"Po zmierzchu" - Alexandra Bracken

Najlepsza rzecz, jaka może cię spotkać, kiedy czytasz serię? 
Możliwość przeczytania kolejnego tomu zaraz po skończeniu poprzedniego. 

Uroczyście oświadczam – a oświadczenie to mianem oficjalnego można określić – iż nie jestem w ciemię bity. Nie zamierzałem ryzykować bólu, tęsknoty i nostalgii, dlatego kupując Nigdy nie gasną, kontynuację Mrocznych umysłów Alexandry Bracken, zaopatrzyłem się również w tom trzeci, wieńczący trylogię: Po zmierzchu. (Swoją drogą, czy tylko ja lubię odczytywać tytuły trzech tomów jako jeden: mroczne umysły nigdy nie gasną po zmierzchu?). 

Miałem rację. Zasługuję na uścisk dłoni od prezesa, toteż sam sobie dłoń uścisnąłem. Chęć przeczytania trójki po skończeniu dwójki była tak silna, że niezwłocznie zabrałem się do roboty. Jak skończy się ta historia? I czy epickość nie zabije fabuły? 

Mam na imię Ruby. Nie mogę oglądać się za siebie.

Wraz z tymi, którzy przetrwali, kieruję się na północ, aby uwolnić tysiące więzionych dzieci. Gdy jest się odpowiedzialnym za los całego pokolenia, nie ma miejsca na błędy. Jeden fałszywy ruch może wzniecić iskrę, która podpali świat.


Btw. Lubię blurby Mrocznych umysłów. Niczego nie zdradzają, nie są absurdalnie głupie i nikomu nie szkodą. Całkiem przyjemne (jak na blurby). 

Muszę przyznać, że na samą myśl o Po zmierzchu przechodził mnie dreszcz niepokoju. Każda książka, w której stawka i rozmach są tak olbrzymie grozi spektakularną klapą. A ja naprawdę nie chciałem, żeby Mroczne umysły okazały się porażką. Byłem już świadkiem tego, jak książka umiera wyrzygana i wy…(dopowiedzcie sobie sami) przez nadmiar epickości. Czytywałem już bzdury o tytułach, których nawet nie pamiętam, gdzie zwykła historia miłosna musiała się skończyć końcem świata. Można powiedzieć, że cierpię na syndrom lęku przed ostatnim tomem. No i jest coś jeszcze. To uczucie – uczucie, że to już koniec. Bo ten syndrom to nie tylko obawa przed kiczem. To obawa przed osamotnieniem. Przecież seria się skończy. I co dalej? Dziura w sercu? Kula w łeb? 

W Po zmierzchu od początku czuć tę szczególną woń. Woń zbliżającego się końca. Książka stopniowo przygotowuje do wielkiego finału i trudno nie czuć tej wszechogarniającej ekscytacji, która ogarnia ciało z każdą przeczytaną stroną. Bałem się ostatniego wyzwania przed jakim stanie Ruby. Choć porównuję tę serię do Igrzysk Śmierci, bardzo nie chciałem, by skończyły się tak samo jak one. Życzyłem Mrocznym umysłom nietuzinkowego i godnego zakończenia. Czy moje życzenie się spełniło? 

Trzecia książka, a bohaterowie nadal potrafią zaskakiwać. Zmiana, jaką przeszła Ruby jest olbrzymia i zauważalna. A jednak tak dobrze przeprowadzona, że nie ma się wątpliwości, że to wciąż ta sama dziewczyna. Podobnie z innymi. Choć muszę przyznać, że zdecydowanie – w mojej opinii – tę część zagarnia dla siebie Cole. To wspaniała postać. Wspaniale dopracowana. I generująca sporą dawkę emocji i niepewności oraz centrum wielu relacji czy nieporozumień. No i nie można zapomnieć, że to on pozwala prawdziwie poznać Liama. Fajnie, że tak ważna dla fabuły postać pozostaje tak bardzo ludzka. Pełna przywar i wad, a jednocześnie pełna pasji i woli walki. 

Znowuż ten relatywizm dowodzący temu, że nawet w szarości występuje czerń i biel, które znowuż nie są jednoznaczne. Wszystko zależy od punktu widzenia. To zdecydowanie najmocniejszy atut całej serii Mrocznych umysłów. Mocne zaznaczenie, że dobro i zło to pojęcia bardzo względne. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. 

Boże… powstrzymaj epickość… powstrzymaj epickość… 
Moje modły najwyraźniej zostały wysłuchane, a obawy okazały się płonne. Alex Bracken jasno wyznaczyła sobie granicę. Końca świata nie będzie. 

Niesie to też ze sobą zaskoczenie, ponieważ spodziewałem się innego finału. Bardziej… innego. Tymczasem autorka postawiła w 100% na realizm. A to przecież takie nieamerykańskie! Ale za to zdaje egzamin celująco! 

No tak. Fabuła. Wiadomo – ciągnie do końca. Czuć, że koniec jest bliski, wiele się dzieje. Jest generowane napięcie i ono dość mocno się utrzymuje na powierzchni. Po zmierzchu to piekielnie dobrze przemyślana książka. Wymagająca szczegółowego planu i godzin spędzonych na dopieszczaniu go. Cokolwiek nie powiem, zdradzę fabułę, dlatego poprzestaną na – tak bardzo dla mnie charakterystycznym – laniu wody. 

I wreszcie finał. Sam finał. 
Mógłby być odrobinę bardzo rozbudowany. Kilka słów. No, ewentualnie kilka tysięcy (żart). Ale jest świetnie. Odrobinę mi ten finał przypomina finał Harry’ego Pottera. Dużo akcji i wreszcie stateczność. Chwila ciszy i olbrzymia dawka emocji wiszących w powietrzu. 

Bez wątpienia, Po zmierzchu kontynuuje cudowną ścieżkę narzuconą przez dwa poprzednie tomy, utrzymując bardzo wysoki poziom Nigdy nie gasną. Jako całokształt, Mroczne umysły to jedna z najlepszych serii, jakie kiedykolwiek czytałem. Głęboka, logiczna, spójna. Perfekcyjna.



Alexandra Bracken daje radę!
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz