"Love, Rosie" - Cecelia Ahern

Friendzone. Najstraszniejsze słowo na świecie. Synonim złudnej nadziei, masochizmu i niewoli. Liczysz na gwiazdkę z nieba, tymczasem pozostajesz ślepym do tego stopnia, że tę gwiazdkę pięknie pakujesz na prezent i wręczasz przeciętnemu Sebie. 

Friendzone, ach! Ty ją rozumiesz najlepiej na świecie, osuszasz łzy i skwapliwie przytakujesz, a ona daje się posuwać innemu z błogim uśmiechem na twarzy, bo tak wygląda szczęście. Dobrze mieć oddanego przyjaciela! 

A ty siedzisz i liczysz. Czort wie na co. 
Dlatego, mój drogi Przyjacielu – albo i Przyjaciółko, bo nie zamierzam dysryminować kobiet! – jeśliś i ty wdepnął w to gówno i piastujesz pozycję najlepszego przyjaciela/przyjaciółki swojej ukochanej/ukochanego, przeczytaj – ku przestrodze! – ładny, ciepły i mega dołujący romans Cecelii Ahern, Love, Rosie. 

Nie kpię z ciebie. Bynajmniej. Bo sam tkwiłem we friendzone. Ba, kiedy moja przyjaciółka bała się iść wieczorem do swego wybranka, sam ją do niego zaprowadziłem. Poświęcenie, lojalność i wierność, powiesz? Nie… zwykły kretynizm. Głupota. Idiotyzm. 

Gdyby w naszym społeczeństwie leczono – choćby i przymusowo – niewolników friendzone, Love, Rosie z pewnością byłaby ich lekturą obowiązkową. Mającą na celu zabicie robala, który siedzi w głowie. 

Teraz pomówmy o tej cudownej książce. 

Rosie i Alex od dzieciństwa są nierozłączni. Życie zadaje im jednak okrutny cios: rodzice Alexa przenoszą się z Irlandii do Ameryki i chłopiec oczywiście jedzie tam razem z nimi. Czy magiczny związek dwojga młodych ludzi przetrwa lata i tysiące kilometrów rozłąki? Czy wielka przyjaźń przerodziłaby się w coś silniejszego, gdyby okoliczności ułożyły się inaczej? Jeżeli los da im jeszcze jedną szansę, czy Rosie i Alex znajdą w sobie dość odwagi, żeby spróbować się o tym przekonać?

Czy warto czekać na prawdziwą miłość? Czy każdy z nas ma swoją ,,drugą połówkę"? Może dowiemy się tego po lekturze tej ciepłej i wzruszającej powieści.

Aż mi na wspomnienie przychodzi cudowna piosenka Marka Grechuty, w której artysta zadaje sobie pytanie: czy to jest miłość, czy to jest kochanie? 

Nie znam pobudek Cecelii Ahern, które sprawiły, że popełniła Love, Rosie. Wiem, natomiast, że babka jest mądra i ta książka to solidne wiadro lodowatej wody wylanej na łeb. Taka prawdziwa, słodko-gorzka i całością głosząca mądry morał. 

Friendzone pozbawi cię życia. Wyssie cię całego. Porzuć wszelką nadzieję! 
Zamiast zastanawiać się czy cię kocha i wzdychać do niej dniami i nocami, a potem doradzać, co powinna ubrać na swoje zaręczyny z innym, oszczędź sobie cierpienia. Powiedz jej, że ją kochasz. Albo cię pocałuje, albo ucieknie. Tak czy inaczej: będziesz wolny. Zabijesz drzemiące w tobie zombie. Walcz o wolność jak Mel Gibson w Braveheart! Bądź jak Spartakus! Do cholery, zrób cokolwiek, byleby opuścić friendzone! Mówię ci to ja, były niewolnik, teraz szczęśliwie żonaty. Bynajmniej, nie z ową przyjaciółką, którą oddawałem na pastwę temu, któremu powinienem był wybić zęby. Burak jeden. 

O książce! Pogadajmy o książce! 
Powieść epistolarna. Jak bardzo mi to przywodzi na myśl Cierpienia młodego Wertera! Idiota, nawet zabić się dobrze nie potrafił… Na szczęście Love, Rosie to zupełnie inne oblicze powieści opowiedzianej w formie listów, maili, smsów czy kartek. Zabawna, zadziorna i do granic możliwości wciągająca. I taka… wyrazista. Nie ma tu narratora, który w ładny sposób opisywałby uczucia bohaterów. Są sami bohaterowie, którzy – niejednokrotnie w emocji – piszą, co im ślina na język przyniesie. Świetnie się czyta te ich wywody! Książka jest spójna i bardzo przyjemna. Sprawiają to różne i dobrze nakreślone postaci. No, z jednym wyjątkiem. Cecelia Ahern niezbyt dobrze odnalazła się w roli Katie – jak na kilkulatkę, dziewczynka jest zdecydowanie zbyt dorosła i nie pisze listów na poziomie swoich realnych rówieśników. 

Powiedziałbym, że w Love, Rosie dominuje czarny humor. Może to nie do końca dobra jego definicja, niemniej cała historia jest tragiczna, a opisana w przezabawny sposób. Oj, wbija Ahern szpilę nieszczęśliwie zamkniętym w przyjaźni, wbija! 

Bohaterowie – jak to ludzie. Bywają fajni, bywają wkurzający. Rosie najchętniej zrzuciłbym ze schodów. Kilka razy. Z piętnastego piętra. A Ruby wręczył bukiet z napompowanych prezerwatyw, bo klawa z niej babka! 

A na poważnie: czytając Love, Rosie trudno skupiać się na bohaterach. Skupiasz się po prostu na ludziach. I tyle. To największy komplement. 

I wreszcie funkcja pouczająca. Mocno zaznaczona. Nie sposób jej przeoczyć. A książka mocno przygnębia. Ale musi taka być. Inaczej nie byłaby wystarczająco mocna. 

Cudowna książka. Kocham ją i zalecam uwięzionym we friendzone.
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

3 komentarze:

  1. Uwielbiam ją! Jest mądra, ciepła i zabawna. No cudna!

    http://k-a-k-blogrecenzencki.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Trochę smutno, że ująłeś to jako piosenka Grechuty, a nie wiersz Mickiewicza :P

    OdpowiedzUsuń