czy między Nicco a Anną na pewno wszystko potoczy się szczęśliwie?

Włoski pisarz pisze o Polsce? Super sprawa! Zawsze miło poczytać, co też zagraniczny autor ma do powiedzenia o naszej ojczyźnie. Swoją drogą – mogę się tylko domyślać, jak bardzo ten fakt rozrusza marketing książki. 

Marketing. No właśnie. 

Lubię marketing. Lubię go chwytać w swoje łapy i rozbierać, analizować krok po kroku i dochodzić do prawdy. Pierwsza myśl: czy Włoch ma wystarczającą wiedzę o Polsce, by móc ją dobrze opisać? Nadal mam w pamięci Lechsinkę – polską sprzątaczkę z książki J.K.Rowling. Czy Moccia nie naraża się przypadkiem na danie ciała? 

Lubię sprawdzać u źródła. Byłem ciekaw, co zagraniczni czytelnicy – którzy mieli już okazję przeczytać Tylko ty – mają do powiedzenia na temat polskiego wątku w książce. 

Otóż, nie mają nic do powiedzenia. Bo polskiego wątku w tej książce nie ma. Bohaterowie nie przyjeżdżają do Polski, lecz do Stanów Zjednoczonych. Rodzi się pytanie: kto w takim razie stoi za polskim wątkiem w tej książce? 

Zapytałem u źródła. Wydawnictwo Muza potwierdziło moje obawy: 

Szanowny Panie, obie książki, czyli Chwila szczęścia i Tylko ty wpisują się w międzynarodowy projekt Federica Moccii, jakim jest umieszczenie miejsca akcji w kraju wydania książki. To bonus autora dla wiernych fanów z całego świata. Autor jest pomysłodawcą zmiany, a wydawnictwo jej wykonawcą – tak to w skrócie wygląda.

W tym momencie pojawia się niesmak. Potworny niesmak. 
Jako czytelnik czuję się, jakby ktoś próbował mnie zrobić w balona. 
Wydawnictwo promuje książkę polskim wątkiem, z którym autor praktycznie nie ma nic wspólnego. Nie wspomina się, natomiast, o tym co najistotniejsze – fakcie, że to międzynarodowy projekt, który zakłada… itd. Troszkę to tak, jakby wszystkie książki z uniwersum Metro sygnować nazwiskiem Glukhovsky’ego… Rozumiem – kilka opisów to nie cała książka, ale nadal czuję się oszukany. Wiem – moja wina. Normalny człowiek brałby, co dają i skupił się na polskiej wersji, a nie grzebał w sieci i szukał informacji na temat oryginału. 

Cóż, nie jestem normalny. 

Powyższe zjawiska – choć coraz popularniejsze, nadal kryją się w cieniu. Na dobrą sprawę nie jesteśmy w stanie stwierdzić, ile książek z tych, które czytamy, zostało napisanych przez ludzi, których nazwiska podano na okładce. Papier przyjmie wszystko. Podobnie nie jesteśmy w stanie stwierdzić, co i gdzie zostało w książce zmienione, przerobione czy dopisane. W taki sposób dostajemy książkę z akcją w Polsce, choć oryginał mówi o USA. Czytamy książkę Pattersona, którą napisał ktoś inny. Czytamy autobiograficzne powieści, które mają w sobie tyle prawdy, co Harry
Potter.
Oczywiście, to nie wszystkie mniejsze czy większa oszustwa, w które wierzymy i których nie jesteśmy świadomi. Bywa, że zagraniczna książka zostaje kiepsko przetłumaczona, przez co mocno mija się z pierwowzorem. Na szczęście dla nas – JESZCZE nie są w Polsce sprzedawane pirackie wersje książek czy fałszywe kontynuacje. Dla przykładu: J.K.Rowling w Chinach jest dużo bardziej płodnym autorem… Napisała już kilkadziesiąt tomów Harry’ego Pottera, których próżno szukać w jej bibliografii. A w Chinach ludzie nadal się na to nabierają. 

Nieoczekiwanie i niechcący właśnie wręczyłem 67% naszego społeczeństwa kolejny powód do tego, by nie czytać książek. Bo po co czytać, skoro autorzy/wydawcy/redaktorzy/tłumacze nas oszukują? Nic to, że takie przypadki pozostają znaczną mniejszością, marginalną wręcz. Pozostaje mi mieć nadzieję, że nieczytający nie przeczytają tego artykułu, co jest bardzo prawdopodobne. 

A czytający? Czytający niech pojmą wreszcie, że biznes to biznes i nie wolno dać mu się uśpić. Książkowy biznes to potężna siła. I olbrzymie pieniądze. A tam, gdzie w grę wchodzi zarobek, zawsze znajdzie się jakiś cwaniak, który zechce wykorzystać naszą naiwność.

OGLĄDAJ STREFĘ CZYTACZA NA YOUTUBE: KLIK
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

4 komentarze:

  1. W Chinach to normalka. Z płytami muzycznymi jest tak samo. Piracko nagrane, własnoręcznie zrobione okładki, a sprzedawca i tak ci będzie wmawiał, że to przecież oryginał.
    Ale ta sprawa z Pattersonem przypomina mi trochę sytuacje na uczelniach. Jakiś profesor ma pod sobą doktorów i studentów i to oni piszą jakieś artykuły naukowe, a jego nazwisko też jakoś się na nich znajduje. Jak widać jak się dojdzie gdzieś wyżej to już ma się ludzi od wszystkiego.
    Zresztą jeśli książka jest dobrze napisana to chyba mnie fakt samego autora aż tak nie obchodzi. Przecież oglądając filmy i tak wszyscy pamiętamy nazwiska aktorów, a mało kto interesuje się reżyserem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sytuacja z pulikacjami na uczelniach w ogóle nie przypomina sytuacji z Patersonem. Widać, że autor komentarza nie ma najmniejszego pojęcia o pracach naukowych.

      Usuń
  2. Kombinatoryka to dział matematyki i nie ma nic wspólnego z kombinatorstwem.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ghostwriting w Polsce jeszcze nie obowiązuje - przynajmniej w zakresie przepisów. Możliwe, że za pewien czas się to zmieni, bo jak na razie to żadna umowa ghostwritingowa nie jest ważna :(

    OdpowiedzUsuń