"Armada" - Ernest Cline

Od jednej inwazji obcych do drugiej. I tylko jeden bohater, który jest w stanie przetrwać wszystkie ataki obcych bez szwanku. 

Bruce Willis? 
Nope. 

Czytacz. 

Tym razem pożeraczowi książek przyszło zmierzyć się z kosmicznym piekłem zaserwowanym przez autora Player One, Ernesta Cline’a. Armada to kolejna powieść bestsellerowego autora. Aż ciekawość mnie zżerała, jakąż to oryginalną wizję kosmosu pan ów nam zaserwował. 

Zack Lightman całe życie miał głowę w chmurach, marząc, by świat trochę bardziej przypominał filmy i gry komputerowe, które pożera [nawet będąc przed laty zapalonym graczem nigdy nie miałem podobnych marzeń – żyć w świecie z Resident Evil? Brr… - przyp. red.]. Niechby jakieś fantastyczne, przełomowe zdarzenie roztrzaskało wreszcie monotonię jego bezbarwnej egzystencji i porwało go na szlaki kosmicznej przygody.

W końcu co szkodzi sobie trochę pomarzyć. Ale Zack umie odróżnić rzeczywistość od fantazji. Wie, że tu, w realu, nadpobudliwi nastoletni gracze nie dostają misji zbawiania świata. Aż pewnego dnia widzi latający spodek. Więcej: ten statek kosmitów jest jakby żywcem wzięty z gry, której oddaje się co wieczór – popularnego symulatora lotów „Armada”.
Nie, nie zbzikował. A jego umiejętności – wraz z umiejętnościami milionów podobnych mu graczy na świecie – będą potrzebne, by uratować planetę. Nareszcie jest jego upragniona szansa! Tylko gdzieś w tyle głowy czai się dziwna wątpliwość – podsycana przez pamięć opowieści sci-fi, z którymi wyrastał – czy coś w tym scenariuszu nie wydaje się zanadto… znajome?

Radosne przetworzenie i inteligentna destrukcja konwencji science-fiction, rozpędzony i zaskakujący thriller, klasyczna opowieść o dojrzewaniu i historia inwazji kosmitów, o jakiej jeszcze nie czytałeś – wszystko w jednej powieści, której nie daje się odłożyć na bok.

Tym, co jest fajne w Armadzie są liczne odniesienia do klasyki gatunku. Książka kipi od cytatów m.in. z Gwiezdnych wojen czy Obcego. Kultowe dzieła są w niej stale obecne, nadając tej historii mocno żartobliwy ton. Wiedzieliście, że Gwiezdne wojny zostały sfinansowane przez agencję, której zależało na tym, by ludzkość przygotowała się na spotkanie z obcymi? Smaczki tego typu są tu na porządku dziennym i odważnie wspierają fabułę. 

Skoro o fabule mowa. Genialny pastisz. Jawne wyśmianie znanych konceptów i konwencji. Ernest Cline buduje swoją powieść na fundamentach klasyki filmowej i przerysowanego bohaterstwa. W tekście niejednokrotnie pada pytanie, czy inwazja nie jest zbyt schematyczna i sztampowa. Zbyt zbliżona do różnych jej form znanych z filmów czy gier. Armada wyraźnie odpowiada na pytanie, dlaczego tak bardzo zaawansowani technologicznie obcy bawią się z nami w otwartą wojnę, zamiast po prostu zmieść nas z powierzchni globu, skoro są w stanie to zrobić. Połączenie świata wirtualnego z rzeczywistym oraz niecodzienne podejście do tematu inwazji są olbrzymim atutem Armady. 

No dobra, w tej książce jest trochę banałów. Ale trudno się o nie czepiać, zważywszy, że mocniej dostrzegam w nich zamierzoną parodię. W ten sposób wada staje się zaletą.

Bohaterowie są tak prości w swej złożoności, że trudno ich nie kochać. Zack to zdecydowanie jedna z najsympatyczniejszych i najmniej irytujących postaci literackich, z jakimi w ostatnich czasach się zetknąłem. Chłopak swą mądrość czerpie z sentencji mistrza Yody, choć otwarcie przyznaje, że w trudnych chwilach słyszy w głowie głos Vadera czy Palpatine’a. 

OK, fakt, że zdecydowana większość bohaterów – różnych rangą, o różnej historii, w różnym wieku – rzuca na okrągło cytatami z filmów, chwilami każe powątpiewać w ich różnorodność. A to już minusik, który trudno przeoczyć. Choć często ten brak różnorodności postaci wynagradza fakt, co i jak mówią (trudno mi powstrzymać śmiech, kiedy wyobrażam sobie moją mamę stającą mi na drodze i wykrzykującą NIE PRZEJDZIESZ!). No i kłótnia o tym, co lepsze – Żądło czy Mjolnir. Do diaska. Nawet, kiedy mówię o wadach Armady, przed oczami i w pamięci mam tylko zalety… 

Armada jest epicka. Ale jak mogłaby nie być, skoro odnosi się m.in. do Dnia niepodległości? Powtórzę raz jeszcze: genialny pastisz. Z założenia nastawiony na epickość. Cudownie, plastycznie i obrazowo opisany. 

Kiedy myślę o tej książce, łatwo zapominam o tym, jak banalna ona była. Odrzucam myśl, że to trochę książkowa wersja taniego filmu s-f. Otoczka bywa naciągana. Fabuła – zwłaszcza zakończenie! – jest naciągane. Ale trudno oprzeć się wrażeniu, że wszystko zostało celowo przerysowane. Bo Armada nie ma na celu wyciskanie łez czy wzbudzanie niepokoju. To książka zdecydowanie rozrywkowa. Prosta, nieskomplikowana i odnosząca się do tego, co wszyscy kochamy. I w tym tkwi jej największa siła. 


Posłuchaj o książce także na YouTube: TUTAJ
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz