"Rozkaz zagłady" - James Dashner

Powiadają, że apetyt rośnie w miarę jedzenia – i musi w tym coś być, ponieważ rozpoczynając swoją przygodę z twórczością Jamesa Dashnera wcale nie odczuwałem specjalnego pociągu do jego tworów. Przebrnąłem przez Więźnia labiryntu, kolejne dwa tomy czytałem z coraz większym ukontentowaniem, by niczym podniebny lewiatan kierowany monstrualnym głodem połknąć W sieci umysłów (pierwszy tom Doktryny Śmiertelności). Nakręcony i rozpędzony ślepo pognałem w kierunku prequela Więźnia labiryntu zatytułowanego Rozkaz zagłady

Choć premiera Rozkazu zagłady została zapowiedziana na 17 listopada, z wywalonym jęzorem pognałem na stoisko wydawnictwa Papierowy Księżyc na Targach Książki w Krakowie, by jak najszybciej zaopatrzyć się w wyczekiwaną przeze mnie książkę poczciwego Dashnera. Otulony sentymentami i dobrymi myślami na temat twórczości Amerykanina, niezwłocznie wziąłem się za czytanie. I czytałem, czytałem, czytałem… 

Akcja Rozkazu zagłady toczy się trzynaście lat przed fabułą Więźnia labiryntu i skupia na początkach straszliwej choroby zwanej Pożogą. Kiedy ludzkość zostaje zdziesiątkowana przez rozbłyski słoneczne i Ziemia staje się planetą niemal zupełnie nieprzystosowaną do tego, by na niej żyć, okazuje się, że to nie jest jedyne zmartwienie ocalałych. A to dlatego, że został wydany tajemniczy, tytułowy rozkaz zagłady. Kto i dlaczego zdecydował się uwolnić Pożogę? Jakie były początki potwornego wirusa? Co zapoczątkowało dramatyczne wydarzenia znane z trylogii Więźnia labiryntu? I czy jest szansa na to, by im zapobiec? 

Początek jest obiecujący. Poznajemy Marka – głównego bohatera książki, jednego z ocalałych. Chłopak może i nie jest zbyt przebojowy czy rezolutny, ale swój rozum ma i bywa, że nawet wie jak z niego korzystać. To zdecydowanie lepiej nakreślony bohater niż Thomas, choć coś nakazuje mi bronić tego drugiego – bo jak można dobrze nakreślić kogoś, o kim nic nie wiemy? Thomas dopiero przystosowuje się do życia i pod wieloma względami znajduje się w trudniejszym położeniu niż bohater prequela.

Kiedy go poznajemy, Mark zaczyna sobie układać życie na nowo, a wtedy – dosłownie – jak grom z jasnego nieba spadają nowe problemy. Niezidentyfikowani ludzie napadają na osady ocalałych i rozprzestrzeniają w nich znaną z trylogii Pożogę. 

I tutaj rodzi się pierwszy problem. Problem, o ile czyta się Rozkaz zagłady jako czwartą książkę serii – bo starzy wyjadacze doskonale wiedzą czym jest Pożoga, jakie są jej symptomy i do czego prowadzi. Choć przyznam, że niektóre sytuacje związane z wirusem mimo wszystko mnie zaskoczyły. Niektóre na plus, inne na minus. 

Główną zaletą Więźnia labiryntu był język, którym posługiwali się bohaterowie oraz sposób w jaki zostali przedstawieni. Niektórzy byli irytujący, inni zabawni - ale niemal każdy charakterystyczny. W Rozkazie zagłady brakuje tego wszystkiego. Na dobrą sprawę bliżej poznajemy jedynie dwóch bohaterów (Marka i Aleca), podczas gdy pozostali są aż do bólu bezpłciowi. Brak ciekawego, nowatorskiego języka odsłania wiele mankamentów tej książki. Mówiąc wprost: to Więzień labiryntu pozbawiony swoich największych zalet. Ale nadal da się czytać. 

Język jest poprawny – stylistycznie na pewno lepszy od pozostałych książek trylogii, bardziej plastyczny, dojrzalszy i wygodniejszy do czytania. Choć bolą powtórzenia. Niemal każde bezpośrednie starcie kończy się tym, że ktoś pada zgięty w pół. I to jest nagminne. Jak w kiepskiej grze komputerowej, gdzie niezależnie od sposobu pokonania przeciwnika, ten zawsze padnie w z góry ustalony sposób. 

Dialogi kuleją. Bywają zbyt sztywne i sztuczne, czasami wylewa się z nich patos. Za dużo patosu. To z kolei wpływa na relacje przedstawione w książce – z nimi jest nieco lepiej, choć wydaje mi się, że troszkę brakuje chemii między bohaterami. Ich relacje są poprawne, zależności fajnie nakreślone, ale nadal czuć, że czegoś w nich brakuje. Być może większej głębi. 

Sama fabuła prezentuje się dobrze, choć chwilami nuży. Oparta na ciągłej wędrówce i poszukiwaniach nie zawsze jest w stanie zaserwować coś, co wyrwie czytacza z przysłowiowych kapci. Dodając do tego główny mankament Prób ognia - sen w każdej sytuacji – tworzy nam się chwilami historia boleśnie absurdalna. Trzeba komuś uratować życie, ta osoba może za chwilę już nie żyć – co robimy? Idziemy spać. 

Tak. 

Spać. 

I rzecz, która niemal wywoływała u mnie białą gorączkę. Ile razy mówimy o przyjaciołach per nasi przyjaciele? Czy kiedy w młodzieńczych latach chcąc iść do kolegi, mówiłem rodzicom: idę do mojego kolegi? Kolega miał imię. Przyjaciółki też mają imię. Więc dlaczego, do jasnej cholery, przy kilkunastu/kilkudziesięciu wzmiankach pozostają przyjaciółkami!? Ok. Byłoby to jeszcze w miarę zrozumiałe, gdyby znał je tylko jeden z bohaterów – wówczas dla drugiego z nich ich imiona nie miałyby znaczenia i mogłyby pozostać bezimiennymi przyjaciółkami. Problem w tym, że obaj znają swoje przyjaciółki. To ich wspólne przyjaciółki. Które, wbrew pozorom, mają imiona. 

Ale jest też niewątpliwy atut tej powieści. To cała historia skupiająca się na przeszłych wydarzeniach, geneza w której poznajemy jednego z kluczowych dla serii bohaterów. Poznając przeszłość owego bohatera można lepiej zrozumieć jego przyszłość i dokonywane przezeń wybory, choć uważam, że bezpośredni wgląd w owe wybory będziemy mieli dopiero w kontynuacji prequela – zaplanowanym na wrzesień 2016 The Fever Code

Tak jak mówiłem we wstępie. Byłem rozpędzony i ślepo zaufałem Dashnerowi. Teraz krzyczą we mnie sprzeczne emocje i odczucia. Z jednej strony Rozkaz zagłady w ciekawy sposób opisuje początki przerażającej Pożogi i pomaga zrozumieć dalszy ciąg wydarzeń, a z drugiej rażą jego mankamenty – schematyczność fabuły, absurdy fabularne i język (nie jestem w stanie wyzbyć się przyjaciółek z głowy). Pierwsze chwile po zakończeniu lektury były pełne negatywnych emocji. Czułem się oszukany. Dopiero czas pozwolił mi dostrzec dobre strony tej powieści. Może to niezbyt optymistyczne, ale jednak przemawiające na korzyść książki Dashnera. 

Jakkolwiek Rozkaz zagłady czyta się całkiem dobrze i książka stanowi niezłe wprowadzenie do Więźnia labiryntu, odstaje od innych dzieł Jamesa Dashnera. Brakuje jej charakterystycznej dla autora finezji, poczucia języka i ciekawych relacji między bohaterami. Nie powiedziałbym, że to jest zła książka, jednak widać w niej spadek formy autora. Na szczęście, nie na tyle duży, by chwycić w dłoń gruby marker i skreślić pisarza. Niemniej wydaje mi się, że dokończoną serię powinno się zostawić w spokoju i pozwolić jej żyć własnym życiem. Szkoda, że w ostatnich czasach coraz więcej autorów tego nie potrafi. 
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz