Nawrócony czytający o poprawie sytuacji książki

Czytelnictwo w Polsce jest magiczne. Bynajmniej, nie piszę tego z ironią, na którą mógłbym się zdobyć, gdybym zaczął bardziej analizować raport stanu czytelnictwa za rok 2015. Chodzi o to, że nasza sytuacja czytelnicza jest iście potterowska: dwie osoby nieczytające przypadają na jedną czytającą. Teraz czytający mogą czuć się jak Hermiona w towarzystwie Rona i Harry’ego, ponieważ 2/3 naszego społeczeństwa w ogóle nie czyta. 

Zabawne jak w świecie pełnym najróżniejszych odcieni szarości, jesteśmy na tę szarość nieczuli. Widzimy tylko czarne i białe, dobre i złe, ciepłe i zimne. W skrócie: jeśli czytasz, jesteś molem książkowym i udław się, ty zboku jeden. 

Bo mól książkowy to człowiek, na ogół płci żeńskiej kojarzony ze staropanieństwem, który nie ma życia towarzyskiego i całe dnie spędza zakopany w książkach. Normalnie ufoludek. Prawie jak świadek Jehowy. 

Po drugiej stronie barykady stoi przeciętny Kowalski – jeden z 20 mln, który na książkę spojrzałby może wtedy, gdyby zabrakło mu papieru toaletowego lub na rozpałkę do pieca. 

Ach, pozwolę sobie nadmienić, iż to, co wyżej napisane i to co niżej, należy odbierać z lekkim przymrużeniem oka. Przecież to oczywiste, że na trzech Kowalskich znajdzie się jeden czytający. To tak gwoli wyjaśnienia. 

Czarne i białe. I ja pośrodku. Nawrócony i nawiedzony zarazem. Niezbity dowód na istnienie odcienia szarości. Ani Harry, ani Hermiona. 

Będzie trochę historii z życia. Wiem, nudy. 

Miłość do książek była mi wpajana od dziecka. Moja mama zaczytywała się w harlequinach, a ja ponad wizytę w sklepie zabawkowym ceniłem sobie wizytę w księgarni. Zabawki, którymi się znudziłem zwykłem w dzieciństwie palić. Ot, mały zadufany w sobie piroman. Żadnej książki nie ośmieliłbym się spalić. Wiem, to głupie zważywszy na to jak wiele z nich powinno skończyć w piecu, prawda panowie i panie celebryci? 

Moje zamiłowanie do słowa pisanego nie bardzo przekładało się na jego czytanie. Miałem dom pełen książek i pojedyncze tytuły, które przeczytałem w całości. W dzieciństwie do moich ukochanych książek należały Przygody Filonka Bezogonka oraz cudowne O psie, który jeździł koleją. Za to nigdy nie przebrnąłem przez Dzieci z Bullerbyn. Nie, bo nie. 200 stron to lektura na połowę życia. 

Lubiłem kupować książki. Ze względu na fajny tytuł, fajną okładkę lub to, że mogę je mieć. W konsekwencji na moich półkach zalegały setki książek, których nigdy nie miałem przeczytać. Ot, zwykła dekoracja domu. 

Wtenczas pojawił się w moim życiu Harry Potter. Zacząłem czytać więcej. Czytałem lektury szkolne. Choć w całym szacunku do książek, muszę szczerze przyznać, że znalazła się w moim życiu jedna, której szczerze i z całego serca nienawidzę. Jedyna książka, która w przypływie rozpaczy przeleciała przez cały pokój i nie miała w sobie nawet na tyle taktu, by rozpieprzyć się o ścianę. Ania z Zielonego Wzgórza. Lektura obowiązkowa. Nie przebrnąłem przez nią. Nie byłem w stanie przeczytać więcej niż 100 stron na temat tej patologicznej idiotki z sianem w głowie. Wiem, że niektórzy ją pokochali. Ja nienawidzę. 

Największym paradoksem i punktem początku oraz końca okazał się Harry Potter. Książka, która sprawiła, że zacząłem czytać więcej, chętniej i wreszcie zacząłem należycie doceniać słowo pisane, a nie jako dekorację, bezwartościowy bibelot zajmujący miejsce na półkach. 

Ale i wtedy daleko mi było do mola książkowego. 

Wkrótce, kończąc liceum, zacząłem się poświęcać kolekcjonowaniu światowych wydań Harry’ego Pottera. Dążenie do celu sprawiało, że wszystkie zaoszczędzone pieniądze wkładałem w Pottera. Może raz do roku zdarzyło mi się kupić jakąś inną książkę. Do bibliotek nie chodziłem – dziwne, ale nie potrafię czytać pożyczonych książek. Ilekroć próbuję, nic mi z tego nie wychodzi. Raz się przełamałem. Zrobiłem mały kroczek do przodu. Wypożyczyłem Draculę z zamiarem przeczytania. I czytałem. Aż okazało się, że w środku książki brakuje 30 stron. Ironia losu. 

W latach 2008 – 2012 jedną z bardzo niewielu lektur, jakie zgłębiałem był Harry Potter. Pierwsze pięć tomów serii przeczytałem po ok. 25 razy. Brzmi jak obsesja. 

W międzyczasie odkrywałem w swoim życiu wiele rzeczy. Jedną z nich był brak zrozumienia rodzeństwa, które – w najlepszym wypadku! – z politowaniem spoglądało na moją rosnącą kolekcję. W najgorszym, traktowało jak debila, który zamiast kupić sobie nowe spodnie, wydaje 100 zł na książkę. Bo przecież to nie jest normalne. 

Nie twierdzę, że było. Ale Harry Potter, który na początku nawrócił mnie do czytania, a potem mocno odsunął od innych książek, w końcu otworzył mi oczy. Szukałem najrzadszych światowych wydań i odkrywałem ich tajemnice. Wtedy dowiedziałem się, jak wielkim idiotą jestem. Dzieciaki w Kambodży płakały, kiedy dostały tę książkę. W stolicy kraju świętowano. W Nepalu Harry Potter otworzył młodym ludziom drogę do poznania własnego języka. To samo Tybet czy Filipiny. Przykłady mógłbym wymieniać. 

Na półkach przybywało coraz to nowszych i bardziej unikalnych wydań. Niektóre, jak bengalskie, oprawione w tekturową okładkę. Inne o papierze tak kiepskiej jakości, że w Polsce pewnie nie przeszedłby testów jakości, by stać się papierem toaletowym. A jednak, mimo wszystko, słowo pisane górowało. I zwyciężało. W wielu krajach Harry Potter był pierwszą wydaną w rodzimym języku książką od wielu, wielu lat. 

A po drugiej stronie globu książki walają się w koszach w hipermarketach. Traktowane jako towar gorszego sortu. Wrzucone jak kartofle. 

Harry Potter pomógł mi zrozumieć jak wielkie mamy szczęście, że mamy tak łatwy dostęp do książki. I jak wielkimi idiotami jesteśmy, że nie potrafimy tego doceniać każdego dnia. 

W końcu Harry Potter na nowo sprawił, że zacząłem czytać więcej. Najpierw to było kilka książek w roku. Jednego roku było tych książek więcej, kolejnego mniej. I w końcu nadszedł sierpień 2015, kiedy tama pękła. Z nieczytającego kolekcjonera stałem się stereotypowym, niemal definicyjnym, molem książkowym. Pożeraczem książek. 

Sprawiła to chęć zmian. Sprawiła to miłość. Sprawiła to też chęć wychowania dziecka w domu, w którym książka jest czymś ważnym. Teraz miesięcznie czytam min. 10 książek. 

A wymówki? Brak czasu? Dom? Rodzina? 
No tak. Typowy No-life. 

Guzik prawda. Czytam na ogół tylko wieczorami. Ok. 2 godzin dziennie. Poświęcam 1/12 doby na to, na co wielu ludzi nie poświęca nawet 1/1000. Bo ważniejsze są Pielęgniarki czy Trudne sprawy. Nie wnikam i nie ganię. Bo ludzie mają powody, by nie czytać. Niemniej ważne od moich powodów, by czytać. 

Nie nazywaj mnie molem książkowym, bo nim nie jestem. 
Nie uważam też, że po przeczytaniu 70 książek w nieco ponad pół roku jestem najmądrzejszy na świecie. 
Co mi dały książki? 
Trochę więcej szczęścia w życiu. 

Chodzę do kina. I na spacery. Jeżdżę do centrów handlowych. Spędzam czas z żoną. Oglądam telewizję. Bawię się z dzieckiem. I wykonuję swoją robotę. Niczego nie tracę. Wiele zyskuję. 

Podział na moli książkowych i nieczytających to równie wielki debilizm jak podział Polaków na lepszy i gorszy sort. Ale to też wynik rosnących podziałów. W naszej codzienności zbyt wiele jest szykany, obelg i oszczerstw, zbyt wiele jadu. I zbyt mało rozmów, dyskusji, rekomendacji. 

Żaden świat nie jest doskonały. Nawet świat czytelniczy. 
W świecie czytelniczym obracamy się we własnym kręgu wzajemnej adoracji. Blogerzy książkowi czytają blogerów książkowych. Tworzą się grupki i podgrupki. Na ogół otwarte dla nowych, ale i pozbawione jakiejkolwiek inicjatywy, by podać komuś rękę i pomóc mu zacząć. 

Tak powstaje mur. 

DLACZEGO NIE CZYTAMY? 
Najczęściej wskazywana jest cena książki. Bo drogo. 35 zł to za dużo. 
Dla chcącego nic trudnego – wystarczy poszperać w sieci i może się uda dorwać upragnioną książkę nawet o połowę taniej? 

Poza tym… drogo. Co to znaczy drogo? Książka kosztuje mniej od nowego filmu na DVD czy Blu-Ray, mniej więcej tyle, ile płyta z muzyką i zdecydowanie mniej od nowej gry komputerowej. Zgadzam się, że mogłoby być taniej, ale z drugiej strony: bez przesady. 

Mniej zależne od nas jest już to, co proponuje się nam do czytania. Hołdowanie wizerunkowi książki jako pożywki dla elity i synonimu wybitności, nie jest najlepszym rozwiązaniem. 
Mógłbym wkleić tu swój tekst na temat lektur szkolnych. Nie chcę się powielać, dlatego przeczytaj TO

Zgodnie z najświeższym raportem Biblioteki Narodowej najbardziej poczytnym pisarzem w 2015 roku był… Henryk Sienkiewicz. 

Polska kultura i świadomość nakazuje nam nie wychodzić w lekturze ponad zmarłych, zasłużonych pisarzy. To ich najbardziej się promuje i o nich rozprawia. Współcześni pisarze są zbyt żywi, by dostąpić zaszczytu i stać się chlubą naszego kraju. 
Programy ratujące czytelnictwo też niewiele dają. Fajnie, że finansuje się zakup nowych książek do bibliotek. Ale co z tego, skoro do bibliotek nie przyciąga się nowych ludzi?

BOLĄCZKI KSIĘGARŃ I DLACZEGO TO SIĘ NIE UDA
I wreszcie grupa księgarzy-malkontentów.

Moja księgarnia upadła, bo empik…
Przez hipermarkety ludzie u mnie nie kupują!
Bo pieprzeni wydawcy… 

Niektórzy sądzą, że ustawa o jednolitej cenie książki będzie ratunkiem dla prywatnych księgarń. Bo przez rok nie będziemy mogli kupić książek w cenie niższej niż okładkowa, wobec czego, nie będziemy zmuszeni kupować w sieci czy w hipermarketach, żeby zaoszczędzić. 

Moim zdaniem realia, w przypadku katastrofy w postaci uchwalenia tej ustawy, będą zgoła odmienne. Jeszcze bardziej spadnie sprzedaż książek, a rozkwitnie handel na lewo. I nastanie czas pirackich wersji e-booków. Jeszcze lepszy czas, niż obecnie. Może, ale tylko MOŻE, biblioteki na tym skorzystają. Na pewno nie skorzystają prywatne księgarenki. 

Dlaczego? 
Bo wiele z nich to biznes prowadzony bez żadnego ładu, składu i pomysłu. Księgarze upychają na półkach książki wszelkiej maści i czekają na cud z nieba. Niektórzy popełniają błąd starając się dorównać asortymentem sieciówkom. Niewielu z nich zachęca do zakupów. 

Mam manię. Lubię przyglądać się witrynom księgarń. I co na nich na ogół widzę? Religia, historia, reportaż, podręczniki szkolne. Jak na to reaguję? Omijam i idę dalej. 

Prowadzenie księgarni to biznes sprzedażowy jak każdy inny. Jeśli nie zachęcisz potencjalnego klienta do wejścia do środka, nie zyskasz. Witryna musi przyciągać. Być wizytówką. Reprezentować wnętrze i sprawiać, że człowiek się w niej zakocha. Nie może być przygotowana na odwal się. 

