"JAJO" - opowiadanie Andy'ego Weira, autora "Marsjanina"

"JAJO" Andy Weir
przekład: Daniel Muniowski

Akurat wracałeś do domu, kiedy umarłeś. 
To był wypadek samochodowy. W zasadzie nic szczególnie zapadającego w pamięć, ale i tak fatalny w skutkach. Zostawiłeś żonę i dwójkę dzieci. To była bezbolesna śmierć. Ratownicy z pogotowia ratunkowego starali się ze wszystkich sił, żeby cię odratować. Bezskutecznie. Twoje ciało było doszczętnie zniszczone, także wierz mi – lepiej, że odszedłeś. 
I właśnie wtedy spotkałeś mnie. 
- Co… co się stało? – zapytałeś. – Gdzie ja jestem? 
- Umarłeś – odparłem rzeczowym tonem. Nie ma sensu owijać w bawełnę. 
- Ciężarówka… wpadła w poślizg… 
- Tak – potwierdziłem. 
- Czy… czy umarłem? 
- Tak. Ale nie ma powodu do zmartwień. Wszyscy umierają – powiedziałem.  
Rozejrzałeś się dokoła. Wokół była nicość. I tylko ty i ja. 
- Co to za miejsce? – zapytałeś. – Czy to zaświaty? 
- Mniej więcej – przyznałem. 
- Jesteś bogiem? – zapytałeś ponownie. 
- Owszem – odpowiedziałem. – Jestem bogiem. 
- Ale moje dzieci… moja żona… - zacząłeś. 
- Co z nimi? 
- Czy wszystko będzie z nimi dobrze? 
- I to właśnie lubię – powiedziałem. – Dopiero co umarłeś, a już skupiasz się głównie na swojej rodzinie. Tutaj jest to dobrze postrzegane. 
Przyglądałeś mi się zafascynowany. Dla ciebie wcale nie wyglądałem jak bóg. Byłem po prostu zwykłym facetem. Lub, co równie prawdopodobne, kobietą. Albo być może bliżej nieokreśloną postacią. Kimś bardziej w stylu nauczyciela gramatyki niż wszechmogącego. 
- Nie martw się – powiedziałem. – Wszystko będzie dobrze. Twoje dzieci zapamiętają cię jako doskonałego w każdym calu. Nie miały czasu na to, by wzrosła w nich pogarda do ciebie. Z kolei twoja żona będzie dawała publiczny pokaz rozpaczy, a tak naprawdę w głębi ducha będzie się czuła wyzwolona. Bądźmy szczerzy – twoje małżeństwo i tak się sypało. Jeśli to jakieś pocieszenie, ona będzie się czuła winna z powodu odczuwania tej ulgi. 
- Och… - powiedziałeś. – I co teraz? Pójdę do nieba? Do piekła? Czy gdzie? 
- Ani jedno, ani drugie – odrzekłem. – Przejdziesz reinkarnację. 
- Ach… - wydusiłeś. – Czyli to Hindusi mieli rację. 
- Na swój sposób wszystkie religie mają rację – oświadczyłem. – Chodź ze mną. 
Podążyłeś za mną, krocząc przez pustkę. 
- Dokąd idziemy? 
- Tak naprawdę do nikąd – stwierdziłem. – Po prostu miło się przejść, gdy tak sobie gawędzimy. 
- W takim razie w czym rzecz? – zapytałeś. – Kiedy się odrodzę, będę po prostu czystą kartą, tak? Dzieckiem. Wobec tego wszystkie moje doświadczenia i to, co zrobiłem w ciągu tego życia przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie. 
- Nie do końca! – powiedziałem. – Masz za sobą całą wiedzę i doświadczenia ze wszystkich przeszłych żyć. Po prostu w tej chwili ich nie pamiętasz. 
Zatrzymałem się i chwyciłem cię za ramiona. 
- Twoja dusza jest bardziej okazała, piękna i olbrzymia niż byłbyś to sobie w stanie wyobrazić. W ludzkim umyśle może zawrzeć się zaledwie maleńka cząsteczka tego czym jesteś. To jak wkładanie palca do szklanki z wodą, by przekonać się czy jest ona gorąca czy zimna. Umieszczasz maleńką cząstkę siebie w naczyniu, a kiedy wyjmiesz ją z niego, zdobędziesz wszelkie doświadczenie. 
- Spędziłeś w ludzkim ciele ostatnie czterdzieści osiem lat, więc jeszcze nie doszedłeś do siebie i nie odczułeś reszty ogromnej świadomości. Gdybyśmy zatrzymali się tu na dłużej, zacząłbyś sobie wszystko przypominać. Ale nie ma żadnego powodu, by robić to pomiędzy każdym życiem. 
- Wobec tego, ile razy już się odradzałem? 
- Och, bardzo wiele. Więcej niż wiele. I w mnóstwie różnych żyć – odrzekłem. – Tym razem staniesz się uroczą Chinką żyjącą w 540 roku naszej ery. 
- Chwileczkę... że co? – wybełkotałeś. – Cofniesz mnie w czasie? 
- Technicznie rzecz biorąc tak. Ale czas takim jakim go znasz, istnieje jedynie w twoim wszechświecie. Tam skąd ja pochodzę, te sprawy wyglądają zupełnie inaczej. 
- A skąd pochodzisz? – zapytałeś. 
- No tak – zebrałem się do wyjaśnień. – Pochodzę zewsząd. I zewsząd jeszcze. A tam są inni, którzy są podobni do mnie. Wiem, że będziesz chciał wiedzieć jak tam jest, ale szczerze mówiąc i tak byś nie zrozumiał. 
- Och… - Byłeś nieco zawiedziony. – Ale chwileczkę… Jeśli narodzę się ponownie w innym miejscu w danym czasie, możliwe, że w pewnym momencie zetknę się z samym sobą. 
- No pewnie. To się zawsze zdarza. A każde z tych dwóch żyć skupia się jedynie na własnym, wobec czego nawet nie masz pojęcia, że to się dzieje. 
- Więc jaki jest w tym sens?
- Poważnie? – zapytałem. – Poważnie? Pytasz mnie o sens życia? Czy to nie stereotypowe pytanie? 
- To rozsądne pytanie – sprzeciwiłeś się. 
Spojrzałem ci w oczy. 
- Sensem życia, przyczyną dla której stworzyłem cały ten wszechświat, jest poprowadzenie ciebie ku dorosłości. 
- Masz na myśli ludzkość? Chcesz, byśmy dorośli? 
- Nie. Mam na myśli tylko ciebie. Cały ten wszechświat stworzyłem dla ciebie. Z każdym kolejnym życiem dorastasz i dojrzewasz, a twój intelekt powiększa się i staje wspanialszy. 
- Tylko mnie? A co z innymi? 
- Nie ma żadnych innych – odparłem. – W tym wszechświecie jesteśmy tylko my dwaj. 
Spojrzałeś na mnie oczyma bez wyrazu. 
- Ale ci wszyscy ludzie na Ziemi…
- Wszyscy są tobą. Różnymi wcieleniami ciebie. 
- Zaraz. Jestem wszystkimi!?
- W końcu zaczynasz rozumieć – powiedziałem poklepując cię z gratulacjami po plecach. 
- Jestem każdym człowiekiem, który kiedykolwiek żył? 
- I każdym, który kiedykolwiek będzie żył. Tak. 
- Jestem Abrahamem Lincolnem? 
- Jesteś też Johnem Wilkesem Boothem – dodałem. 
- Jestem Hitlerem? – zapytałeś z trwogą. 
- I milionami, które zabił. 
- Jestem Jezusem? 
- I wszystkimi, którzy za nim poszli. 
Zamilkłeś. 
- Za każdym razem, gdy kogoś krzywdziłeś – zacząłem – krzywdziłeś siebie. Każdy akt dobroci wyświadczyłeś sobie. Wszystkich radosnych i smutnych chwil, których doświadcza lub doświadczy człowiek, doświadczałeś ty sam.
Rozmyślałeś nad tym przez dłuższą chwilę. 
- Dlaczego? – zapytałeś w końcu. – Po co to wszystko? 
- Ponieważ któregoś dnia staniesz się taki jak ja. Ponieważ tym właśnie jesteś. Jesteś jedyny w swoim rodzaju. Jesteś moim dzieckiem. 
- Wow – powiedziałeś niedowierzając. – Chcesz powiedzieć, że jestem bogiem? 
- Nie. Jeszcze nie. Jesteś zarodkiem. Wciąż dorastasz. Dopiero wówczas, gdy przeżyjesz wszystkie ludzkie żywoty we wszystkich czasach, będziesz wystarczająco dojrzały, by się narodzić. 
- Więc cały ten wszechświat – zacząłeś – jest po prostu…
- Jajem – odpowiedziałem. – A teraz już czas, byś rozpoczął kolejne życie. 
I wysłałem cię w drogę.


ANDY WEIR - amerykański pisarz science fiction i informatyk. Autor bestselleru Marsjanin zekranizowanego w 2015 roku. 


Copyright © by Andy Weir
Niniejsze tłumaczenie powstało za zgodą autora i nie może być dalej rozpowszechniane bez zgody tłumacza. 
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz