"World War Z" - Max Brooks

Powiada się: „jesteś tym, co jesz”. Dobrze, że to nie odnosi się również do oglądanych filmów czy czytanych książek, w przeciwnym razie dziś mój czytaczowy umysł nie tylko nie byłby umysłem czytacza, ale i ograniczałby się do jednego: „mózg… mózg… więcej mózgów!”. Tak to już jest, kiedy masz starszych braci i obok Kubusia Puchatka dobranockę stanowią klasyki George’a A. Romero. 

O dziwo. Nie wyrosłem na psychopatę, nie założyłem patologicznej rodziny i nie wyję do księżyca. I choć współczesne kino grozy mnie nie rusza poza tym, że jeno sentymenty budzi wobec dawnych horrorów, to zdarza się, że mnie zaskakuje. Tak, poziomem absurdu i kiczu też. 

Ekranizacja World War Z jest jednym z moich ulubionych współczesnych filmów związanych z zombie. Nie powiem, że to horror, bo któż to Brada Pitta widział w horrorze? Ot, film akcji z nieumarłymi. 

W każdym razie – film mnie na swój sposób oczarował, ale szybko znalazłem wytłumaczenie tego zjawiska: większość dobrych filmów to adaptacje książek. Lepszych książek. Nie wątpiłem, że w napisaniu ciekawszego i mniej sztampowego scenariusza filmowcom musiał pomóc lepszy wzór – wzór książkowy. Dlatego – choć do literackiego horroru mnie nie ciągnie (dzięki, Stephen!), bardzo chciałem przeczytać dzieło Maxa Brooksa. Nie pytajcie dlaczego – po prostu chciałem i już. Zaparłem się i tyle. Ale wkrótce potem zapomniałem o tej chęci i tylko sporadycznie myśl ta powracała do mnie niczym bumerang i tłukła się gdzieś z tyłu głowy. 

Książka trafiła do mnie niespodziewanie. Jako prezent urodzinowy. Od razu zabrałem się do czytania, by śledzić losy granego przez Brada Pitta bohatera i… I nie znalazłem go. Im więcej stron zostawiłem za sobą, tym bardziej stawało się dla mnie jasne, że filmowe World War Z z książką nie ma nic wspólnego - poza tytułem. To dwa naprawdę niezależne i zupełnie różne dzieła. 

Książkowe World War Z to zbiór reportaży, zeznań świadków i tych, którzy przetrwali apokalipsę zombie. To pełna historia – w ujęciu globalnym – klęski, która pochłonęła miliony istnień i doprowadziła do nieodwracalnych zmian na świecie. I trudno się nie zgodzić z opisami książki, którą uznaje się za dzieło niefikcyjne – a to dlatego, że autor podszedł do tematu bardzo profesjonalnie i z niezwykłą starannością oraz niewyobrażalnym realizmem opisał dzieje wojny z zombie. 

Początkowo forma tej książki nie przemawiała do mnie. Przyznaję – czułem lekkie rozczarowanie, że nie ma tu historii, którą poznałem w filmie. Trudno jest dać się wciągnąć lekturze, na którą składa się masa – na pozór niezwiązanych ze sobą – reportaży. Ale im więcej czasu spędziłem z książką, tym mniej mi to przeszkadzało. Ba, teraz nie wyobrażam sobie lepszej formy dla tej historii. 

Tym, co powala na kolana przy World War Z jest realizm lektury. To diabelnie dobra, wciągająca i emocjonująca książka. Brooks zdecydował się na opisanie szeroko eksploatowanego przez dekady tematu, nadając mu przy tym niespotykaną wcześniej świeżość i prezentując z zupełnie innej, nieznanej strony. Zamiast balansować na granicy kiczu, autor wspina się na wyżyny – to nie tylko świetny materiał o zombie, ale genialne reportaże – bardzo dobre z dziennikarskiego punktu widzenia. A całość – całość prezentuje się naprawdę dobrze, koncepcja jest starannie przemyślana i wszystkie puzzle układają się w zgrabny, spójny obraz. 

World War Z – wielkie zaskoczenie. Książka, która niespodziewanie wspięła się na wyżyny i pokazała, że nawet tak sztampowy i przeżuty temat jak zombie, nadal może fascynować. Max Brooks daje zombie zupełnie nowe życie i pozostaje mieć nadzieję, że ożywione przez niego trupy nie dobiorą się do nas.
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

0 komentarze:

Prześlij komentarz