I wreszcie: sieciówka może sobie pozwolić na bardzo szeroki asortyment i książki w każdej tematyce. Może, bo ją na to stać. Wielu księgarń na to nie stać, a mimo to starają się usilnie dorównać konkurencji, której nie dorastają do pięt. A może warto byłoby ukierunkować się? Niekoniecznie sklep sprzedający jabłka, musi sprzedawać i wódkę. I na pewno nie powinien do tego sprzedawać dewocjonaliów. Jeśli gdzieś jest wszystko, zgodnie z zasadą, nie ma tam nic. 

Dlaczego w Japonii funkcjonuje księgarnia jednej książki? Gdzie w określonym czasie prowadzona jest sprzedaż TYLKO/AŻ jednego tytułu i cała dekoracja jest z nim związana? 
Bo to coś nowego, innego i budzącego ciekawość. Stoi za tym pomysł.

Siedzenie na tyłku i narzekanie na konkurencję, kiedy wkład własny w biznes wynosi obecność w pracy i odbębnianie czasu do końca, skutkuje tym czym skutkuje. Śmiercią biznesu. I żadna ustawa nie pomoże, dopóki nie zmieni się podejście do pracy. Wielu wydawców wychodzi z inicjatywą, proponują księgarniom organizację gier czy zabaw, nierzadko chętni są dostarczyć potrzebne materiały nawet za darmo, a mimo to często spotykają się z odmową. 

Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz – myślę, że wiele księgarń skorzystałoby, gdyby narzekanie przekuło w działanie, zamiast czekać na gwiazdkę z nieba. 

*** 
Konkludując. 
Oberwało się dziś czytającym i nieczytającym. Oberwało się Polsce. Oberwało się księgarzom. I nawet mnie się oberwało. Wszystkim po równo. 

Nie spodziewam się, by wyniki czytelnictwa za ten rok czy kolejny miały być lepsze. Kiedy budynek rozpada się u fundamentów, wzmacnianie dachu nic nie pomoże. 

Polskie inicjatywy czytelnicze są olewane przez tych, którzy winni im patronować. Potwierdzą to z pewnością organizatorzy międzynarodowego festiwalu literackiego Big Book Festival, którym Minister Kultury odmówił dotacji. Aż chciałoby się powiedzieć, że słusznie, skoro to i tak impreza dla mniejszości… 

Zachód, gdzie przemysł książkowy coraz bardziej przypomina filmowy, a pisarze stają się prawdziwymi gwiazdami, wciąż pozostaje niedościgniony. Ale prawdą jest, że po wzorce wcale nie musimy wybiegać za ocean. Wystarczy spojrzeć na Czechy czy Szwecję i brać z nich przykład. 

Idzie wiosna. Chciałbym wierzyć w to, że do życia przebudzi się również czytelnictwo. Wśród wszystkich. Bo książki nie są dla elity, nie są też dla tych, którzy czytają ich dziesiątki czy setki. Książka jest dla wszystkich. Amen. 
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

9 komentarze:

  1. Czytam od kiedy umiem. Zawsze się do tego otwarcie przyznaje. Uważam, że takie gadanie: Czytelnictwo w Polsce spada, bla, bla, bla... Jest bez sensu. Wiem, że byłoby to kłamstwo, ale może czas powiedzieć: Coraz więcej osób w Polsce czyta! To może osoby nieczytające zaczną zastanawiać się co fajnego jest w czytaniu, sięgną po książkę. Może im się spodoba, może nie, ale przynajmniej spróbują.


    http://k-a-k-blogrecenzencki.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja też kocham książki od dziecka! I zgadzam się z Twoimi przemyśleniami. Wątpię żeby coś się zmieniło w kwestii czytelnictwa w Polsce. Znajomi w większości patrzą na mnie jak na ufoludka gdy zaczynam rozprawiać o literaturze, a na moje książki z półkami patrzą z dziwnym uśmieszkiem :) chociaż udało mi się u kilku osób wywołać małą miłość do czytania, taki mój mały sukces :)

    Nie zgadzam się tylko z jednym - kocham Anię z Zielonego Wzgórza! ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ksiażki z półkami...ale się popisałam :D półki z książkami oczywiście :D

      Usuń
  3. Zgadzam się z tym, że niektóre księgarnie są prowadzone bez ładu i składu. Najłatwiej im później zrzucić swoje niepowodzenia na empik. A prawda jest zazwyczaj taka, że problem najczęściej tkwi w braku promocji swojego biznesu czy stwarzania zdrowej konkurencji. Ja tam empik lubię, mają wiele sklepów i fajne promocje. Fajnie też zobaczyć, ile ludzi kupuje tam książki. Jednak jak pokazują te badania, ciągle jest za mało tych czytelników.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja tak trochę nie na temat, ale w jakim mieście znajduje się księgarnia ze zdjęcia?

    OdpowiedzUsuń
  5. Witam,
    Czytałam ten artykuł już dawno i z większością rzeczy się zgadzam, ale chciałabym obalić mit na temat ceny książek. Właśnie kopiłam dwie których mi brakowało ("Mały Książe" i "Most do Terabithii") za 25zł - łącznie! I to nie na bazarku, używane, a w księgarni internetowej.
    To prawda, że 40-60 zł za książkę (tyle przeciętnie kosztują w Empiku tomy które czytam) to nie jest tak dużo i nie umywa się do ceny gier. Ale i tak książki można zdobywać dużo taniej a nawet za darmo:
    1. W mojej małej mieścinie funkcjonują co najmniej 4 punkty bookcrossingu i podobne, odbywa się doroczny kiermasz książek i podobne inicjatywy. I wbrew pozorom można tam znaleźć nieużywane, niezniszczone tomy popularnych a nawet nowych serii! (King, Roth, Miller, Meyer, Lewis, Tolkien...)
    2. Poza tym łatwo znaleźć tanie książki w internecie! Wystarczy porównywarka cen: cała trylogia "Władcy Pierścieni" w cenie jednej takiej książki? Czemu nie!
    3. Szukanie alternatywnych, mało popularnych wydań. Inna okładka, tłumaczenie sprzed 5-10 lat? Mi to zazwyczaj nie przeszkadza a takie książki często są tańsze ;)
    4. Polecam też wersje "kieszonkowe", są niewiele mniejsze od oryginalnych (lżejsze do noszenia w torbie) i ze trzy razy tańsze! 10-20 zł za książkę. Zamiast 60-ciu.
    Uwielbiam mieć książki w rękach, książki na półkach, mieć nowe nabytki. Jestem biednym studentem, ale dla chcącego to nie problem :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, chciałabym jeszcze dodać, że zdziwiłam się tymi statystykami czytelnictwa. Gdy byłam młodsza i w połowie podstawówki przeprosiłam się z książkami tak z 10 lat temu, pokochałam czytanie, to faktycznie koledzy z podstawówki i gimnazjum patrzyli na mnie jak na dziwadło że tyle czytam. Ale od kilku lat obracam się w towarzystwie osób czytających nawet więcej ode mnie i odnosiłam wrażenie że moda na czytanie wraca! Na prawdę żyłam w przekonaniu że ludzie wrócili do czytania. A jednak, smutna prawda jest inna...

      Usuń
  6. Przyznam, że te słowa o księgarniach zabolały bo sam pracuje w księgarni. Co my biedni pracownicy mamy do całości? Robimy to co każą a jak zrobimy albo zaproponujemy inaczej to żegnamy się z pracą.
    Chaos na półkach wywołany jest tym, że dziennie dostajemy kilka lub kilkanaście kartonów z książkami, które TRZEBA wyłożyć bez gadania.

    Wiele wydawnictw wydaje tak słabe książki, że z góry trzeba założyć, że nie mają prawa się dobrze sprzedać a wypromować musimy bo wydawnictwo zapłaciło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moje słowa w żadnej mierze nie były skierowane do pracowników księgarni - sam doskonale wiem, jak bardzo szefowie potrafią podcinać skrzydła i bombardując pomysły swoich pracowników strzelają sobie w kolano.

      Prawda jest taka, że to właściciele często mają kiepskie podejście do biznesu - ba, zdarzało mi się ofiarować księgarniom DARMOWĄ pomoc i organizację różnych akcji - i nawet na tym polu były problemy.

      Mam nadzieję, że tymi słowami nikogo nie urażę, ale jako zwykły robol, w pełni rozumiem innych roboli - którzy robią to, czego się od nich wymaga.

      Pozdrawiam!

      Usuń