"Papierowe miasta" - John Green


Czytałem w życiu wiele dobrych książek. Mniej, ale nadal nie mało – bardzo dobrych. I kilkanaście genialnych. Ale czym jest genialna książka? 

To książka, która nie pozwala odłożyć się na półkę. To książka, którą czytasz przy każdej okazji, a kiedy jej nie czytasz, twoje serce usycha z tęsknoty. To książka, która sprawia, że serce bije mocniej, a oddech przyspiesza. A kiedy ją kończysz, pozostaje pustka. 

Właśnie odkryłem Johna Greena. Nędzny ja, że dopiero teraz. 

Świadomość, że Green to nietuzinkowy autor, zaczęła we mnie kiełkować, gdy oglądałem Gwiazd naszych wina z Shailene Woodley w roli głównej. Choć nie przepadam za smutnymi historiami z chorobami i śmiercią w tle, ta historia mnie urzekła do tego stopnia, że zamarzyłem o zagłębieniu się w twórczości jej autora. Ale nie chciałem zaczynać od Gwiazd… Chciałem dać szansę zupełnie nieznanej opowieści, by móc się jej oddać bezgranicznie. Spodziewałem się, że Papierowe miasta muszą być dobrą książką. Jak bardzo się myliłem! 

Papierowe miasta to opowieść o poszukiwaniu szczęścia. Quentin Jacobsen nie jest nikim niezwykłym – to zwykły chłopak, któremu przydarzają się zaskakujące rzeczy – a to przez Margo Roth Spiegelman, tajemniczą dziewczynę z sąsiedztwa, która od zawsze go fascynuje. Kiedy Margo zjawia się niespodziewanie nocą u Quentina z prośbą o pomoc, ten niemal bez wahania przystaje na prośbę i przeżywa najbardziej emocjonującą noc w życiu. Kiedy następnego dnia dziewczyna znika bez śladu, Quentin jest zdecydowany zrobić wszystko, by ją odnaleźć… 

Pierwsza strona lektury wystarczyła, bym poczuł To. To jest szczególnym uczuciem, które nie sposób opisać. Bez pytania wdziera się do serca i kokosi w nim, jakby było u siebie. To jest nieomylne i apodyktyczne, bo kiedy decyduje się zagnieździć w sercu, nie znosi sprzeciwu. No i wreszcie To jest silne – niczym niewidzialna ręka jakiegoś olbrzyma, zmusza do pochylenia się nad książką i nieustannej lektury. 

To nigdy mnie nie zawiodło i nie oszukało. 

Papierowe miasta to dla mnie największe objawienie czytelnicze od czasów Harry’ego Pottera i Igrzysk Śmierci. To książka, którą pokochałem całym sobą od jej pierwszych wersów. 

Genialnie nakreśleni, żywi bohaterowie. 
Świetny pomysł na trudną fabułę, którą pióro Greena czyni lekką i wygodną, jak nic innego w świecie. 
Dopracowany, plastyczny język i olbrzymia świadomość autora, który od początku do końca wie, co chce opowiedzieć, jak to chce opowiedzieć i dlaczego. 

Zwykle nie powtarzam epitetów zamieszczonych na tylnej okładce, ale Papierowe miasta to naprawdę błyskotliwa, zabawna i poruszająca powieść drogi o dojrzewaniu, prawdziwej przyjaźni i miłości. Dawno nie czytałem książki tak często się przy niej uśmiechając. Dałem się wciągnąć, porwać, wessać przez świat i fabułę wykreowaną przez tego niepozornego Amerykanina – Johna Greena. 

Dialogi między Quentinem, a jego przyjaciółmi – Benem i Radarem są tak rzeczywiste, spójne i zabawne, że czyta się je z prawdziwą przyjemnością. Tutaj każdy bohater ma własne życie i trudno uwierzyć, że istnieją tylko na kartach tej powieści. Dla mnie są tak realni, że z olbrzymią łatwością mogę ich sobie wyobrazić wiodących własne, zwariowane życie gdzieś w odległym zakątku świata. 

Margo. Margo jest dla mnie tajemnicą tak samo wielką jak dla Quentina. Jest nietuzinkową, niezwykłą postacią, o której – podobnie jak główny bohater – chcę wiedzieć więcej i więcej. I jeszcze więcej. No i może jeszcze trochę… Z jednej strony to przerażające, a z drugiej fascynujące, że to mężczyzna stworzył tak bardzo kobiecy portret kobiety z uwzględnieniem wszystkich cech tak bardzo kobiecych i tak bardzo niemęskich. Kobieca zmienność, kobieca siła, kobieca determinacja, a do tego seksapil, z jakim w literaturze jeszcze się nie spotkałem. 

No i koniec końców – koniec. Koniec, który mógł wszystko zepsuć zalewając sztampem lub niepotrzebnym zwrotem akcji windującym fabułę za księżyc. Koniec, który okazał się być… idealny. Wspaniałe, nietuzinkowe zwieńczenie tak bardzo nietuzinkowej – i tak bardzo nie-papierowej – powieści. 

Kocham Papierowe miasta. 
Udostępnij na Google Plus

About Strefa Czytacza

    Blogger Comment
    Facebook Comment

2 komentarze:

  1. Akurat Papierowe miasta wciąż przede mną. Rzuciłam okiem na film, który mocno osłabił mój zapał wobec lektury, bo Greena pożarłam już właściwie całą resztę (poza książkami, których jest współautorem, choć W śnieżną noc w 1/3 też już za mną, acz jeszcze nie jego opowiadanie). To już jedno ze sprawdzonych nazwisk, które czytam "w ciemno".
    Cieszę się, że i tobie przypadł do gustu równie mocno, jak i nie bardziej. Od siebie mogę polecić Szukając Alaski. Na ten moment to moja ulubiona powieść Greena. Tak na szybko nie potrafię nawet znaleźć słów, by dobrze opisać wrażenie, jakie na mnie wywarła. Może polecę tylko pospieszyć się z lekturą, bo w planach czy nawet realizacji jest już ekranizacja, a to nie to samo przeżywać książkę, gdy z każdego zakątka internetu dopadają cię spojlery czy wrażenia innych ludzi na książkowym - lub jeszcze większym, filmowym - hype'ie ;-)
    Osobiście, jeśli idzie o współczesny rynek książki młodzieżowej (nie mówię tutaj koniecznie o young/new adult czy dystopiach/fantasy), obok Greena stawiam Matthew Quicka. To autor piszący zarówno dla dorosłych, jak i młodzieży. Dla tej drugiej kategorii wydane zostały trzy tytuły, wszystkie pojawiły się i u nas nakładem Otwartego, seria bodajże Moondrive. Być może to moja osobista preferencja i nieodparta skłonność kojarzenia jednych twórców z innymi, bo raczej trudno byłoby pomylić dzieła obydwu autorów, myślę jednak, że istnieje szansa, że i Quick zrobiłby na tobie dobre wrażenie. Panowie dzielą skłonność do specyficznych bohaterów, których życie niekoniecznie usłane jest różami, z takich czy innych powodów, poruszają też interesujące nastoletnie (czy szerzej: życiowe) problemy. Jednak tutaj taka mała adnotacja: u Quicka pojawia się często motyw wiary, czasem na zasadzie dyskusji niewierzącego bohatera ze znajomym wyznawcą, ale jednak. Jeśli to cię odtrąca, bezpieczniej byłoby chyba zacząć od Niezbędnika obserwatorów gwiazd - książkę czytałam już jakiś czas temu, ale jeśli pamięć mnie nie myli, nie ma tam nic/zbyt wiele na temat Boga ;-)

    A tak na koniec - wow! jakie zmiany na blogu! Odwiedzałam was już wcześniej, tym razem trafiłam tu z wyszukiwarki i przez kilka pierwszych postów nawet się nie zorientowałam, że to wasza strona. Dopiero później zaczęłam kojarzyć fakty oraz znajomą nazwę ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Szukając Alaski" to na razie moja ulubiona książka Greena. Co do filmu - mogę zapewnić, że książka jest lepsza, głębsza i zabawniejsza ;)

      O Quicku słyszałem, choć nie miałem jeszcze okazji czytać żadnej jego książki - ale na pewno kiedyś spróbuję :)

      Jeśli mowa o zmianach: chcieliśmy zrobić w końcu rewolucję, standardowy wizerunek bloga już mocno nam się przejadł :D

      Pozdrawiam!

      Usuń