"Czerwona królowa" - Victoria Aveyard


Dopada mnie pierwszy kryzys związany z moim wiekiem. 
Tak, wiem – 27 lat to nie koniec świata, ale kiedy od dziecka żyje się aspiracją pt. chcę być pisarzem, a nie zrobiło się wyraźnych kroków w tym kierunku (poza jedną książką, która była tak koszmarna, że piszę ją od nowa), można się troszkę zdołować. Zwłaszcza, kiedy wokoło tylu młodych autorów. O zgrozo, młodszych ode mnie i z sukcesami na koncie!  

Dlatego nienawidzę m.in. Victorii Aveyard. Młoda – napisała i wydała w wieku 24 lat pierwszą książkę, bezczelna (bo za młodu wydała pierwszą książkę) i do tego bezlitosna (bo jej książka jest cholernie dobra). Jak ja jej nienawidzę! 

Czerwona Królowa miała być ciekawym rozpoczęciem nowego roku. Książkową cegłówką na pożarcie, po której miałem stwierdzić: młodość i brak doświadczenia autorki nie służą tej książce. Wtórne to, nudne i głupkowate. Tymczasem okazało się, że ta piekielnie dobrze prezentująca się okładkowo książka naprawdę wysoko zawiesiła poprzeczkę i tylko pogłębiła mój kryzys…

Po kolei. Najpierw blurb (jeśli zastanawialiście się kiedyś, czemu zawsze zamieszczam w recenzji blurb, odpowiadam: dlatego, że sam ich z reguły nie czytam, a z natury jestem wredny i lubię męczyć innych tym, za czym sam nie przepadam). 

– Mare Molly Barrow, urodzona siedemnastego listopada 302 roku Nowej Ery, córka Daniela i Ruth Barrowów – recytuje z pamięci Tyberiasz, streszczając moje życie. – Nie masz zawodu i w dniu następnych urodzin masz wstąpić do wojska. Chodzisz do szkoły nieregularnie, osiągasz słabe wyniki i masz na swoim koncie wykroczenia, za które w większości miast trafiłabyś do więzienia. Kradzieże, przemyt, stawianie oporu podczas aresztowania to zaledwie początek listy. Ogólnie rzecz biorąc, jesteś biedna, nieokrzesana, niemoralna, mało inteligentna, zgorzkniała, uparta i przynosisz hańbę swojej wiosce i królestwu.[…] – A mimo to jest w tobie coś więcej. – Król wstaje, ja zaś przyglądam się z bliska jego koronie. Jej końce są nieprzeciętnie ostre. Jak sztylety. – Coś, czego nie mogę pojąć. Jesteś jednocześnie Czerwoną i Srebrną. Ta osobliwość pociąga za sobą potworne konsekwencje, których nie jesteś w stanie zrozumieć. Co zatem mam z tobą począć?

Na pierwszy rzut oka zalatuje nieco An Ember in the Ashes: Imperium Ognia – absolutnie genialną powieścią, którą napisała i wydała w zeszłym roku Sabaa Tahir (lubię ją, ponieważ nie dotarłem jeszcze do informacji, by była ode mnie młodsza). Nie spodziewałem się, oczywiście, że kolejna książka w podobnym klimacie zdoła bardziej poruszyć moje serce (no dobra, łżę jak pies – miałem nadzieję, że pokocham Czerwoną Królową i sama książka będzie równie cudowna jak jej okładka). Liczyłem na łatwą, niewymagającą lekturę. Nie zawiodłem się. Książkę czyta się potwornie szybko, a styl Aveyard jest bardzo przyjemny. Fajnie skonstruowane opisy, dobra dynamika tekstu i pozbawione toporności dialogi. Słowem: przyjemnie. 

Powiadają, że jak pisarz potrafi dobrze posługiwać się słowem, to może pisać o wszystkim, a i tak oczaruje czytelnika. Ze mną nie ma tak łatwo. Lubię być zaskakiwany treścią. Tak, wiem – odkrywcze to jak diabli. Daniel ze Strefy Czytacza – recenzent, który lubi być zaskakiwany treścią (darujcie autoironię – to wynik kryzysu). W każdym razie (a na pewno nie w każdym bądź razie) fabuła Czerwonej Królowej okazała się być zaskakująco ciekawa. Moje obawy o powtarzalność, o to, że ta książka będzie kopią dzieła Tahir, okazały się bezpodstawne. Victoria Aveyard obrała własną drogę i konsekwentnie się jej trzymała przedstawiając historię ciekawą, pełną zwrotów akcji i naprawdę pochłaniającą bez reszty. Do samego końca nie wiedziałem, kto trzyma z kim i dlaczego oraz jakie będą tego konsekwencje. A że zakończenie było zaskakujące i niemal (jedno z moich ulubionych słów) mistrzowskie, moja nienawiść do autorki książki wzrosła. 

To co, może chociaż doczepię się do bohaterów? Zarzucę im brak logiki, skrajną nierzeczywistość i syndrom X-Mena? Nie mogę. Naprawdę. Bo bohaterowie – na czele z naszą drogą Mare, która z powodzeniem odgrywa główną rolę w przedstawieniu – są naprawdę dopieszczeni i dopracowani. Ciekawi, zmienni, zaskakujący, ludzcy. Gdzie się podziały te czasy, kiedy można było ponarzekać na drewnianych bohaterów? Potwornie podoba mi się kreacja postaci w Czerwonej Królowej - ich niejednoznaczność i rozwój, którego doświadcza się w trakcie lektury. Niewiele jest takich książek, których bohaterowie zapadają mi w pamięć na tyle mocno, że po kilku dniach jestem w stanie wymienić dziesiątkę z imienia. W przypadku debiutu Aveyard tak się dzieje. Pamiętam ich. 

Wielkim atutem tej książki jest przyjemność, którą czerpie się z czytania – wiadomo, koneserzy literatury pięknej czy miłośnicy klasycznego kanonu lektur szkolnych będą na nią psioczyć, bo to przede wszystkim literatura rozrywkowa i dla młodzieży. Myślę, że fani Mrocznych umysłów i Igrzysk Śmierci mogą pokochać tę książkę. A ja wierzę, że gdyby powstawało więcej takich fajnych, przemyślanych i przyjemnych w czytaniu historii, czytelnictwo wśród młodzieży mogłoby ostro podskoczyć. Dla mnie bomba. I w oczekiwaniu na drugi tom, Szklany miecz, jestem w stanie nawet zapomnieć o swoim kryzysie wieku (przed)średniego. 
(Ale Victorii i tak nienawidzę – wiecie dlaczego). 
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

2 komentarze:

  1. Jestem na świeżo po książce i moje odczucia są dość mieszane. Z jednej strony fabuła niby nie jest wtórna, jak pisałeś, ale praktycznie przez cały czas czytania pojawiały się takie myśli: "jak w Igrzyskach Śmierci", "jak w Grze o tron" itp... No i... nie zaskoczyła mnie też tak bardzo odnośnie tego, kto z kim trzyma. To jednak nie to samo, co wątki Snape'a czy Syriusza z HP ;) Czyta się jednak faktycznie bardzo dobrze, trudno się oderwać. Z pewnością sięgnę po drugi tom :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Naprawdę fajna książka i nie mogę się doczekać kontynuacji :D

    OdpowiedzUsuń