"Projekt "Rosie"" - Graeme Simsion

Co się stanie, kiedy zorganizowany profesor genetyki rozpocznie poszukiwania idealnej partnerki do spędzenia z nią reszty życia? 

Na to pytanie stara się odpowiedzieć Australijczyk Graeme Simsion w swojej debiutanckiej powieści, Projekt "Rosie". 

A’propos Australii. To ponoć tam funkcjonuje biblioteka publiczna, której książki są zapakowane w szary papier, na którym jest wypisany tytuł, autor, gatunek i krótkie streszczenie, by nie oceniać książki po okładce. 

Zmierzam do tego, że tym, co od 2013 roku odrzucało mnie od Projektu "Rosie" była (wstyd się przyznać, oj wstyd) – jego okładka… Wstrętny ja, niegodny życia robal nad robale! 

Wierzycie w odkupienie? Ja też nie. 
Ale w końcu postanowiłem odkupić swe winy i przeczytać debiut Simsiona. I nie. Powodem nie była zapowiedź ekranizacji z Jennifer Lawrence w roli głównej, ani też międzynarodowa popularność książki. Powodem była zapowiedź wydania w Polsce drugiego tomu. Przeczytałem streszczenie, wróciłem do streszczenia pierwszego tomu i zakiełkowała we mnie skromna chętka zanurzenia się w komedii romantycznej. Bo co, facet nie może czytać komedii romantycznej? Niech mi tylko ktoś zabroni! 

Czytacz też cieszył się na tę książkę. Stwierdził, że przyda się przerwa od dystopii i nastolatków. W gruncie rzeczy Czytacz to całkiem romantyczny drań. Ale tylko całkiem. 

Projekt „Rosie” to feel-good book, jedyna w swoim rodzaju komedia romantyczna, z charyzmatycznym, ujmującym bohaterem, pierwszorzędnym humorem i wartką akcją.  Przetłumaczona na 35 języków.

Don Tillman się żeni. Tylko nie wie jeszcze, z kim.
Wdrożył więc Projekt „Żona” i opracował 16-stronicowy kwestionariusz, który ma wyłonić idealną partnerkę. Musi mieć przyzwoity zawód, nie może palić, pić alkoholu, a wśród jej cnót punktualność winna znajdować się w ścisłej czołówce.
Tymczasem Rosie Jarman dorabia jako barmanka, pije, pali i notorycznie się spóźnia. Jest również inteligentna oraz piękna. I szuka swojego biologicznego ojca, a w tym Don Tillman, profesor genetyki, może jej służyć pomocą.
Z Projektu „Żona” Don dowiedział się kilku ciekawych rzeczy. Na przykład, dlaczego wszystkie jego dotychczasowe znajomości kończyły się na pierwszej randce. Dlaczego szybkoschnąca odzież fitness nie nadaje się na kolację w restauracji. I dlaczego, pomimo wszelkich prób naukowych, nie da się znaleźć miłości - to miłość znajduje Ciebie.

Przeczytaliście opis? Dostrzegacie uroczy geniusz tej książki? 
Może i jej fabuła nie jest kosmicznie oryginalna, ani tym bardziej nieprzewidywalna (choć zdarzają się ciekawe zwroty akcji), ale na tyle zgrabnie poprowadzona, że zakochałem się w tej książce od – mniej więcej – dziesiątej strony (pierwsze czytało się strasznie, obawiałem się, że naukowy styl będzie domeną powieści). Przygody Dona i Rosie są niesztampowe, a całość okraszona jest sowitą dawką dobrego humoru. 

Względną prostotę fabularną zaćmiewają doskonałe kreacje bohaterów. Wyobraźmy sobie dojrzałego faceta, który przed zbliżeniem się do kobiety studiuje Kamasutrę. I praktykuje nowe techniki i pozycje na szkielecie. Na uczelni, w której wykłada. W pomieszczeniu, do którego w każdej chwili może ktoś wejść. Domyślacie się, co jest dalej? Tona humoru! Don jest bohaterem absolutnie nietuzinkowym, a jego metody podrywu i rozmowy z kobietą są uroczo przerażające! 
Z drugiej strony jest ona, Rosie. Szalona i starająca się czerpać z życia jak najwięcej. Dokładne przeciwieństwo donowego ideału. A jednak, kiedy tylko na siebie trafiają już wiesz, że między nimi zaiskrzy (zaskakujące, jeśli spojrzy się na tytuł książki, prawda?). 
Simsion włożył naprawdę wiele pracy w dopracowanie ich osobowości, do uczynienia ich ludźmi. Niedoskonałymi, popełniającymi błędy, humorzastymi ludźmi. I takimi, których można (a nawet trzeba!) pokochać. 

Prowadzenie narracji pierwszoosobowej z perspektywy profesora nadzwyczajnego zajmującego się genetyką z pewnością mogło zakończyć się katastrofą. Tej katastrofy obawiałem się po pierwszych stronach, kiedy czułem, że historia wykładowcy nie trafi do mnie. A jednak – szybko okazuje się, że szalony profesorek jest doskonałym narratorem. Zabawnym w całej swej poprawności i pełnym zorganizowaniu. Książkę czyta się dobrze i szybko. Za szybko. Jeden wieczór i koniec. Co za diabelski nietakt! 

Może nie tak sztampowy jak większość komedii romantycznych, choć łączący najlepsze elementy ze wszystkich – Projekt "Rosie" to cudowna książka. Zabawna, lecz inteligentna. Romantyczna, choć nie przesłodzona. I z cudownymi bohaterami, którzy tak bardzo do siebie nie pasują, że są dla siebie stworzeni! Po prostu boska książka! Nie tylko dla kobiet. 

No dobra. Tylko dla kobiet, bo standardowy samiec obciążony brakiem uczuciowości wzgardzi nią i tyle. A szkoda świetnej książki na takiego typa. 
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

1 komentarze:

  1. Narrator jest ciekawym bohaterem, bo jest przypadkiem zespołu Aspergera, co tu akurat jest źródłem dość zabawnych sytuacji. O wiele ciekawszym, literacko również, przypadkiem takiego bohatera (ok, znacznie cięższy przypadek) choć bez humorystycznego akcentu, jest "Dziwny przypadek psa nocną porą" Marka Haddona, co bardzo polecam.

    OdpowiedzUsuń