"19 razy Katherine" - John Green

Pogadamy o Ręcznej Rozrywce
Zboczuchy pierońskie – nie o takiej ręcznej rozrywce o jakiej żeście pomyśleli! 

Straszyli mnie. Straszyli przed lekturą 19 razy Katherine Johna Greena. Że niby najgorsza książka z całej zielonej gromadki. Że odstaje od innych. I nijaka taka. 

I tak przeczytałem, by w sympatii do Johna Greena się utwierdzić lub by blask jego gwiazdy w sobie lekko zagasić. 

Temat od początku wydawał mi się zachęcający: 

Katherine V uważała, że chłopcy są odrażający.
Katherine X chciała się tylko przyjaźnić.
Katherine XVIII rzuciła go drogą mailową.
K-19 złamała mu serce

Colin Singleton gustuje wyłącznie w dziewczętach o imieniu Katherine. A te zawsze go rzucają. Gwoli ścisłości, stało się tak już dziewiętnaście razy.

Ten uwielbiający anagramy, zmęczony życiem cudowny dzieciak wyrusza w podróż po Ameryce ze swoim najlepszym przyjacielem Hassanem, wielbicielem reality show Sędzia Judy. Chłopcy mają w kieszeni dziesięć tysięcy dolarów, goni ich krwiożercza dzika świnia, ale za to nie towarzyszy im ani jedna Katherine. Colin rozpoczyna pracę nad Teorematem o Zasadzie Przewidywalności Katherine, za pomocą którego ma nadzieję przepowiedzieć przyszłość każdego związku, pomścić Porzuconych tego świata i w końcu zdobyć tę jedyną.

Miłość, przyjaźń oraz martwy austro-węgierski arcyksiążę składają się na prawdziwie wybuchową mieszankę w tej przezabawnej, wielowarstwowej powieści o poszukiwaniu samego siebie.

Rozpoczynając lekturę, gdzieś mi tak we łbie z tyłu kołatały głosy zawiedzionych. W sensie te: że niby najgorsza książka z całej zielonej gromadki. Że odstaje od innych. I nijaka taka. Tak sobie czytałem i czytałem zaśmiewając się w bardziej lub mniej odpowiednich momentach i wniosek mi się nasuwał: zabawna jak pozostałe, fajnie napisana jak pozostałe, traktująca o nastoletnim facecie jak prawie wszystkie pozostałe, o łaknięciu miłości traktująca – a jakże! – jak wszystkie pozostałe i o dziwnej dziewczynie jak prawie wszystkie pozostałe traktująca niemniej. Szlag by to w nos strzelił i oczopląsu dostał! Schemat się powiela! Zaskoczenia nie będzie, a ja koniec końców sczeznę ze smutku, że kolejny ulubiony autor mnie zawodzi i płaszczem braku nowych pomysłów okrywa po czubek głowy. 

Guzik prawda. 
Bo jak się tak wwąchać w ten płaszczyk, to wcale on brakiem nowych pomysłów nie zajeżdża! Podobieństwa są – a jakże! Ale daleko im do identyczności. Bo historia jest inna. Rozwinięcie jest inne. Koniec jest inny. Nazwa samochodu inna (Katafalk Szatana) i bohaterowie też inni, choć nie mniej zabawni! No dobra – jak chyba w każdej książce Greena, tak i tu panuje SUV, choć tym razem nie bohatera głównego samochodem on jest! A to już nowość godna zanotowania i obramowania. 

W leniwej twórczości autora Gwiazd naszych wina (który – notabene – od CZTERECH lat się opieprza i nie wydaje nowej książki!) piękne jest to, że w zabawnym tekście z rozbrajającymi elementami absurdu przekazuje taką dawkę prawdy i mądrości, że głupi padłby jak po złotym strzale od przedawkowania! I wiem, że znowuż tę książkę nazywać będą (tudzież już nazywają, bo pierwszej młodości ona nie jest) Buszującym w zbożu XXI wieku. Tematyka podejmowana przez Greena – akceptacji, wiary, miłości i dążenia do szczęścia – jest o tyleż zrozumiała, iż dosłownie i w przenośni trafiająca tam, gdzie powinna trafić – do serca. Czytając sobie o fajtłapowatym Colinie, którego pasją życiową jest Katherine w wersji mnogiej i matematyka w wersji niezrozumiałej, nie mogę w najmniejszym stopniu zanegować kunsztu pisarskiego autora. Jest śmiesznie, jest mądrze, jest pouczająco. 

Ukradnę cytat z Księgi wyzwań Dasha i Lily: Próbowałem pisać historię swojego życia. Zrozumiałem w końcu, że fabuła nie jest taka ważna. Najważniejsi są bohaterowie.

Największą siłą w książkach Greena zawsze byli bohaterowie. Ich umiejętność rozkochania w sobie czytelnika jest ujmująca i nie mniejsza od szaleństwa, które utożsamiają. 19 razy Katherine to z jednej strony Colin – cudowne dziecko, lecz nie geniusz, wielbiący anagramy i dziewczyny o imieniu Katherine; a z drugiej Hassan – muzułmanin o szczególnym podejściu do tego, co wolno, a czego nie wolno robić w życiu i skrupulatnie naginającym zasady do tego, co wolno. Razem tworzą jeden z najcudowniejszych w świecie literatury duet, który po prostu powala na łopatki. Pół-Żyd i muzułmanin. Przyjaciele przemierzający świat w Katafalku Szatana. I wreszcie dziewczyna, która przewróci ich świat do góry nogami. 

Co ja się będę produkował – krytyczne głosy umilkły zmiażdżone potężnym ciężarem zajebiaszczości tej książki. 19 razy Katherine to moja druga najulubieńsza książka Greena (numerem jeden wciąż pozostaje Szukając Alaski). I basta! 

Będę tęsknił za tą książką jak muchomor za kropkami. I nie powiem Wam na czym polega Ręczna Rozrywka – przeczytajcie i sami się dowiedzcie, Zboczuchy!  
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz