"Apokalipsa Z: Mroczne dni" - Manel Loureiro

Opowieści o żywych trupach są na ogół mało zaskakujące. 
Zombie chcą jeść, a ludzie chcą żyć. 
Pierwsi gonią drugich, a drudzy uciekają. 
Strzał w łeb powala trupa. 

Wiem jak to zabrzmi – być może niektórzy zechcą mnie poklepać po głowie i poużalać się nad tym, jakim to biedactwem byłem – ale sporą część dzieciństwa spędziłem na odkrywaniu magii kina grozy lat 80. Do tej pory uważam, że w tamtych czasach robiło się najlepsze horrory. Trochę przerażające, ale bardziej śmieszne (tak, tak – mam zrytą psychę). Coś na wzór klasycznego horroru odkryłem w Apokalipsie Z: Początku końca Manela Loureiro. Niby żywe trupy takie straszne i krwiożercze, a jednak i tak bohaterem książki okazał się być kot perski imieniem Lukullus. To jego losy – opisywane w przezabawny sposób przez właściciela i głównego bohatera – były bijącym sercem tej opowieści (może dlatego, że większość innych serc już nie biła). 

Sięgając po kontynuację, Apokalipsę Z: Mroczne dni, liczyłem na powtórkę z rozrywki. Miałem nadzieję na powieść utrzymaną w podobnym klimacie. Tymczasem trochę się tu pozmieniało… 

Ocalonym z apokalipsy udaje się dotrzeć na Wyspy Kanaryjskie, jedno z ostatnich miejsc na ziemi, gdzie można nie obawiać się Nieumarłych. Trafiają jednak do społeczności rządzonej przez wojskowych i pogrążonej w wojnie domowej. Wkrótce muszą podjąć się niemal samobójczej misji. Opuszczają bezpieczne schronienie i powracają do niewyobrażalnego piekła - postapokaliptycznego Madrytu, pełnego agresywnych żywych trupów. Ich odwaga ponownie zostanie wystawiona na próbę. Nie wyobrażają sobie, że najgorsze jeszcze przed nimi.

Apokalipsa już się dokonała. Pozostał jedyny cel: przeżyć!

Motyw znany od lat: człowiek – żywy człowiek – jest najgorszym potworem, jaki stąpa po Ziemi. W tym temacie Loureiro nie przedstawia oryginalnego punktu widzenia. I nawet nie stara się go w żaden sposób modyfikować. Motyw ten, niczym Arnold Schwarzenegger w prawie wszystkich filmach w jakich zagrał, sieje spustoszenie od początku do końca. I kropka. 

O ile w pierwszej książce schematyczność i wierność sztampowym rozwiązaniom wykorzystywanym w przemyśle zombie (gry, książki, filmy…) nie są tak boleśnie odczuwalne, o tyle Mroczne dni wypadają na tym tle gorzej. Znacznie gorzej. 

Bolesna przewidywalność fabuły, bolesne opieranie się na wspominanych sztampowych rozwiązaniach i brak zasadności kilku scen czy zachowań bohaterów: to boli. Cholernie boli. Mocne strony Początku końca zostały zepchnięte na dalszy plan. I nie mam tu na myśli jedynie Lukullusa, którego niemal zupełny brak zabija humor w książce. Autor przykrywa względną oryginalność tej książki breją składającą się z tego, co już znamy. Słabe, absurdalne rozwiązania są jak sól w oku. To, co sprawiało, że pierwszy tom czytało się z przyjemnością, tutaj nie występuje. 

U bohaterów niewiele się zmienia. Prawdę mówiąc nie prezentują sobą niczego ponad to, cośmy już widzieli. Jedyna zmiana polega na tym, że wcześniej działali niemal z własnej woli, a teraz są do tego zmuszani. Motyw człowieka: zdrada, głupota, hipokryzja jest dużo wyraźniejszy od motywu zombie. A zombie? Statystują. Czasami pojawią się tu i ówdzie, choć to nie one grają skrzypce głównego czarnego charakteru. A szkoda. 

Zmienia się także forma prowadzenia opowieści. Jak wiadomo, nasz główny bohater (którego imię nie pada ani razu), nie prowadzi już bloga, ani dziennika. Ale nadal śledzimy jego losy w narracji pierwszoosobowej. Ale to nie wszystko. W tej książce mamy również drugi punkt widzenia. Z perspektywy Lucii, gdzie narracja jest już prowadzona z perspektywy trzeciej osoby. Troszkę ta zmiana zabija ducha książki, traci się to wrażenie uczestniczenia w akcji, choć patrząc na tom pierwszy i diabelne niezdecydowanie autora, gdzie wpisy blogowe czy w dzienniku były prawdziwymi opowiadaniami z dialogami, może to i zmiana na lepsze? Przynajmniej opieramy się na stabilnym gruncie. Z góry określonym.

W ocenie całości, czuję olbrzymi zawód. Powiedziałbym ironicznie, że ta książka byłaby dużo lepsza, gdyby Manel Loureiro wziął przykład z E.L.James i opisał ją z perspektywy innego bohatera. Najlepiej Lukullusa. Potencjał Apokalipsy Z ulotnił się i nie spodziewam się zbyt wiele po tomie wieńczącym serię. Szkoda. Wielka szkoda. 
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz