"Łabędzi śpiew. Księga I" - Robert McCammon

Co różni Polskę od Stanów Zjednoczonych? 
Ale tak na poważnie: poza tym, że szybciej mają aktualizacje Facebooka… 

Tak. Nam nie grozi koniec świata. 
A przynajmniej – nie jako pierwszym. 

Wystarczy przeczytać kilka książkę, obejrzeć trochę filmów i z góry wiadome się staje, że krwiożerczy kosmici, potężne asteroidy, zombie, bomby atomowe i zabójcze promienie słoneczne ciągną do USA jak muchy do… Wiecie do czego. 

Cokolwiek autor ma na myśli, to na ogół Stany mają przesrane. To nic, że zawsze odrodzą się jak feniks z popiołów. Nawet najwięksi przeciwnicy stalinowskiego Pałacu Kultury w Warszawie nie burzyli go w myślach tyle razy, ile najróżniejsze zagłady rozpieprzały Manhattan w twórczości literackiej czy filmowej na przełomie ostatnich dekad. 

Łabędzi śpiew Roberta McCammona to kolejna wizja końca świata rozpoczynającego się od końca Ameryki. I Ruskich. Ale kto by się tam nimi przejmował. 

OK, stwierdzenie, że to kolejna wizja końca świata, jest trochę nie na miejscu. A to dlatego, że Łabędzi śpiew nie wpisuje się w złotą erę antyutopii i postapo. Ta książka (w Polsce dwuksiąg) to raczej tatuś Więźnia labiryntu, aniżeli jego kumpel czy znajomek. Albo dziadek – w końcu młodzi tak szybko teraz dorastają…

Popularna, klasyczna powieść McCammona z 1987 roku zawitała do Polski za sprawą wydawnictwa Papierowy Księżyc. W 2013 roku. Dzieło tak różne od współczesnej literatury postapokaliptycznej przeżywa wraz z nią swoją drugą młodość. 

W odpowiedzi na bezprecedensowo wrogi atak rząd decyduje się użyć broni atomowej. Ameryka, jaką znaliśmy, przestaje istnieć. Teraz wszyscy, od prezydenta USA po nowojorskich bezdomnych, będą walczyć o pozostanie przy życiu.

Na pustyni rządzonej przez strach i agresję, zaludnionej przez potwory i samozwańcze armie, każdy z tych, którzy przeżyli Apokalipsę, zostanie uczestnikiem ostatniej bitwy między dobrem a złem - bitwy która zadecyduje o losach ludzkości.
Siostra, która w gruzach Manhattanu znajduje dziwny szklany artefakt, będący katalizatorem przemian… Joshua Hutchins, były zapaśnik, który chroni się przed opadem promieniotwórczym na stacji benzynowej w Nebrasce… I ona, dziewczynka obdarzona szczególnym darem, która wędruje wraz z Joshem do miasta w Missouri, gdzie zacznie uzdrawiać.

Lecz przedwieczna moc, która zniszczyła Ziemię, wciąż zaciąga rekrutów do swej nieznużonej armii. Nie zawaha się sięgnąć po uzdrowicielkę…

Uprzedzam z góry: Łabędzi śpiew to nie postapo w stylu Więźnia labiryntu, Niezgodnej czy Mrocznych umysłów. Próżno tu szukać racjonalnego wyjaśnienia tego, co się dzieje na świecie. Ponad morderczą technologią czy tajemnymi modyfikacjami genetycznymi znajduje się wiara. Lub jej brak. Wiara w szatana. Wiara w boga. Wiara w magię. Racjonalizm wysiada. 

Z drugiej strony epickość tego dzieła rozpościera się od bram piekielnych po wrota nieba. Stawką jest wszystko. Koniec świata pełną gębą. Odwieczna walka dobra ze złem. 

Trafnym stwierdzeniem będzie powiedzenie, że Łabędzi śpiew doskonale wpisuje się w konwencje horroru popularne w latach 80-tych czy 90-tych XX wieku. Czuć tu woń Hellraisera czy szczyptę Władcy Życzeń. Niektórym wyda się to kiczowate. Inni odkryją w tym historię dla siebie. 

W Polsce Łabędzi śpiew ukazał się w dwóch tomach (oryginał został wydany w jednym), toteż w dzisiejszych wywodach skupię się na pierwszej części tej historii. 

Jak na książkę, która w przyszłym roku będzie świętowała trzydziestkę, Łabędzi śpiew trzyma się całkiem nieźle. Nie da się zaprzeczyć, że z powodu bardzo mocno zarysowanej granicy pomiędzy dobrem, a złem, ta książka bywa banalna. Brakuje w niej szarości. Niemniej, fabuła jest bardzo dobrze zarysowana, drobiazgowa i spójna. Takoż i bohaterowie książki. Łabędzi śpiew przedstawia paletę doprawdy barwnych postaci. Nie zabraknie w niej dobrodusznego zapaśnika, nawiedzonej siostry czy podstarzałego żołnierza. Jednego można być pewnym: kiedy ścieżki którychkolwiek z bohaterów się ze sobą przetną, będzie ciekawie. 

Narracja jest prowadzona z perspektywy trzeciej osoby, choć na ogół skupia się na poczynaniach czy myślach poszczególnych bohaterów. Dawno już nie spotkałem się z taką formą opowiadania historii, kiedy opowieść na temat jednego z bohaterów tak płynnie przechodzi w perspektywę innego. Dzięki temu cała opowieść jest bardzo spójna i nie traci na dynamice. 

Zanurzając się w świecie Łabędziego śpiewu Roberta McCammona, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że dopiero teraz poznaję pełnię możliwości literatury postapo. Można rzec, że w końcu przestałem spoglądać jedynie na górne partie drzewa i jego liście, a zacząłem dostrzegać jego pień i – być może – nawet korzenie. 

Łabędzi śpiew. Księga I to zapowiedź mocnego finału, który rozegra się w Księdze II (ależ to odkrywcze stwierdzenie, prawda?). Ta książka to cudowna podróż w czasie do schyłku XX wieku. Młodszym może się wydawać zbyt bajeczna i kiczowata, natomiast u starszych ma sporą szansę obudzić dawno pogrzebane sentymenty. Dla chłopca, którego niekwestionowanym bohaterem był Rambo, to była cudowna podróż. I powrót do wspaniałych czasów klasyki horroru.


Posłuchaj o książce także na YouTube: TUTAJ
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz