Grudzień z książką, karpiem i choinką

Po jedenastu miesiącach narzekania jaki to słaby poziom czytelnictwa mamy, rozpoczyna się grudzień i książka znowu stanie się (na co wiele wskazuje) numerem 1. wśród świątecznych prezentów. 

Nie przestaje mnie to zadziwiać. I to z wielu przyczyn. 
Więcej niż połowa Polaków deklaruje, że nie czyta książek. A większość dostaje książki pod choinkę. Gdzie tu sens i gdzie logika? Abstrahując już od tego, że nie jest łatwo wybrać idealną książkę dla kogoś – w końcu gusta są różne, a opcji tysiące – dlaczego podarowujemy sobie książki? Żeby zrobić komuś przyjemność czy – przynajmniej w teorii – spróbować nawrócić niewiernego książkofoba? A może po prostu dajemy drugiej osobie to, czego najbardziej jej brakuje (według nas)? Nie czytasz – masz książkę, czytaj! W takim wypadku zabawne, że drugim najczęściej wybieranym prezentem są perfumy. Masz perfumy, bo… śmierdzisz?  

No ale dobra – dość filozofowania. 
Zaraz święta i koniec roku, a jeszcze tyle książek do przeczytania! 

Wiecie – nigdy nie byłem molem książkowym, choć czytać zawsze lubiłem. Ten rok wiele zmienił – a zwłaszcza jego druga połowa. Zacząłem pochłaniać książki, pożerać je jak – za przeproszeniem – świnia. Wiecznie nienażarta, wiecznie głodna, wiecznie chcąca więcej. Choć bardziej czysta. 

Boże… na jakie metafory mi się dzisiaj zbiera. 
Zgonię to na sentymenty. Zawsze w grudniu jestem sentymentalny. 
(Super, ale co z sentymentami ma wspólnego to, że nazywam się per świnią?)

Idą święta. Z jednej strony świetna aura do czytania, z drugiej wypadałoby więcej czasu spędzić z rodziną niż z nosem w książce. Tak czy siak zebrało mi się kilka tytułów, które chętnie zapoznam w wolnych chwilach.

Ale po kolei. Zacznę od ciekawych grudniowych zapowiedzi. 

Hmm… chyba nie ma żadnej. Przepraszam. 

Wobec tego skupię się na kilku tytułach, które czekają lub będą czekały na przeczytanie/doczytanie w tym miesiącu. 

Jestem w trakcie Dożywocia Marty Kisiel. Zaiste, ciekawa i diabelnie osobliwa książka. Widać, że napisana przez prawdziwą maniaczkę języka polskiego – powiedziałbym, że językowego geeka (w pozytywnym tego słowa znaczeniu). Anioł uczulony na pierze, widmo bojące się duchów czy pradawny morski stwór jako kucharz – taak, to doprawdy niezwykła książka. I absurdalnie fajnie się zapowiadająca i rozwijająca. Tak absurdalna, że mam już whiskas zamiast mózgu i podoba mi się ten stan. 

W kolejce czeka też kontynuacja Trzech odbić w lustrze Zbigniewa Zborowskiego. Przyznam się bez bicia, że też już zacząłem czytać (tak, czasami czytam więcej niż jedną książkę na raz – mój rekord to cztery). Pąki lodowych róż jeszcze nie dorobiły się mojej opinii, choć liczę na to, że mój aktualnie ulubiony polski autor nie zawiedzie i wbije mnie w fotel (byle nie za mocno, co by plecy za bardzo nie bolały). 

Szykuję się też na początek przygody z trylogią Silos Howeya Hugha. Książka powinna dotrzeć lada dzień, a ja już się jej nie mogę doczekać. Jej zapowiedź głosi, że są to Igrzyska Śmierci dla dorosłych. Jako, że moja metryczka usilnie stara się mnie przekonać, że jestem już dorosły (bredzi, i tyle), tym razem postanowiłem (z okazji świąt) przyznać jej rację i sięgnąć po pozycję, która powinna do mnie trafić. Mam nadzieję, że czeka mnie naprawdę fajna i inspirująca wizja dystopii.


Dałem się przekonać. Tak bardzo polecaliście, że w końcu moja małżonka i ja, postanowiliśmy powiedzieć sprawdzam. Jeśli Mroczne umysły Alexandry Bracken nam się nie spodobają, zablokujemy stronę wszystkim, którzy ją polecali. 

Żart. 

Chyba. 

W każdym razie już zacieram ręce – książka zapowiada się ciekawie. Bohaterka potrafiąca wdzierać się do umysłu i manipulować nim – widzę w tym potencjał. 

Oczywiście, w grudniu nie mogłoby zabraknąć również miejsca dla dzieł popełnionych przez pisarza, który szturmem wdarł się ze swoimi książkami na listę moich najulubieńsiejszych autorów. To Jan Zielony. (Teraz wiecie, dlaczego polski autor nigdy nie odniesie takiego sukcesu – tylko spójrzcie, jak to brzmi!). Na razie przeczytałem dwie książki Johna Greena (od razu lepiej, prawda?) – Papierowe miasta i Szukając Alaski. W grudniu czaję się na zbiór opowiadać W śnieżną noc i na którąkolwiek z pozostałych książek Greena (żono, jeśli to czytasz, wiedz, że nie obraziłbym się, gdybym pod choinką znalazł Gwiazd naszych wina lub 19 razy Katherine).

Na koniec - jeśli starczy czasu - odkrycie z Taniej Książki - Wrota Johna Connolly'ego. Lektura dla młodszych czytelników, traktująca o przygodach jedenastoletniego (przypadek?) Samuela Johnsona, który staje się świadkiem seansu magii powodującego uchylenie wrót dzielących Ziemię od Piekła. Walka z demonami i sługami ciemności to idealny motyw na zbliżające się Święta! 

I tyle czytania na ten miesiąc. Zbyt wiele czasu spędzę na obżeraniu się podczas świąt i rzewnym wspominaniu jakie to moje dziecko było rok temu maleńkie, a teraz już takie duże – och, jejku! I po raz pierwszy samo zdoła otworzyć sobie gwiazdkowy prezent, no popatrzcie! 

Jest grudzień, a mnie się trzyma autoironia. Boże, patrzysz i nie grzmisz. 

(Bóg nie grzmi, bo czyta – więc i ja zamierzam to robić). 

P.S. No dobra – chętnie przytuliłbym jeszcze Posłańca strachu Michaela Granta, ale coś mi się widzi, że mój limit życzeń na ten rok został już wyczerpany. 
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

4 komentarze:

  1. Tak, raczej przypadek :P W książkach tego typu najczęściej głównymi bohaterami są 10, 11, 12, 13 latkowie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, ale 11 lat to zawsze taki magiczny wiek... :P

      Usuń
  2. O nie! Lepiej żeby się Wam spodobały "Mroczne Umysły"... Nie chcę żegnać się ze stroną :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chwila prawdy już się zaczęła - przed końcem roku wszystko będzie jasne :D

      Usuń