Raz, dwa, trzy - bestsellerem będziesz ty!

Plan jest prosty: napiszę bestseller, wydam go i będę się kąpał w morzu gotówki. 
Kupię sobie willę z basenem, jacht i masę innych niepotrzebnych rzeczy, które zwykli kupować niesamowicie bogaci ludzie. A! Zapomniałbym o prywatnym lądowisku i helikopterze. 

Abstrahując od marzeń – co musiałoby się stać, żeby taki zwykły, szary Muniowski jak ja stał się bestsellerowym autorem? Jak poderwać miliony ludzi na świecie i stać się odpowiednikiem międzygalaktycznej gwiazdy rocka na rynku książki? 

W wielkim błędzie są ci, którzy uważają, że bestseller to wynik ciężkiej pracy autora, nagroda za jego wysiłek i godny podziwu talent. Bestseller to zmienna, uśmiech losu. Ale czy na pewno?

Jestem laikiem. Nigdy nie wydałem książki, nie pracowałem w wydawnictwie. Niemniej pociąga mnie marketing. 

Żeby nie przedłużać posłuchajcie pięknej bajki. 
Harry Potter. Globalny fenomen. Jedna z najpopularniejszych książek naszych czasów. Pół miliarda sprzedanych egzemplarzy. Osiem blockbusterowych filmów. Mówiąc ogólnie: marka, której wartość pewnie dorównuje wartości wszystkich skarbów zamkniętych u Gringotta. 

A to wszystko zaczęło się od samotnej matki. Skrzywdzonej przez los kobiety, która spisywała swoją cudowną powieść na serwetkach i wszelkich skrawkach papieru, jakie miała pod ręką. 

Po ukończeniu pierwszej książki, ów realny Kopciuszek rozpoczął poszukiwania wydawcy, który zechciałby dać szansę powieści o okularniku z blizną. Pomimo usilnych starań agenta literackiego, Christophera Little’a, manuskrypt odrzucali wszyscy. W sumie jakichś dwunastu wydawców wypięło się na dzieło, które miało się stać absolutnym, niekwestionowanym sukcesem. Wreszcie pierwsze rozdziały trafiły do rycerza na białym koniu, Barry’ego Cunninghama, który przekonany przez swoją asystentkę zgodził się zapłacić 1500 funtów za prawa do książki. 

Niepewny wydawca wypuszcza pod koniec czerwca 1997 roku książkę w nakładzie… 500 egzemplarzy. 500! 

Większość nakładu trafia do publicznych bibliotek, skąd wypożyczają ją dzieci. Każde jest oczarowane i poleca lekturę koledze, koleżance, pani nauczycielce i w ogóle wszystkim napotkanym w promieniu pięćdziesięciu mil ludziom. 

W związku z rosnącą popularnością książki na Targach Książki w Bolonii organizowana jest aukcja, mająca na celu wyłonienie wydawcy, który wypuści książkę na rynku amerykańskim. Gruba sprawa. 

Po długiej i ciężkiej batalii prawa do książki wygrywa Arthur Levine biorący udział w licytacji z ramienia Scholastic. Za książkę płaci rekordową sumę 105 tysięcy dolarów

We wrześniu 1998 roku amerykańska wersja powieści trafia do sprzedaży. Wkrótce debiut J.K.Rowling wzbudza również zainteresowanie korporacji Warner Bros. 

Dalej wiemy, co się stało. Prawa do książki zostały sprzedane, Warner rozkręcił promocję i PUF! Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki Kopciuszek-Rowling przemienił się w piękną królewnę ze złotym zamkiem. 

Piękna historia. Szkoda, że to wszystko… BZDURY!
Cholerne, bezczelne łgarstwa. 

Oto moja, oparta na faktach, wersja tej bajki. 

J.K.Rowling żyła biednie, choć trudno mówić o skrajnej biedzie. Niemal codziennie chodziła do kawiarni, gdzie w zeszytach pisywała swoją książkę. Nie było żadnych serwetek. 

Po znalezieniu agenta faktycznie nadeszły ciężkie czasy, bo kilku wydawców książkę odrzuciło. Być może było ich nawet dwunastu. W końcu jednak książka trafiła do Bloomsbury, które zdecydowało się na wydanie jej w czerwcu 1997 roku.

Jednak książka i jej autorka zdobyły popularność ponad dwa miesiące wcześniej, bo właśnie wtedy – przed wydaniem książki w Wielkiej Brytanii – prawa do niej zakupiło Scholastic. Rekordowa suma pociągnęła za sobą zainteresowanie ze strony Warner Bros. 

W momencie, kiedy książka dopiero debiutowała na rynku brytyjskim, miała już niezłą prasę. Niemal wszyscy o niej mówili. Każdy był ciekaw, cóż to za dzieło, za które wydano rekordową ilość pieniędzy. 

Zdając sobie sprawę z tego, jak popularna jest książka, brytyjski Bloomsbury wypuścił na rynek 500 kopii książki w twardej oprawie i… ponad 5 tysięcy kopii w miękkiej. 

Książka z miejsca stała się bestsellerem, a kolejne tomy i wydanie pierwszego tomu w USA (ponad 50 tys. egzemplarzy) stały się prawdziwym zaczątkiem dla światowej popularności Harry’ego Pottera. 

Co to zmienia? 
To jeszcze niczego nie zmienia, ale teraz pomyślmy: kto normalny płaci ponad 100 tys. dolarów za debiut w momencie, gdy na rynku czytelniczym jest kryzys? Wydanie olbrzymiej sumy pieniędzy Arthur Levine skwitował następująco: Musiałem mieć tę książkę! Po prostu musiałem! 

A teraz śmiała teza: fenomen Harry’ego Pottera to wynik niezwykle śmiałego, nieznanego dotąd marketingu. 

Arthur Levine nie kupił praw do książki przypadkowo. Znał człowieka z Bloomsbury, z którym wcześniej o niej rozmawiał. 

Z kolei Scholastic mogło się pochwalić niezłą historią współpracy z Warner Bros. 


Wiecie do czego zmierzam? 
Co jeśli największy fenomen naszych czasów to wynik złożonej współpracy trójkąta: Bloomsbury – Scholastic – Warner Bros.? 
Nierealne? Naprawdę? 

Bloomsbury kupuje książkę od kobiety, która ma fascynującą historię – sama w sobie jest ciekawa. To historia o tym jak Kopciuszek staje się Królewną. Wystarczy trochę podkolorować w mediach i ludzie ją pokochają. 

Scholastic ma wystarczająco dużo pieniędzy, żeby zaszokować wszystkich rekordowo wysoką propozycją. Ma też kontakty z Warnerem. Z jednej strony płacąc ponad 100 tys. za Pottera zyskują książce i autorce międzynarodowy rozgłos, a ten daje początek popularności. A popularne dzieło można sfilmować. 

Śmiałe posunięcie Scholastic nie niosło ze sobą ryzyka. Głośny tytuł zawsze się sprzeda. A zostało zrobione wszystko, by o Potterze było głośno. 

Uważam, że to przypadek sprawił, iż Harry Potter stał się globalnym fenomenem. Bo mogła się nim stać niemal każda dobra/bardzo dobra książka posiadająca autora z przeszłością. Dobrą historię zawsze da się wypromować. Nie konwencjonalną reklamą. Najskuteczniejszy marketing to taki, którego w ogóle nie widać. Tak jak w przypadku Harry’ego Pottera. 

---
Teraz wróćmy do rzeczywistości. 
Co musiałoby się stać, żeby taki Muniowski został bestsellerowym autorem i dlaczego nie ma na to szansy w Polsce? 

DEBIUTANT
Po pierwsze, Muniowski musi być debiutantem. Jest? Jest! 
J.K.Rowling, James Dashner, Veronica Roth, Stephenie Meyer, E.L.James, Paula Hawkins – co ich wszystkich łączy? TAK! Zgadza się! Wszyscy osiągnęli sukces debiutancką powieścią/serią. 

Debiutanta najłatwiej jest wypromować, bo debiutant budzi największą ciekawość. Można zbudować historię wokół niego, a story telling jest cholernie ważny w marketingu i sprzedaży. 

Oczywiście, niektórzy osiągnęli prawdziwy sukces dopiero ze swoimi kolejnymi powieściami, tak jak Dan Brown czy Suzanne Collins, ale moim zdaniem są to wyjątki potwierdzające regułę. 

ZNOŚNA KSIĄŻKA
Druga ważna cecha – książka musi być dobra, albo przynajmniej czytelna. Choć to pojęcie bardzo względne. Dla przykładu – nie znam osoby, która chwaliłaby Pięćdziesiąt twarzy Greya, a jednak książka osiągnęła sukces. Załóżmy więc, że taki Muniowski ma szczęście i jego książkę da się przeczytać. Dwa punkty na moją korzyść!

MORZE KASY 
I tu Muniowski odpada. Nie będzie bestsellerowym autorem. Nie kupi sobie willi z basen, o lotnisku i helikopterze też może tylko pomarzyć. Dlaczego? Bo polskich wydawców nie stać na to, by inwestować setki tysięcy złotych w promocję jednego tytułu. A zwłaszcza debiutu! 

I już słyszę głosy oburzonych: przecież wydawca zarabia kupę kasy przekazując autorowi zaledwie marny procent ze sprzedanego egzemplarza. Weźmy na przykład takiego ilustrowanego Pottera, skoro to Pottera rozbieramy. Książka kosztuje 59 zł. Z tego fiskus odcina swoją część, dalej trzeba zapłacić za prawa do książki, opłacić redakcję i łamanie tekstu (słowem: przygotowanie książki do druku), druk, promocję, dystrybucję i autora. I pewnie zbierze się jeszcze kilka pobocznych wydatków (jak mówiłem: nie pracowałem nigdy w wydawnictwie). Więc ile zarabia wydawca na książce? Grosze. Wierzcie mi. 

Dodając do powyższego marny poziom czytelnictwa w Polsce, olbrzymia inwestycja okazałaby się najpewniej strzałem samobójczym wydawcy. 

Ale taką Amerykę już stać. I nie tylko Amerykę, bo Wielka Brytania też potrafi zapłacić sporo za książkę. A i prawa do tłumaczeń nieźle się sprzedają. 

Zatem skoro mamy już debiutanta i jego wypociny da się czytać, można inwestować. Góra złota niczym krew rekina zwabi dziennikarzy, ci z kolei – pisząc tysięczny tekst na temat – rzucą książkę pod nogi producentom filmowym, którzy stwierdzą, że można na tym polu coś ugrać. Wszakże nie bez powodu w ostatnich czasach pojawia się tak wiele filmowych adaptacji czy ekranizacji książek! Takie filmy można dużo prościej i taniej wypromować! 

A AUTOR… 
A autor leży sobie w morzu kasy przekonany o własnej zajebistości. Bo przecież napisał książkę, którą pokochały miliony na całym świecie! Konto w banku to potwierdza! Willa z basenem też! I lądowisko z helikopterem!

DLACZEGO?
Bo ludźmi da się manipulować. Włączcie telewizję, obejrzyjcie jakikolwiek program. Kupujemy to, co kupują inni. 
Jemy to, co inni. 
Narzekamy na to, na co narzekają inni. 
Idziemy za tłumem. 

Dlatego, kiedy ktoś pisze, że książka sprzedała się w milionach egzemplarzy, większość z nas (o ile czytamy) pogna do biblioteki/księgarni/Internetów, żeby ją zdobyć i przekonać się na własnej skórze/własnych oczach, czy naprawdę jest taka dobra. 

I promocja się rozkręca. My ją rozkręcamy. Dobrze wydane pieniądze ją nakręcają. Bo gruba zaliczka czy potężna promocja to inwestycja wydawnictwa w to, by o książce dowiedział się cały świat, a przynajmniej jego część. 

Dlatego żaden Polak nie stanie się drugą Rowling, ani nawet drugą Meyer. Chyba, że sprzeda się na Zachodzie – wyda książkę w języku angielskim i będzie miał szczęście stać się wylosowanym numerkiem, któremu wydawca zrobi obrzydliwie efektowną i efektywną promocję.  
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

15 komentarze:

  1. Lubię historię z serwetką.A podsumowanie niestety gorzkie, ale za to jakie prawdziwie. Aktualnie jestem w liceum na profilu językowym, z niezłym angielskim, kieruję się na tłumacza. W mojej szkole są dwie klasy humanistyczne, często się zgrywamy. I gdy od piętnastej osoby słyszę, że ona tym pisarzem by chciała być, włącza mi się ten cynik, bo realia są jakie są.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tłumacz - bardzo ciekawa sprawa, we mnie co jakiś czas budzi się chęć spróbowania swoich sił, ale chyba jednak bardziej ciągnie mnie w drugą stronę - do pisania. Nie oczekuję, że kiedyś coś zarobię na książkach - po prostu fajnie byłoby ją wydać i mieć na półce i w przyszłości straszyć nią swoje dziecko :)

      Usuń
  2. Nic tylko tłumaczyć książkę na angielski i wysyłać do zachodnich wydawców, nie mówiąc, że jest się z Polski :P
    A tak na serio, to jak się ma czas na przetłumaczenie swojego tekstu, to dlaczego nie spróbować? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chciałbym, by mój angielski był tak dobry :) Jestem w 90% samoukiem i często bolą mnie błędy, które popełniam pisząc po angielsku. Ale fakt - jeśli ktoś zna język, warto próbować. Czytałem kiedyś o polskiej pisarce, która wydała książkę w USA, a 2 lata później prawa do niej sprzedano w Polsce. Niestety, nie pamiętam jak się nazywała :(

      Usuń
    2. Może chodzi Ci o Agnieszkę Lingas-Łoniewską:)
      A poza tym, wpis jak najbardziej prawdziwy. Jakie to smutne...

      Usuń
  3. No niestety, książka to tylko produkt sprzedaży, która służy do tego, żeby na niej zarobić.... A swoją drogą, 60zl za książkę to jest naprawdę jakieś nieporozumienie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chodzi Ci o ilustrowane wydanie HP? Ja myślę, że jak na takie wydanie, twarda oprawa z obwolutą, szyte strony, dobry papier, tyle ilustracji itp. to nie jest dużo ;)

      Usuń
  4. O, kłóciłam się o to kiedyś z nauczycielką, która mi wmawiała, że jak będę grzeczna i pracowita, to podbiję rynek czytelniczy na całym świecie.
    W Polsce w ogóle niewielu autorów utrzymuje się z pisania. A utrzymuje na poziomie wyższym niż "no, wiążę koniec z końcem, jak przyjdzie zaliczka z wydawnictwa" to pewnie tylu, że można by ich na palcach policzyć. Chociaż część z nich pewnie też wypluwa z siebie pierdyliard książek rocznie, żeby ta zaliczka szybciej przychodziła...
    Słowem: zgadzam się. Przykro mi, ale zgadzam się.
    Dobry post :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Z pisaniem dla przyjemności i z pisaniem dla pieniędzy jest wielka przepaść. Artykuł jest tak prawdziwy, że przez chwilę zwątpiłam, czy Rowling naprawdę miała szczęście, czy to wszystko było z góry zaplanowane? Harry Potter to na prawdę dobra książka, ale nie miałaby tylu fanów gdyby nie filmowa wersja. Niektórym nie chcę się przeczytać książki, dlatego wybierają film. I do czego to prowadzi? Że uważają się za fanów Harry'ego Potter'a!! Ekranizacja książki zawsze pomaga zdobyć sławę i pieniądze autorowi i reżyserowi. Niestety. Co do Muniowskiego, chętnie przeczytałabym choć rękopis, surowy stan twojego dzieła. Fajnie piszesz artykuły i to pcha mnie do tego, że chcę przeczytać twoje wypociny. :))

    OdpowiedzUsuń
  6. ciekawy post.
    i chociaż w pierwszej chwili poczułam się trochę zmanipulowana to.. co z tego? dzięki temu całemu marketingowi poznałam wspaniałą książkę, miliony dzieci czytają tom za tomem zamiast siedzieć przed komputerem, zwykła, szara kobieta spełnia się robiąc to co lubi, oddaje miliony na fundacje (to pewnie też marketing, lecz znów - co z tego? ważne że ktoś dzięki temu zyskuje), no plusy można wymieniać w nieskonczoność.
    może to nawet lepiej, że została sztucznie wypromowana, dzięki temu wszyscy wygraliśmy. :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Bardzo dobry, dający do myślenia post. Z drugiej strony podsumowanie nieco smutne, gdy tak jak ja marzy się o połączeniu swoich pasji i wydaniu książki i stworzeniu filmu na jej podstawie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze trzeba wierzyć w marzenia :) W pisaniu książek najważniejsza jest miłość do pisania. Samo wydanie książki to olbrzymi sukces, reszta to tylko dodatek - czasami najcudowniejszy na świecie - ale zawsze dodatek :)

      Usuń